poniedziałek, 19 października 2015

Stefan Hertmans "Wojna i terpentyna"
Pamięć ma znaczenie

Stefan Hertmans
Wojna i terpentyna
Wyd. Marginesy
2015
416 stron
Wiedział, że wręczone mu zeszyty kryją dramatyczną historię, choć nie przypuszczał jak wiele emocji zawiera każda linijka, jakie obrazy staną mu przed oczami, w jakże innym świetle ukaże dziadka Urbaina, autora zapisków.

Stefan Hertmans długo ociąga się z lekturą dziennika, jakby czując, że później już nic nie będzie takie samo, że ta opowieść to coś więcej niż wspomnienia żołnierza, który wielokrotnie otarł się o śmierć. Także i dla samego Hertmansa jest ona formą rozliczenia z czasem dzieciństwa. Pomocą w zrozumieniu pewnych słów i zdarzeń z przeszłości, ale i przyczyną pojawiających się znienacka wyrzutów sumienia. Dorosły mężczyzna rozumie więcej niż mały chłopiec. Dorosły mężczyzna poznawszy wspomnienia swego dziadka rozumie jeszcze więcej i wyciąga wnioski.


Postanowiłem, że przeczytam jego wspomnienia dopiero wtedy, gdy będę miał na to odpowiednio dużo czasu. Wychodziłem z założenia, że ich lektura mnie przepełni i od razu zechcę napisać historię jego życia[1]. Taka była też prośba jego dziadka, prośba o opisanie niemal stu lat obejmujących bezwzględny czas wojen, rozwoju i upadku ideologii, zmian, katastrof, ważnych dokonań, odkryć zmieniających ludzkość na zawsze, o opisanie życia zapomnianego bohatera wojennego i jego rodziny.

Po trzydziestu latach, wnuk zabiera się do pracy. Mobilizuje go zbliżająca się rocznica wybuchu I wojny światowej, tej samej, w której jego dziadek uczestniczył, wynosząc z niej odznaki, rany i koszmarne obrazy niedające się wymazać z pamięci. Tak powstaje Wojna i terpentyna, powieść łącząca w sobie zapiski z dzienników, biograficzne rysy, moc wojennej prozy, plastyczność opisów i wyczucie w operowaniu słowem godne precyzji mistrzów tworzenia fresków. To ostatnie porównanie nie bierze się znikąd. W tej książce wojna i sztuka są bohaterkami równorzędnymi, równoważącymi się. Siła zniszczenia i siła tworzenia. Będzie więc nie tylko o świście kul, martwych twarzach towarzyszy, niemieckich podstępach, igraniu ze śmiercią, błocie, okopach, bólu, stracie, zakrwawionych mundurach, ale i o zapachu farb, terpentyny, o ścianach kościołów pokrytych freskami, mokrym tynku, znajomych twarzach ukrytych w malunkach świętych, o kopiach dzieł mistrzów, autoportretach, o niewielkich szkicach i sporych płótnach, o barwach intensywnych i tych, których dotknięte chorobą oko nie było w stanie rozróżnić. 

W to wszystko miesza się miłość. W to wplata się dramat przedwczesnej śmierci, małżeństwa z rozsądku. Stefan Hertmans dzieli swą książkę na trzy części, pierwszą poświęcając młodości Urbaina, i wspomnieniom o pradziadkach, w drugiej oddając w ręce czytelników nieco przeredagowane, ale prawdziwe wspomnienia wojenne, w trzeciej zaś kreśląc rzeczywistość powojenną, opowiadając o mężczyźnie, który wróciwszy z frontu rozpoczął nowy rozdział swego życia, u boku kobiety, która nie była "tą" kobietą, z głową pełną wspomnień, z pędzlem ściskanym w dłoni.

Środkowa część, ta zabierająca nas w podróż do okopów i na pola bitew, jest zarazem tą najmocniejszą, najbardziej zapadającą w pamięć. Wojna jawi się tu z całym swym bagażem okrucieństw, ze śmiercią spadającą często nagle, z gradem kul wystrzeliwanych przez przeciwnika, ilekroć choćby najlżejszy szelest przerwał ciszę, z rozrywanymi ciałami, jękami rannych, potwornością bólu i strachu, nietrafionych decyzji i rozkazów, lekkomyślnych kroków, podstępnych działań wroga. 

Czytając wspomnienia Urbaina Martien, nietrudno odnieść wrażenie, że nie uświadamiał on sobie jak wiele bohaterskich działań się podjął, jaką odwagą musiał się cechować, by iść tam, gdzie inni iść nie chcieli.

Bitwy, o których wiedzę tłoczy się dzieciakom w szkołach, oczami żołnierza wyglądają zupełnie inaczej. Nie są wypranym z emocji zestawieniem liczby rannych i zabitych, dat, suchych faktów, nazwisk dowódców. 

We wsi widzieliśmy syczące na deszczu ruiny domów, zwierzęta i ludzi zabitych strzałami z moździerzy, wypalony kościół, który dopiero siedem lat wcześniej został uroczyście poświęcony przez kardynała Merciera. Tyle zostało po potwornej bitwie w Schiplaken, która miała trafić do wszystkich podręczników[2]

Wojna zmienia ludzi, odkrywa w nich cechy, jakich nie spodziewali się w sobie znaleźć. Pozbawia także złudzeń, każe przewartościować pewne kwestie. Widać to wyraźnie w scenie, w której Niemcy wykorzystują dziesięcioletniego chłopca i uczucia jakie może wzbudzić samotne, płaczące dziecko w miejscu ogarniętym walkami, do ataku na tego, kto odważy się po nie pójść. Podstępne, niehonorowe zagranie.




Przepełniało nas poczucie, że mamy naprzeciw siebie wroga pozbawionego jakichkolwiek moralnych skrupułów. Ten rodzaj prowadzenia wojny psychologicznej był dla nas czymś nowym, zostaliśmy wychowani zgodnie z surowym wojskowym honorem, moralnością i kunsztem walki, opanowaliśmy elegancką szermierkę oraz wykonywanie ćwiczeń ratunkowych, nauczyliśmy się refleksji nad honorem żołnierza i ojczyzny. To, co tutaj zobaczyliśmy, należało do innego porządku. Wywróciło do góry nogami nasze myśli i uczucia, ze strachem w sercu czuliśmy, że staliśmy się innymi ludźmi, gotowymi do wszystkiego, od czego wcześniej stroniliśmy[3].

Mocną stroną Wojny i terpentyny są nie tylko wojenne kadry, niejednokrotnie uświadamiające bezsens wojny i rozkazów kierujących jej przebiegiem, ale i sam język, jakim opowiadana jest historia. Piękny, literacki, bogaty, plastyczny, pełen emocji. Styl Hertmansa różni się od języka pamiętników, jest mniej poetycki, bliższy językowi konkretów, ale obydwa sposoby narracji tworzą spójną całość. Obrazowe opisy silnie działają na wyobraźnię. Gra barw i świateł, mieszanina zapachów i emocji, kadry subtelne i sceny mocne, miłość i śmierć, gasnące spojrzenia rannych i roziskrzone zakochanych - w tym tyglu miesza się tak wiele, że nie sposób przejść obojętnie wobec historii o takich składowych, zwłaszcza jeśli owa historia podana jest tak pięknie.




Historia opisana przez Hertmansa to nie tylko fascynująca opowieść o życiu jego dziadka naznaczonym z jednej strony wojennymi traumami, z drugiej przepełnionym miłością do sztuki, ale także jedna z tych książek, która ukazuje piekło wojny, z całym jej okrucieństwem i bezsensem niezawinionych śmierci. Jest tu także miejsce na miłość, cichą, delikatną, ulotną. Ukrytą jednak dobrze w sercu i nie tylko... Urbain Martien, podobnie jak jego ojciec, znalazł sposób by utrwalić to, co tak mu bliskie, a jednocześnie ukryć przed światem i wścibskimi spojrzeniami. Odkrycie tej tajemnicy to jedno z wielu wzruszeń, jakie oferuje lektura Wojny i terpentyny.

Miotał się między tożsamością wojskowego, którym był z konieczności, a artysty, którym chciał być. Wojna i terpentyna[4].








uwertura do Rosamunde Schuberta


***

Książkę polecam
miłośnikom rodzinnych opowieści
wielbicielom biografii
poszukującym historii pełnej emocji
ceniącym piękny język
miłośnikom tematyki wojennej
czytelnikom o wrażliwości artystów

***

[1] Stefan Hartmans, Wojna i terpentyna, przeł. Alicja Oczko, Wyd. Marginesy, 2015, s. 20.
[2] Tamże, s. 224.
[3] Tamże, s. 255.
[4] Tamże, s. 413.

***


12 komentarzy:

  1. Książka wydaje się być niezwykle interesująca, ale jednak nie jest dla mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co wnosi taki komentarz? Po co komentować, jeśli omawiana książka Cię nie interesuje?

      Usuń
  2. Bardzo, bardzo chcę przeczytać. Tematyka i piękny język działa na mnie jak magnes:)

    OdpowiedzUsuń
  3. To coś zdecydowanie wartego uwagi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, czytaj! Wiem, że Ci się spodoba.

      Usuń
  4. Wojenne traumy połączone z tak ogromnym uczuciem do sztuki w życiu tego dziadka inspirują mnie i chętnie sięgnę do tej lektury. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tym razem nie jestem zainteresowana, ale wiem, komu mogę polecić niniejszą publikację, i tak też zrobię.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tematyka wojenna interesuje mnie od zawsze, więc na książkę mam jak najbardziej chęć.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie będę sobie psuła przyjemności czytaniem recenzji przed przeczytaniem książki. Zwróciłam na nią uwagę, bo uważam, że pasuje do Zaduszek. Robię "akcję" #czytamnazaduszki gdzie szukam książek, które pasowałyby do Zaduszek/Dziadów. Może przyłączysz się i coś polecisz chociaż?
    http://rozneczytanie.blogspot.com/2015/10/czytam-na-zaduszki.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty jak coś wymyślisz, to prawdziwe wyzwanie. O_o

      Usuń
    2. Dziękuję za komplement. Wyzwanie nie jest od tego by było lekkie, łatwe i przyjemne. Ja chcę się czegoś nowego dowiedzieć, nauczyć. Zadziwiające, że wyzwaniem jest podanie książek na Zaduszki/Dziady, a nie Halloween ;) To jak, przeczytam twoje propozycje? :P

      Usuń
    3. Biorąc pod uwagę to, jakie lektury zwykle czytam, to dla mnie podanie tytułów na Zaduszki i na Halloween jest równie trudne. :D

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...