czwartek, 24 września 2015

[1] Andaluzyjska przygoda: Ronda



Plan był zupełnie inny, ale przecież nikt nie powiedział, że pierwotny ma być jedynym słusznym. Mieliśmy odstawić kota w Bieszczady, przenocować tam u rodziców i następnego dnia, w czwartek, podjechać do Wrocławia, zamelinować się na noc w hotelu, a następnie porannym piątkowym lotem dostać się do Malagi. Nie tak łatwo jednak wpaść do bliskich na moment i wypaść jak gdyby nigdy nic. Czas leciał, jazda do Wrocławia powoli traciła sens. Decyzja była szybka, choć niełatwa. Odwołaliśmy wrocławski nocleg i postanowiliśmy w podróż ruszyć nocą, podjeżdżając bezpośrednio na parking w okolicach lotniska.




Leje deszcz, wieje wiatr, samochody tańczą na autostradzie, jeden wywijając dzikie piruety tuż przed naszym zderzakiem. Wrocławską zabudowę przyjmuję z uczuciem ulgi. Dochodził siódma rano, gdy stawiamy się na lotnisku. Zimno, głodno, a z głośników dobiega nas informacja o ewakuacji. Sennie wytaczamy się na zewnątrz. Tam, jeszcze zimniej, a z czasem i głodniej. Ochrona snuje się przeganiając ludzi i odgradzając część budynku taśmą, a ja przypominam sobie wszystkie brzydkie wyrazy, jakie znam. Na szczęście długo to nie trwa. Odprawa także idzie błyskawicznie (nie to, co przy okazji wyjazdu do Paryża, kiedy to Ann-terrorystka chciała wnieść na pokład nożyczki i cążki). Wzbijamy się w powietrze i... jest pięknie!




Lecimy niecałe cztery godziny. Co jakiś czas zerkam za szybę. Niesamowity widok na hiszpańskie góry witam z szerokim uśmiechem. Jeszcze tylko chwila, jeszcze momencik. Lądujemy w słonecznej Andaluzji. Świeci słońce, jest upalnie. Zimny, mokry Wrocław szybko wyparowuje z pamięci. Odbieramy walizę pełną letnich ciuchów i czort wie czego jeszcze, i mkniemy po samochód. Jest! Srebrny, przestronny ford będzie naszym towarzyszem przez dziesięć dni. 

Walizki lądują w bagażniku. Nastawiam hiszpańskie radio. Nawigacja wskazuje kierunek do Rondy. Na kolanach mam mapę i przewodnik, ale nawet na nie nie patrzę. Tak pięknie jest na zewnątrz! Z jednej strony morze, z drugiej góry. Opuszczamy Malagę kierując się na zachód. Widoki są przecudne. Później będę żałowała, że nie zatrzymaliśmy się na żadnym z tarasów widokowych, ale myśl o Rondzie przysłania mi wszystko inne. Droga to pnie się, to opada. Suniemy serpentynami. Oczy latają mi w koło głowy. Ale, ale, zbliżamy się do celu. Nim rozpoczniemy zwiedzanie, musimy wytężyć wzrok i znaleźć gospodarstwo, w którym mamy nocować.






Finca Los Pastores leży przy drodze na Algeciras. Teren posiadłości jest spory. Konie się pasą, owce cicho beczą, a pawie drą dzioby przekrzykując gęsi. Jest gdzie zjeść i odpocząć, napić się wina, pospacerować, odetchnąć świeżym powietrzem. Żałuję, że to tylko jedna noc i nie będzie okazji skorzystać z możliwości, jakie oferują gospodarze.




Żelazna brama otwiera się z cichym dźwiękiem. Po obu stronach drogi rozpościera się przesuszona łąka. Zdaje się, że deszczu nie było ostatnio zbyt wiele. Konie skubią te blade źdźbła, a my jedziemy w kierunki zabudowań. Parkujemy wśród drzew, meldujemy się, wrzucamy bagaże do naszego lokum na jedną noc, chwilę rozglądamy dookoła. Miejsce jest przeurocze. Niewielkie domki, dwa baseny, zwierzyniec, miejsce do grillowania, restauracja, wspólne miejsca, w których można coś zjeść i odpocząć, a także ustronne zakątki, by każdy mógł się cieszyć upragnioną prywatnością. Zgrzyta mi tylko słabe wi-fi w domku, ale przełykam ból kiepskiego połączenia, w końcu nie przyjechałam tu, by przesiadywać na Facebooku.


Nasz domek z tarasem na górze (zwykle zajętym przez pawie).

Łóżko na którym nie działało wi-fi.

Uroczy zakątek.

Restauracja, w której pijemy pyszne lokalne wino.



Dla tych, co lubią posiłki na świeżym powietrzu.




Od Rondy dzielą nas trzy kilometry. Wbrew obawom, na miejscu bez trudu znajdujemy parking i ruszamy w dalszą trasę pieszo. Kierunek: most Puento Nuevo. Zanim jednak tam dotrzemy, kilka słów o samym miasteczku.




Ronda to jedno z malowniczych pueblos blancos (białych miasteczek), kolebka współczesnej korridy. Dla walk byków przyjeżdżały tu takie sławy jak Orson Welles czy Ernest Hemingway. To tu znajduje się jedna z najstarszych hiszpańskich aren, a we wrześniu miłośnicy najbardziej kontrowersyjnej atrakcji jakie oferuje Hiszpania, tłumnie zjawiają się na kilkudniowym święcie Corrida Goyesca.




Pierwsza walka na tutejszej arenie odbyła się pod koniec XVIII wieku. Na terenie budynku znajduje się Museo del la Tauromaquia (Muzeum Corridy), jednak z uwagi na to, że właśnie trwała Feria Goyesca, nie możemy go zwiedzić. 

arena corridy

Długo biję się z myślami, czy nie skorzystać z okazji i nie kupić biletu na corridę. Kilka (kilkanaście?) razy mijam okienka kas, ale ostatecznie staje na tym, że przecież jeszcze wrócimy do Andaluzji i okazja na pewno się nadarzy. Szczerze mówiąc, miałam też wątpliwości, czy byłabym w stanie wytrzymać taką walkę. Właściwie nadal tego nie wiem. Tradycja tradycją, kultura kulturą, ale jednak corrida wzbudza mieszane uczucia, czemu trudno się dziwić.




Przeskoczyłam w relacji pod arenę, a tymczasem by do niej dotrzeć, musimy przejść nad kanionem El Tajo, którego niemal pionowe ściany robią wrażenie zarówno wówczas, gdy zerka się na nie z góry, jak i z dołu. Nic dziwnego, że kanion i rozpościerający się nad nim Puente Nuevo (Nowy Most) należy do najczęściej fotografowanych andaluzyjskich widoków. Całość wygląda fantastycznie. W dzień, w nocy, przy błękitnym niebie i ciężko wiszących chmurach.









Na lewo od mostu znajduje się Parador de Ronda, hotel zbudowany w miejscu, gdzie niegdyś mieściły się;
ratusz, targ miejski i letnie kino.



Pierwszego dnia dużo czasu spędzamy w okolicach mostu i tej części miasteczka, na której znajdują się arena i rynek.

Idąc tam z parkingu, nie możemy się jednak powstrzymać, by nie zajrzeć do niektórych kątów. 



Odpuszczamy muzea, choć to dotyczące rondeckiego zbójectwa trochę kusi.



A tu muzeum myślistwa, które kusi zdecydowanie mniej.


Nie zaglądamy też do kościołów, zadowalając się ich obejrzeniem z zewnątrz.


Iglesia Santa MAria la Mayor - kościół wzniesiony w miejscu głównego meczetu Rondy z czasów panowania muzułmanów.

A tuż obok kościoła - drzewka pomarańczowe.

Mijając kolejne sklepy, zaglądając w liczne zaułki, stopniowo zbliżamy się do centrum. Jest spokojnie. Ludzie tłoczą się w innej części miasta.







Po drodze zaglądamy do Panaderíi-Pasteleríi Ortiz, której historia sięga 1936 roku. Nieco sił dodają nam ciastka migdałowe z bliżej niezidentyfikowanym nadzieniem. Pyszne, ale tylko dla ludzi o mocnych zębach.




Pełni dodatkowej energii ruszamy przed siebie, oczywiście nadal klucząc, bo tu i tam wyłaniają się interesujące budynki, rzeźby czy uliczki.



Iglesia-Convento de La Merced (Klasztor pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny) obecnie we władaniu Karmelitanek.


Plaza de España powstał na początku XIX wieku. Znajduje się pomiędzy Nowym Mostem a areną.





Iglesia del Socorro


Na Plaza del Socorro zostajemy aż do zapadnięcia zmroku. Przeganiają nas nocny, górski chłód i rozsądek. Czas wyspać się po zarwanej nocy, by zebrać siły na kolejny dzień. Nie mam wątpliwości, że wbrew planom, nie ruszymy od razu w dalszą podróż. Ronda mnie zauroczyła, a ponieważ nie wszystko udało nam się zobaczyć, plan na następny dzień jest prosty: śniadanie w Finca Los Pastores (i najpyszniejszy sok pomarańczowy ever) i powrót do miasteczka.





Nowym Mostem szliśmy już wielokrotnie, czas więc na Stary Most (Puente Viejo).




Przy okazji... tak, zgadliście, zwiedzamy różne zakamarki. Proste drogi są takie nudne!










Łaźnie arabskie powstały na przełomie XII i XIII wieku.

W tle Iglesia de Padre Jesús

Puerta de Felipe V (Brama Filipa V)

Balkon pałacu - Palacio del Marques de Salvatierria, uwielbiany przez
hiszpańskich filmowców.




Zauroczyła mnie Ronda, ale nadal nie powiedziałam Wam, po co tak naprawdę tam pojechaliśmy. Bo choć nie załapaliśmy się na corridę ani parady, to przecież termin pobytu w miasteczku nie był przypadkowy. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć jak Hiszpanie świętują Ferię Goyesca.




Zapraszam więc na kolejną odsłonę andaluzyjskiej przygody. Będzie o tym jak nie znalazłam torreadora w złotych spodniach, o bliskich spotkaniach ze zwierzakami i ulicznym jedzeniu. Będą kolorowe suknie, słodki psi pyszczek i konna policja.



42 komentarze:

  1. Wow, jakie piękne i malownicze widoki. A i wspomnienia pewnie niezapomniane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, Ronda jest przepiękna. Mogłabym tam siedzieć dużo dłużej. :)

      Usuń
  2. Zdjęcia piękne, klimat cudowny! Nie mogę z tej ewakuacji na lotnisku, dobrze, że nie odwołano lotów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie były jakieś ćwiczenia, czy coś... Wszyscy się snuli półprzytomnie, od obsługi lotniska i ochronę, po podróżujących. A odwołali lot do Düsseldorfu. Nie wiem z jakiego powodu, ale później siedziałam jak na szpilkach martwiąc się, żeby nie odwołali też naszego.

      Usuń
  3. Brak mi słów, po prostu zatkało mnie z zachwytu!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ pięknie tam! Andaluzja kojarzy mi się z Sergio Ramosem, a więc bardzo dobrze mi się kojarzy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yyy... Eee... No... Tak...
      Nieważne, grunt, że dobrze się kojarzy. :D

      Usuń
  5. Piekne zdjecia i super wycieczka! A czytalas "Krew na arenie" Vicente Blasco Ibáñez?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie. I nawet nie bardzo wiem, skąd mogłabym ją wziąć. Na stronie biblioteki nie widzę. :/

      Usuń
  6. Jestem zachwycona. Poczułam ten klimat, a Ronda to jedno z moich marzeń podróżniczych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, jedź koniecznie! Tam jest absolutnie cudownie. I nie tylko tam. :)

      Usuń
  7. Wiesz, co Ci powiem? Ja to najchętniej przeczytałabym książkę podróżniczą w Twoim wykonaniu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uprawiam nudne zwiedzanie (tzn. dla potencjalnych czytelników, ja nie narzekam), więc chyba niewiele bym miała do opowiedzenia. ;)

      Usuń
    2. E tam, więcej wiary w siebie:)

      Usuń
    3. To nawet nie chodzi o wiarę, a o to, że po prostu spaceruję ulicami odwiedzanych miast i robię zdjęcia. Do książki przydałyby się jakieś ciekawsze anegdotki, a tych jest niewiele. Ciekawiej jest gdy np. mieszka się w prywatnych kwaterach, spędza czas z mieszkańcami, rozmawia z napotykanymi ludźmi itp. U mnie nie zdarza się to na tyle często, żeby wyszła z tego relacja zasługująca na opublikowanie w formie książki. ;)

      Usuń
  8. Zazdroszczę wojaży. Świetnie opisane, a do tego sliczne zdjecia. W tym łóżku ze słabym internetem to bym leżała i leżała:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. :)
      Niestety na leżenie nie było czasu. Na takim urlopie szkoda każdej chwili na... odpoczywanie. :P

      Usuń
  9. Interesująca relacja, natomiast co do hotelu - jest to (jeśli dobrze pamiętam) Parador de Ronda, a nie "Parador Nacional", czyli "schronisko narodowe. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze pamiętasz. Już poprawiam. :)

      Usuń
  10. Jakie inspirujące widoki. Napić się tam pysznej kawy - bezcenne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo świeżo wyciskanego soku z pomarańczy. Właściwie podczas tej wycieczki mogłabym pić tylko to. I wino, oczywiście. ;)

      Usuń
  11. Widzę, że mam czego żałować, ale i tak planuję do Andaluzji wrócić, więc na pewno nadrobię. Czuję, że i mnie Ronda by zauroczyła. Ciekawa jestem jak tam Feria. Ta w Maladze to było nie lada przeżycie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Ferii będzie następnym razem. :)
      Też planuję powrót. Chciałabym wybrać się na corridę do Sewilli, wrócić do Granady, zwiedzić tę część Andaluzji, która leży na wschód od Granady i Sewilli, zobaczyć więcej białych miasteczek, pojechać do Jerez (z noclegiem, bo tym razem ostatecznie uznaliśmy, że zwiedzanie Jerez, gdy kierowca nie może wziąć udziału w degustacji wina, nie ma sensu), zwiedzić jaskinię Pileta i całe mnóstwo miejsc. Malagi też nie widziałam (woleliśmy ostatniego dnia raz jeszcze pojechać do Granady). Tej imprezy w Maladze zazdroszczę (i mam nadzieję, że napiszesz coś więcej ;).

      Usuń
    2. Bogate plany :) Jeśli chodzi o Malagę to nie masz czego żałować. Miasto jest właściwie ładne, ale to nic wyjątkowego. Warto wejść na Alcazabę, bo rozciąga się z niej piękny widok na miasto i port.

      Usuń
    3. Na Gibraltarze spotkaliśmy polskie małżeństwo, które podróżowało po Andaluzji. Byli m.in. w Maladze, więc wypytałam ich o to, czy warto tam jechać i stwierdzili, że nie (a zwiedzili naprawdę dużo i podróżowali tak jak my - chcąc zobaczyć jak najwięcej). Myślałam o Alcazabie i Muzeum Picassa, tak na zakończenie wycieczki, na niedzielę, bo w poniedziałek rano wracaliśmy, ale ostatecznie uznaliśmy, że lepiej wrócić do Granady na zachód słońca. :P

      Usuń
  12. Jak cudownie!
    Pozdrawiam serdecznie ;*
    http://ravenstarkbooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  13. Cudne miejsce, takie inne niż te które widziałam do tej pory. Ale i tak najbadziej mnie zauroczył widok na góry z samolotu :)

    Czekam na dalszy ciąg!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żebyś Ty widziała moją minę jak je zobaczyłam. Niby wiedziałam, że wybieram się w góry, ale takiego widoku się nie spodziewałam. :D

      Usuń
  14. Patrząc na te zdjęcia aż chciałoby się od razu spakować i tam jechać :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Mogę tylko westchnąć. Ach!!!....jak tam cudnie.
    Świetna fotorelacja Aniu. Fantastyczne zdjęcia i interesujący tekst.......
    Aniu nie mogę nie napisać, że jednak Wam zazdroszczę......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :)
      Znam taką zazdrość, bo też tak spoglądam na relacje innych. Dzięki temu mobilizuję się do odkładania funduszy na własne wojaże. Np. na "Twój" Rzym. :)

      Usuń
  16. Ależ tam pięknie, może kiedyś się wybiorę :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Powtórzę to po innych, ale jestem tu od momentu, więc się zachwycam:): śliczne miejsca i zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może zostaniesz na dłużej i znajdziesz tu coś równie ciekawego? Zapraszam. :)

      Usuń
  18. Troszkę zazdroszczę Ci tak wspaniałych podróży, bo moje wojaże mocno ograniczyła choroba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że to przejściowe problemy. Trzymaj się, zdrowiej i ruszaj w podróż. :)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...