piątek, 24 lipca 2015

Olga Rudnicka "Martwe jezioro"
Ach, co to był za ślub!

Olga Rudnicka
Martwe jezioro
Wyd. Prószyński i S-ka
2008
232 strony
Gucio (ten od Mai) skomentował by tę sprawę tak: stare przysłowie pszczół mówi, nigdy nie mów nigdy. Po lekturze powieści Czy ten rudy kot to pies? Olgi Rudnickiej stwierdziłam, że nie będę sięgać po tom poprzedzający zdarzenia w nim opisane, że późniejsze książki autorki o wiele bardziej trafiają w mój gust, więc jej debiut sobie odpuszczę. 

A jednak odpowiednio zmotywowana sięgnęłam po Martwe jezioro i... wcale nie żałuję. Ostatnio czytanie idzie mi dość kiepsko. Ładna pogoda, zbliżający się urlop, rozsypane na stole kredki i kilka innych drobiazgów, nie sprzyjają czytelnictwu. Szybko się nudzę, odpływam myślami. Wygląda na to, że książki lekkie, humorystyczne i rozrywkowe, na taką niemoc czytelniczą są idealne. Debiutancka powieść Olgi Rudnickiej łączy w sobie te trzy cechy.

Tytułowe martwe jezioro podobno przepięknie wygląda o świcie, gdy podnosi się mgła. Wokół niego rośnie młody las. Można tu odpocząć od zgiełku i pośpiechu. Posiedzieć, porozmyślać, ukryć się przed światem.

Mała Beata bywała tu często. To był jej azyl.


Dziś Beata Rostowska jest trzydziestoletnią, niezależną, pewną siebie singielką. Co rano wbija się w elegancki kostium i stawia w biurze. Pracuje w branży finansowej i nieźle jej się powodzi. Do pełni szczęścia brak jej chyba tylko dwóch składowych: fajnego faceta i odkrycia swojego pochodzenia. 

O to pierwsze, próbuje zadbać jej przyjaciółka i współlokatorka. Ula bardzo chce zainteresować koleżankę swym bratem. Póki co, nie bardzo jej idzie, ale energiczna i zwariowana kobieta tak łatwo się nie poddaje. 

To drugie, to dużo cięższy kaliber. Okazuje się, że chłód z jakim rodzice traktowali Beatę przez całe jej dzieciństwo i fakt, że pełnoletnią córkę wystawili za drzwi i kazali jej radzić sobie samodzielnie, może mieć całkiem proste wyjaśnienie. Nie byli jej biologicznymi rodzicami. 

Kim więc jest Beata i skąd wzięła się w rodzinie Rostowskich? Tę sprawę bada pewien detektyw, a tymczasem do pytań, które zadaje sobie nasza bohaterka, dochodzi jeszcze jedno. W korespondencji, oprócz rachunków, znajduje elegancką, kredową kopertę, a w niej zaproszenie na ślub siostry. Jest to o tyle dziwne, że Rostkowska z rodziną nie utrzymuje kontaktu, a na myśl o Ance robi jest niedobrze. Swego czasu siostrzyczka wywinęła paskudny numer, uwodząc jej chłopaka. Od tego czasu kobiety nie utrzymują ze sobą kontaktu. Skąd więc to zaproszenie na ślub? I to na tydzień przed ceremonią? Nie trzeba być Holmesem, ani nawet Marple, by wyczuć w tym wszystkim podstęp, a może nawet intrygę grubymi nićmi szytą.

Beata ani myśli zjawiać się w rodzinnym domu, ale Ulka wie jak ją podejść. Pod rękę z bratem przyjaciółki, Rostkowska stawia się w murach domu, który być może nigdy nie był jej domem rodzinnym. Tam trwają ostatnie przygotowania do ceremonii, wieje chłodem, a podejrzenia, że za zaproszeniem kryje się coś mocno niefajnego, są coraz silniejsze.

Oldze Rudnickiej udało się z humorem opowiedzieć historię, która tak naprawdę wcale zabawna nie jest. W końcu jej bohaterka to kobieta, która w dzieciństwie nigdy nie zaznała odrobiny ciepła ze strony najbliższych jej osób, szybko musiała się usamodzielnić, a teraz, gdy jest kobietą niezależną, spełnioną zawodowo, pewną siebie, znów wszystko sypie się niczym domek z kart nieopatrznie postawiony w polu rażenia kocich łap. Im więcej białych plam z przeszłości Rostowskich się zapełnia, tym paskudniej cała ta historia wygląda. W finale ma się ochotę kilku osobom przymalować w pysk. Albo rzucić nimi o ścianę. 

A jednak nie brak tu przezabawnych scen, dialogów i postaci. Polubiłam Ulkę, świetną prawniczkę, która studia ukończyła z pierwszą lokatą, ale choć doskonale odnajduje się w świecie paragrafów, ma kłopoty z nieinwazyjną obsługą żelazka, a przygotowanie przez nią obiadu daje zdumiewające efekty. Nie to, że taki obiad jest pyszny, godny gwiazdek Michelin lub choćby fartucha z Master Chef, co to, to nie. Dobrze, jeśli jest zjadliwy. Jeśli sos do spaghetti jest tylko minimalnie przypalony i można nim spokojnie polać makaron. O ile nie zapomniało się o makaronie...

Bez wątpienia jasnym punktem (raczej dla czytelników niż bohaterów), jest też stażystka Kinga. Przy niej nawet toster wygląda inteligentnie. Biurowe wpadki podniosą kąciki ust nawet najbardziej ponurym czytelnikom. Rozbrajające są również dialogi, zwłaszcza pomiędzy Beatą i Jackiem, a także monologi Uli.

Martwe jezioro nie jest kryminałem, lecz raczej powieścią obyczajową z nutką kryminału i romansu. Lub komedią kryminalną, w którym znajduje się też miejsce na uczucia, ale bez rozczulającego wpatrywania się w oczka, tęsknego wzdychania i nieśmiałych pocałunków. Jest lekko, zabawnie, są mniej lub bardziej jawne podchody i kubły wody, to letniej, to zimnej, wylewane na rozpalone lica. Wszystko to okraszone żartobliwymi powiedzonkami i ripostami. Wyszło nieźle.

Olga Rudnicka ma dar opowiadania z lekkością i humorom, co wbrew pozorom takie łatwe nie jest. Postaci z jej powieści są jednoznaczne, albo dobre, albo złe. Albo z poczuciem humoru, albo budujące swój świat na intrygach, a jeśli na ich ustach pojawia się uśmiech, to kryje on złowrogie przesłanie. Tym po drugiej stronie mocy zdecydowanie brak luzu i dystansu. Są wiecznie poirytowani, nadęci i odpychający. To oni w tej powieści przegrają, choć jeszcze o tym nie wiedzą.

Miało być opowiadanie. Na szczęście dla czytelników, rozrosło się do powieści i znalazło wydawcę, a Olga Rudnicka trafiła na listę pisarzy, po których twórczość warto sięgnąć wtedy, gdy trudno znaleźć powody do wywołania banana na twarzy. Bo nawet jeśli jest źle, mrocznie i paskudnie, to gdzieś czai się powód do uśmiechu. Może mieć postać nierozgarniętej Kingi lub zwariowanej Ulki ([Beata] uważa, że całe swoje zdolności intelektualne zaangażowałam w naukę i na nic więcej ich nie starczyło[1]), może objawić się na ślubie, na który idzie się... z dwoma zazdrosnymi o siebie partnerami lub sprowadzać się do dialogów-perełek:

- Bo ja zawsze mówiłem - pan Zenek tylko dzięki torbom zachowywał pion - że z pani to dobra kobieta, nie to, co moja żona, świeć Panie nad jej duszą...
- Ależ panie Zenku! - Beata aż zatrzymała się ze zdumienia na środku parkingu. - Przecież pana żona żyje!!!
- Owszem - zgodził się pan Zenek. - Ale to zła kobieta i muszę modlić się za jej duszę już teraz[2].

Wszystko to znajdziecie w Martwym jeziorze. Bawcie się dobrze.




***

Książkę polecam
miłośnikom humorystycznych powieści
wielbicielom komedii kryminalnych
szukającym zabawnej powieści pozwalającej oderwać się od szarej rzeczywistości

***

[1] Olga Rudnicka, Martwe jezioro, Wyd. Prószyński i S-ka, 2008, s. 48.
[2] Tamże, 12-13.

***



39 komentarzy:

  1. Z tego co piszesz, to jedna bohaterka jest upośledzona życiowo (przerasta ją żelazko?), druga upośledzona intelektualnie (toster jest fajny, ale na bank nie jest mądry), trzecia upośledzona uczuciowo. Jakoś średnio zachęcające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czeeeeeeeeeeeepiaaaaaaaasz się! Jak to w tworach komediowych bywa, ubytki i przywary budują najlepsze sceny. :D

      Usuń
    2. Ale to wygląda na tanią komedię z lat '90 XD Mam za sobą "Fartowny pech" autorki i pokochałam książkę, ale to? Ja nie wiem...

      Usuń
    3. Fajna jest, nie marudź!
      W ciągu max dwóch miesięcy na pewno przeczytam "Fartowny pech", więc może będę miała okazję Ci napisać, raz jeszcze: czeeeeeeeeeeeeeeeepiasz się. :P

      Usuń
  2. Bardzo lubię twórczość Olgi, dlatego z przyjemnością sięgnę po powyższą pozycję, bo akurat nie miałam sposobności wcześniej jej poznać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja ksiązki Rudnckiej uwielbiam, są cudowne i mają w sobie to coś. Martwe jezioro należy do tych moich ulubionych :)

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie ostatnio też nie najlepiej z czytaniem, ale czytam...
    Rudnickiej czytałam tylko "Wielbiciela", ale książka na tyle mi się podobała, że przeczytam i "Martwe jezioro" - obyczajówki z ciekawymi motywami są przez mnie mile widziane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat zupełnie inne książki, więc ciekawa jestem jak odbierzesz "Martwe jezioro".

      Usuń
  5. Dałam się skusić na "Zacisze 13" i uśmiałam się jak nigdy! Wydawało mi się, że książki Rudnickiej będą przegadane, może troszkę okraszone pychą (jaka ze mnie wielka pisarka), a są uroczo zabawne, lekkie, a przy tym inteligentne.

    I w dodatku w "Zaciszu 13" nie mamy tylko tych czarnych lub białych bohaterów, bo są też tacy mocno kolorowi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam dawno temu obydwie części "Zacisza", ale niedługo biorę się za powtórkę. :)

      Usuń
  6. Teraz też mam ochotę na lekkie i zabawne powieści. Rozejrzę się za książką.

    OdpowiedzUsuń
  7. Brzmi dość ciekawie, ale mam tyle do czytania, że muszę sobie ją odpuścić.

    OdpowiedzUsuń
  8. Uwielbiam Rudnicką. Choć myślę, że najlepsza jest w trylogii o Nataliach:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za Natalie biorę się niebawem. :)

      Usuń
  9. Czytałam, ale widocznie ja jestem ponurakiem, bo nie specjalnie mi się podobała ta historia. Rudnicka przekonała mnie dopiero "Cichym wielbicielem", bo kilka jej wcześniejszych powieści oceniam jako średnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Cichy wielbiciel" jest najbardziej serio ze wszystkich książek autorki, które znam. I chyba faktycznie najlepszą, przynajmniej dla wielbicieli historii okołokryminalnych.

      Usuń
    2. Otóż to, czuję się rozgrzeszona z lekkiej niechęci do "wesołych" powieści Rudnickiej :)

      Usuń
  10. Muszę w końcu poznać twórczość Rudnickiej, ale jeszcze nie wiem od której jej książki zacznę :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Pamiętam jak pożyczyłam tę książkę od znajomej w ogóle nie wiedząc czego się spodziewać. Gdy zaczęłam ją czytać to już od pierwszych stron niesamowicie mnie wciągnęła i nie mogłam się od niej oderwać. Później się nawet dowiedziałam, że Olga Rudnicka pochodzi z mojego miasta ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo lubię książki p. Rudnickiej :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie czytałam jeszcze nic Rudnickiej i sądząc po okładce, nie sięgnęłabym po nią - jest fatalna :D Dzięki twojej recenzji jednak zapamiętam ją jako coś lekkiego, na przykład na wakacyjny wyjazd :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, okładka faktycznie kiepska. :/

      Usuń
  14. Bardzo lubię twórczość Olgi Rudnickiej, a Natalie wprost uwielbiam (-:

    OdpowiedzUsuń
  15. Ile ja na tę książkę poluję! Mam "Czy ten rudy kot, to pies", ale chciałabym przeczytać także debiut (kurcze, wygląda, jakby skopiowała Twoje zdanie rozpoczynające posta) :P Niestety wszyscy mi tę książkę podkupują, a ja tak chcę ją czytnąć! Teraz będę wiercić się jeszcze bardziej niecierpliwie, żeby w końcu ją złowić! :) "Natalie" (wszystkie 3 tomy), "Zacisze 13" i "Wielbiciel" uplasowały Rudnicką na liście moich ulubionych autorów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako fanka musisz przeczytać koniecznie! :)

      Usuń
  16. 'Fartowny pech' nieszczególnie do mnie przemówił ;) Myślę, że na razie sobie tę książkę podaruję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta książka jeszcze przede mną.

      Usuń
  17. Też ostatnio mam problemy z intensywną lekturą bardziej skomplikowanych powieści, za to chętnie przygarnęłabym tę pozycję. ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Uwielbiam Olgę Rudnicka i jej książki :) czytałam wszystkie i każda jest super, siostry Sucharskie - rewelacyjne.

    OdpowiedzUsuń
  19. Olga Rudnicka pisze fenomenalnie, dlatego cieszę się, że i Tobie przypadł do gustu jej debiut :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Dzisiaj rano przeczytałam wyjątkowo nudną ,,babską powieść" i już wiem, że będę musiała od takowych odpocząć (nawet jeśli nie są nudne, a tylko babskie), ale kiedyś, z czystej ciekawości, sięgnę po książki Rudnickiej, bo poleca je sporo blogerek, które cenię.

    OdpowiedzUsuń
  21. Bardzo lubię komedie kryminalne, więc dziwne, że jeszcze się z Rudnicką nie zaprzyjaźniłam :) może w wakacje, choć na razie mam jakiś rosyjski lekki kryminał na półeczce.
    " domek z kart nieopatrznie postawiony w polu rażenia kocich łap" - czyżby Mysza coś nabroiła? :D widać, że jesteś doświadczoną kociarą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To faktycznie, bardzo dziwne. A przed przyjazdem do Poznania, co mam nadzieję nastąpi, przeczytaj "Cichego wielbiciela". :D

      No tak, dzieła zniszczenia kojarzą mi się głównie z kotem. Nawet jeśli ten śpi grzecznie obok. :D

      Usuń
    2. Też mam nadzieję, że to nastąpi! ;) ale to rozumiem, że bez znajomości tej lektury nie wpuszczą mnie na teren miasta? ;D pewnie nawet biletu na pociąg nie dostanę, już Ty o to zadbasz razem z Myszą ;P to rozumiem, że to jej najlepsza książka? :)

      Bo jak śpi to przecież tylko cisza przed burzą ;)

      Usuń
    3. Nie. Będziesz szczegółowo odpytania. :D
      Moim zdaniem najlepsza, a poza tym, koniecznie trzeba ją przeczytać przed wizytą w Poznaniu. Ku przestrodze. :P

      A żebyś wiedziała. Akcje w stylu "kotek się nudzi" wciąż jej się... nie nudzą. :P

      Usuń
  22. Jeszcze nie czytałam nic tej autorki, ale lubię komedie kryminalne. Jednak zacznę od "Fartownego pecha", bo mam go na półce ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Uwielbiam Rudnicką ta pozycja mi się bardzo podobała ;)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...