piątek, 30 sierpnia 2013

Stanisław Wotowski "Człowiek, który zapomniał swego nazwiska"
Arystokraci intryganci

Stanisław Wotowski
Człowiek, który zapomniał
swego nazwiska
Wyd. Ciekawe Miejsca.Net
2012
232 strony
Zwykle, gdy sięgam po kryminały, są to książki współczesnych autorów z akcją osadzoną w obecnych czasach. Wyjątkiem są oczywiście dzieła Agathy Christie czy sir Arthura Conan Doyle'a - klasyka, której pominąć nie sposób. Naszła mnie w końcu chęć, by spróbować czegoś nowego, odejść nieco od przestępstw gnębiących współczesną Skandynawię czy Nowy Jork, na rzecz tajemnic z przed wieku spisanych polską ręką. W ten oto sposób mój wybór padł na, jak głosi okładka, kryminał przedwojennej Warszawy, czyli Człowieka, który zapomniał swego nazwiska Stanisława Wotowskiego.

Stanisław Antoni Wotowski to postać niezwykle ciekawa. Był nie tylko pisarzem, ale także dziennikarzem, policjantem i właścicielem biura detektywistycznego. Interesował się okultyzmem. Jego dorobek literacki zawiera pozycje dokumentujące te zainteresowania. Pisał kryminały oraz książki o magii i okultyzmie. Ta druga tematyka pasjonowała go na tyle, że przez kilka lat jeździł po Polsce z wykładami poruszającymi kwestie wiedzy tajemnej. Jako detektyw, śledził przede wszystkim afery rozgrywające się w wyższych sferach, a zdobyte doświadczenie wykorzystywał pisząc książki. Nie wiadomo, co z autorem stało się po 1939 roku. Ślad po nim zaginął. 

Książki Wotowskiego były popularne przed wybuchem drugiej wojny światowej, w czasach PRL usuwano je z bibliotek. Obecnie kolejne tytuły doczekują się wznowień, w tym właśnie Człowiek, który zapomniał swego nazwiska, kryminał podobno oparty na prawdziwych wydarzeniach.

Historia zaczyna się w podwarszawskim psychiatryku, dokąd nocą, w podejrzanych okolicznościach przywieziono nieprzytomnego, młodego człowieka. Po ocknięciu mężczyzna nie pamięta niczego, ze swoim nazwiskiem włącznie. Kim byłem? Co robiłem? Skąd się tu znalazłem? Jak mam na imię i jak brzmi moje nazwisko?[1] Na szalonego nie wygląda, choć lekarz uparcie mu owe szaleństwo wmawia. Młodzieniec podobno jest nieobliczalny i dopuścił się strasznych czynów. Medyk twierdzi, że nie zna personaliów pacjenta, którego wedle jego słów znaleziono zemdlonego bez żadnego dokumentu poświadczającego tożsamość. Mężczyzna w swe szaleństwo nie wierzy, ale który wariant przyzna się do swych obłąkańczych skłonności? Który dopuszcza do siebie myśl o swej niepoczytalności?

Nasz bohater otrzymuje jednak wsparcie z zupełnie niespodziewanej strony. Oto jedna z pielęgniarek, coś usłyszała, coś zobaczyła, coś skojarzyła i dodając to wszystko do siebie, doszła do wniosku, że nie pacjent jest niebezpieczny, a jemu niebezpieczeństwo grozi, czym prędzej więc należy umożliwić mu ucieczkę. Dzielna pani Janeczka myśl szybko wprowadza w czyn, ostatnie swe oszczędności wciska w dłoń uciekiniera i już po chwili szaleniec zmierza w stronę dworca kolejowego, skąd wiedzie droga ku wolności.

Oczywiście nic nie pójdzie gładko, bo za zbiegiem rusza pościg, a młodzieniec pozbawiony pamięci nie bardzo wie gdzie szukać ratunku, komu może zaufać i dokąd się kierować, by ustalić kim był i dlaczego znalazł się w tak niedogodnym położeniu. Nim dotrzemy do rozwiązania zagadki, wydarzy się wiele. Na scenie pojawią się przedstawiciele sfer wyższych o niskich pobudkach i niskich sfer za to z wysoko rozwiniętą potrzebą pomagania innym. Sporo przy tym zbiegów okoliczności dla zbiega przychylnych lub nie, a że warszawska elita to dość hermetyczne środowisko, bohater co rusz trafia na znajomych z przeszłości, co stawia go w o tyle niekorzystnym położeniu, że niełatwo mu ustalić, kto z owych znajomych jest mu przyjaciele, a kto wrogiem.

Wiele się w kryminale Stanisława Wotowskiego dzieje, co nie znaczy, że dzieje się dobrze. I to nie tylko dla bohatera, który zanim trafi na ludzi godnych zaufania, nie raz wpadnie w tarapaty. Gdyby nie informacja wydawcy, że książka ta jest oparta o fakty (choć nigdzie nie jest wyjaśnione na ile luźne jest to oparcie), zarzuciłabym Człowiekowi, który zapomniał swego nazwiska małą wiarygodność. Za nic mi się wierzyć nie chce, by dwóch obcych sobie mężczyzn było na tyle do siebie podobnych, by pomylić ich mogli nie tylko znajomi, ale nawet... kochanki. I nie chodzi tu o to, że ktoś kogoś widział z daleka, że jedynie sylwetka mu mignęła. Oko w oko, pierś w pierś. Bliżej się nie da. Jedna z pań w ogóle nie widzi różnicy, drugą zaś zastanawiają odrzucone awanse, wygląd fizyczny najwyraźniej wątpliwości nie nastręczał. 

Ogromnie męczył mnie język książki. Zdaję sobie sprawę, że to literatura sprzed wojny, że mówiono wtedy inaczej, z tą manierą, która niekiedy drażni ucho w czarno-białych filmach. Trudno mi się jednak było przyzwyczaić do często "dziwnie" przestawionego szyku wyrazów w zdaniach. Mam  też wrażenie, że niektóre informacje, które powinny zostać zawarte w opisach, autor na siłę włożył w usta bohaterów. Jednak najbardziej przeszkadzali mi bohaterowie mówiący sami do siebie. Wszystko tu straszne! - szeptał. Nie podoba mi się w tym zakładzie! I ten Antoni [pielęgniarz], z miną zbója, i ten doktor, który choć twierdzi, że nie wie, kim jestem, wyraźnie unika mojego wzroku! I to lekarstwo, po którym bezwzględnie mi gorzej... Nie odzyskuję po nim pamięci, a raczej ją tracę... Toteż postanowiłem dziś uczynić próbę. Wylałem je za poduszkę...[2] Przez moment przestałam wierzyć w poczytalność pacjenta. Kto wie? Może jednak szaleniec? Okazało się jednak, że to powszechna przypadłość dotycząca także innych bohaterów książki.

Sama fabuła jest interesująca, choć opiera się na łatwych do przewidzenia motywach. Rozwiązanie zagadki nie zwala z nóg. Śledząc akcję stale zastanawiałam się ile z tego wszystkiego mogło się wydarzyć naprawdę. Zabrakło mi rozbudowanego tła akcji, nie poczułam klimatu przedwojennej Warszawy, niewiele dowiedziałam się o życiu ówczesnej arystokracji. Szkoda. Szczegółowe opisy uatrakcyjniłyby treść, interesująco spajając wątek kryminalny z tłem obyczajowym. Opisując czasy sobie współczesne, autor mniej poświęcił czasu na opisywanie codzienności, skupiając się głównie na intrydze kryminalnej.

Człowieka, który zapomniał swego nazwiska to lektura zupełnie odmienna od kryminałów, po które zwykle sięgam. Nie był to niestety wybór udany, więcej w tej książce wad niż zalet, choć myślę, że sama fabuła mogłaby posłużyć do stworzenia scenariusza filmowego. Mogłoby być zabawnie, nieco absurdalnie, a odpowiednia scenografia i kostiumy z epoki pomogłyby stworzyć klimat, jakiego zabrakło w książce Wotowskiego.

---

Książkę polecam
miłośnikom przedwojennych kryminałów
mieszkańcom Warszawy i okolic
zainteresowanym tajemnicami i intrygami wśród arystokratów

---

[1] Stanisław Wotowski, Człowiek, który zapomniał swego nazwiska, Wyd. Ciekawe Miejsca.Net, 2012, s. 9.
[2] Tamże, s. 14.

33 komentarze:

  1. Nie poczułam zainteresowania tą książką, zresztą widzę, że ciebie bardzo wymęczyła, więc tym bardziej spasuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie tak bardzo wymęczyła, ale też i nie wciągnęła.

      Usuń
  2. Mam teraz ciężki orzech do zgryzienia, bo też czasami czuję przesyt współczesnymi kryminałami i chciałabym przeczytać coś znacznie starszego. Powieść Wotowskiego wydaje się idealnie odpowiadać moim oczekiwaniom, ale wskazane przez Ciebie minusy studzą zapał. Pewnie jednak ulegnę, przeczytam i najwyżej będę pluć w brodę, że nie usłuchałam ostrzeżenia. Swoją drogą to postać autora też mnie zaintrygowała. Dziwne, że tak zniknął bez śladu. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie bardziej autor zaintrygował niż książka. ;)
      Zawsze możesz spróbować z innym jego kryminałem. Może choć intryga będzie ciekawsza? ;)

      Usuń
    2. Możliwe :) Nie słyszałam o tym pisarzu wcześniej, więc zupełnie nie znam jego dorobku literackiego, ale skłoniłaś mnie swoją recenzją do poszukiwań :)

      Usuń
    3. Człowiek się stara, pisze negatywne recenzje, a tu taka reakcja... :P

      Usuń
  3. Czuję, że to jeszcze nie czas na tę książkę. Uwielbiam intrygi i zbrodnie w dawnych czasach, jednak chciałabym zacząć od wyżej wymienionych klasyków gatunku :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Christe i Doyle przede wszystkim. :)

      Usuń
  4. Lubię przedwojenne kryminały, więc chętnie sięgnę po ten tytuł - choćby z ciekawości :) Zastanawiam się, jak znalazłaś tę książkę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patronat BiblioNETki. Wybrałam ten tytuł w nagrodę. ;)

      Usuń
    2. To wiele wyjaśnia :P

      Usuń
    3. No co? Nie samymi mocno promowanymi nowościami żyje czytelnik. :D

      Usuń
  5. Chyba jednak sobie odpuszczę, skoro Ciebie nie zaciekawił to po co tracić na niego czas :)?

    OdpowiedzUsuń
  6. Raczej po tę książkę nie sięgnę, nie moje klimaty :)

    OdpowiedzUsuń
  7. :/ Dobrze wiedzieć, po jakie książki nie sięgać :) To zdecydowanie nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też niekoniecznie, choć pomysł niby fajny.

      Usuń
  8. Jak lubię kryminały tak ten zupełnie sobie daruję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę namawiać, za bardzo mnie rozczarował.

      Usuń
  9. Odpowiedzi
    1. Może inny tego autora okaże się ciekawszy?

      Usuń
  10. Lubię takie historie, ale mam wrażenie, że czytałam i oglądałam już kilka podobnych. Poza tym z ludźmi mówiącymi do siebie ostatnio spotykam się bardzo często. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ta mogła być pierwsza, biorąc pod uwagę rok, kiedy powstała. ;)

      Przestań siedzieć przed lustrem! :P

      Usuń
    2. Ojtam, ojtam, nawet już unikam oszklonych knajp, żeby nie pić do lustra. :P

      Usuń
    3. Słusznie. Picie do lustra dubluje kaca.

      Usuń
  11. Recenzja do wyzwania :)

    "Elf Wszechmogący" - Marcin Pałasz
    http://magicznyswiatksiazki.pl/elf-wszechmogacy-marcin-palasz-recenzja-302/

    pozdrawiam
    Miłośniczka Książek

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja chyba odpuszczę - język tej powieści jest trochę dziwny, chyba lepiej będzie, jak poczytam coś Chmielewskiej. :

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Nowej" czy "starej" Chmielewskiej? Bo o tej "nowej" tyle się złego naczytałam, że trudno mi się za nią zabrać.

      Usuń
  13. Widzę, że wszyscy idą na łatwiznę i mają w stosikach książki w bardziej kolorowych okładkach. Przyznam się, że ja lubię takie powieści. A Wotowski czy Błażejowski to klasyka popularnych przedwojennych kryminałów. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łatwizna jak łatwizna, po prostu kolorowe okładki łatwiej się w oczy rzucają. Mam sporo starszych wydań na oku, ale co z tego, skoro to oko ciągle jest narażone na widoki przyciągających jak magnes nowości? ;)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...