środa, 7 stycznia 2015

Z Sherlockiem do Pekinu



Jedno z postanowień na ten rok? Nauka języków! Ta z magazynami językowymi jest jedną z jej najprzyjemniejszych form.

Numer listopadowo-grudniowy English Matters (49) reklamuje się właściwie sam, w końcu na jego okładce znalazł się Benedict Cumberbatch, a ten (jak podejrzewam) swoim wizerunkiem byłby w stanie sprzedać Eskimosom (no, może Eskimoskom) lód, Tuaregom piasek, a Australijczykom króliki.


Znany przede wszystkim z roli (świetnej!) w serialu Sherlock (świetnym!) podbił serce fanek, fanów i fanek na całym świecie (jedynie Tuaregowie na ten temat milczą, pewnie zastanawiają się co zrobić z dodatkowym piaskiem). O tym, czym poza oczywistymi oczywistościami, Cumberbatch różni się od Victorii Beckham i o kilku innych historiach związanych z aktorem, przeczytacie właśnie 49. numerze English Matters.

Jako, że Sherlock to nie tylko Sherlock, w magazynie pojawił się też tekst o innych bohaterach tej historii. Od siebie mogę tylko dodać, że jeśli nie wiecie o jakim serialu mowa, to warto to nadrobić. Watson prowadzący bloga, Sherlock uzależniony od telefonu komorkowego - czyż można się temu oprzeć?




Listopadowo-grudniowy numer EM zaczyna się od sparodiowanego horoskopu, ale nawet świadomość prześmiewczości tekstu nie pozwoliła mi przejść obojętnie wobec faktu, że według jego autorki cechy raka to narrow-minded, fussy and obstinate. Narrow-minded? Phi! (foch z przytupem)

Przejdźmy więc dalej. W tym numerze czekają nas dwie dalekie wyprawy. Pierwszą odbędziemy z Markiem Wałkuskim, którego najnowsza książka Ameryka po KaWałku pojawiła się w księgarniach w grudniu. W udzielonym EM wywiadzie, autor opowie o tym jak on widzi USA, zdradzając przy tym, że życie w tym kraju jest łatwiejsze niż w Polsce.


Druga podróż będzie dużo bardziej egzotyczna. Przed nami Pekin. Stolica Chin przyciąga turystów jak magnes. Co tu dużo mówić: jest tam co zwiedzać i sama nie miałabym nic przeciwko temu, by znaleźć się choć na chwilę np. w Zakazanym Mieście. Tym bardziej, że nie mam co się obawiać o to, że nie spodoba mi się pekińska kuchnia. Kosmopolityczne miasto oferuje knajpy serwujące dania z całego świata, ale koronę królowej dzierży... McDonald.



McChicken w dłoń i czytamy dalej. Upss... W dziale Leisure Tracy Anderson i Mel B z wyrzutem spoglądają na wyciekający z bułki majonez (czy co oni tam do niej ładują), przekonując, że warto jest zadbać o zgrabną sylwetkę. By latem móc lansować się na plaży, dobrze jest na to pracować przez cały rok, a ćwiczenia zacząć już teraz. A póki co, zmieniamy menu i zaglądamy do innych działów.

Przed nami artykuły o vlogach, o brytyjskich emerytach, którzy wcale nie mają tak lekko, dronach (czyli tym, co kojarzy mi się z obrazami z filmów sci-fi, a okazuje się być czymś całkiem rzeczywistym i być może któregoś dnia zaparkuje na moim parapecie dostarczając pizzę). Z tekstów bardzo przydatnych uczącym się angielskiego, wart polecenia jest ten dotyczący rozmów telefonicznych, a miłośników ciekawostek językowych ucieszy artykuł The Coin Phrase o tym kto wprowadził do języka takie pojęcia jak gremlin, eyeshore czy zany i co one tak naprawdę znaczą.

A na zakończenie, bez względu czy macie za oknem zimowe krajobrazy czy nie, możecie sobie ściągnąć na laptopa, komórkę czy tablet, dodatek Idioms for winter days, dzięki którym dowiecie się m.in. co to znaczy, gdy AnnRK stwierdza: I’ll be stalking Johnny Depp until hell freezes over


egzemplarz recenzencki

Magazyny do kupienia m.in. TUTAJ.

25 komentarzy:

  1. Króliki i Australia to kiepski pomysł. :D No przecież czytasz bardzo wąsko, co się oburzasz? :D Ja jestem bardzo narrow-minded, że aż śmiech. Cóż, nie jestem typowym rakiem. :P

    Wiem i bez czytania. Współczuję, chyba jemu bardziej. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co, czyżby były problematyczne? :P
      Pffff... Czasami zdarzają mi się skoki w bok, nietypowy raku.

      A jej nie? Ona taka biedna, nieuśmiechnięta.

      Usuń
    2. Czasami. :P
      Jemu chyba bardziej, bo sama wiem co to znaczy być "na widelcu" po pobycie w Indonezji...
      A tak w ogóle, to nie wiem czemu wszyscy oburzają się na te "makdonaldy" w "egzotycznych krajach". Przecież dla nich to też "egzotyczne jedzenie" tak jak dla nas te wszystkie bary chińskie, wietnamskie, itd. Czasem jadałam w Pizza Hut etc. w Indonezji. Bardzo sobie chwalę. Standardy obsługi wyższe niż w Polsce. :D

      Usuń
    3. Och, nie rozumiem. To przecież takie sympatyczne, futerkowe stworzonka, tworzące sympatyczne stadka. :P

      A ten widelec w Twoim przypadku to co?

      To nie tyle oburzenie, co zdziwienie tym, że przy takiej liczbie rozmaitych możliwości kulinarnych i tak wszyscy walą po fast foody. :D

      Usuń
    4. Czułam się jak celebryta w narodzie paparazzi. :P Jak pojechałam na skuterze w stroju jawajskim na ślub znajomego znajomej, to poza tym, że ludzie wychodzili na ulicę, żeby mnie zobaczyć, to jeszcze parę dni później słyszałam, że ktoś tam mnie widział i opowiadał swoim znajomym (np. mojej koleżance).

      A co jest w Polsce? W większych miastach też jest wiele rozmaitych możliwości kulinarnych i tak ludzie walą po fastfoody. Fastfood w Polsce - szybkie, tanie jedzenie.
      Z tego co pamiętam, Pizza Hut, McDonald's itd. są w Indonezji restauracjami i do zamówienia dolicza się 10% podatku. Obiad na mieście w knajpce zjesz taniej niż kanapkę w McDonalds. Swego czasu w knajpce w Yogyakarcie przy dworcu (i koło ulicy turystycznej) jadłam zupę soto na śniadanie za 8.000 rupii (u siebie w mieście codziennie, z herbatą za ok. 5.000) Najtańsza kanapka w McDonald's - 11.000 (z podatkiem). u mnie w mieście McDonald's nie było. :P Pizza Hut, McDonalds - czysto, jest klimatyzacja (czyli chłodno) siedzisz na krześle (w knajpkach indonezyjskich często siedzisz na dywanie), nikt cię nie zaczepia i nie próbuje z tobą rozmawiać (oczywiście po angielsku, bo przecież obcokrajowiec nie zna indonezyjskiego :P), nikt ci nie robi zdjęć jak jesz. No i mają wołowinę, bo u mnie na ulicy żadna z knajpek jej nie podawała. W Pizza Hut co jakiś czas zmieniało się menu specjalne tworzone przez zwycięzcę MasterChef Indonesia, czy jakoś tak. Wyjście do takiego fastfoodu to droga impreza. Ja w Pizza Hut najczęściej płaciłam ok. 100.000 rupii. Jedzenia na kilka dni (śniadanie, obiad, kolacja) po cenach knajpianych, a nie opłaca się gotować samej na 1 osobę bo drożej to wyjdzie jak w knajpce. W Pizzy Hut (w centrum handlowym) zawsze były wolne stoły, nie to co np. w Pizzy Hut w Arkadii, gdzie czasem długa kolejka się ustawia na zewnątrz.
      Dlaczego Indonezyjczycy chodzili do fastfoodów? Nie mam pojęcia. Pamiętam tylko, że McDonalds w Yogyakarcie przy centrum handlowym Malioboro otwierał się wcześniej niż całe centrum handlowe. Klima to dobra rzecz w miejscu, gdzie temperatura "w zimę" to nadal dwadzieścia kilka stopni. Nie wiem jak jest w Chinach, ale wiem, że nie da się patrzeć na to tylko przez pryzmat sytuacji w Polsce.
      Btw, mam płytę popularnego indonezyjskiego muzyka kupioną w KFC razem z zestawem dla dwojga. http://en.wikipedia.org/wiki/L1ve_to_Love,_Love_to_L1ve Zestaw "muzyczny" jest częścią standardowej oferty KFC (choć dostępne płyty mogą się różnić). http://www.kfcku.com/foodmenu/category_menu/kombo Kombo Super Star.

      Usuń
    5. A propos dronów "czyli tym, co kojarzy mi się z obrazami z filmów sci-fi, a okazuje się być czymś całkiem rzeczywistym i być może któregoś dnia zaparkuje na moim parapecie dostarczając pizzę" chyba przespałaś całą dyskusję (trochę trwała) chociażby w polskich mediach w grudniu 2013 gdy Amazon zadeklarowało, że ma plany rozsyłania paczek dronami. Był dyskusje czy to w ogóle realne (kwestie bezpieczeństwa, uwarunkowań prawnych) To stary temat, a z tego co wiem, nic się nie zmieniło od tamtego czasu, więc odgrzewany kotlet.

      Usuń
    6. No tak, przecież jazda w Polsce na skuterze w jawajskim stroju to takie normalne. W Poznaniu codziennie widuję kilkanaście takich osób. Pozostałe mają kimona albo hawajskie spódniczki. :D

      Napisz książkę o Indonezji, zamiast mnie karmić krótkimi scenkami z pobytu! No!

      Ujmę to tak: przespałam tę dyskusję i milion innych. Wiadomości sprawdzam rzadko, tv nie mam, jak mi na fejsie czegoś nie napiszą, albo mąż o czymś nie opowiada, to tego nie wiem. O dronach nie opowiadał, bo zieeeewww... ;)

      Usuń
    7. Ale ja opowiadałam o Indonezji i skuterze. :P Tylko w Indonezji miałam jakiekolwiek prawko. :D Zamiast cię karmić krótkimi scenkami, przyjedź w marcu do Warszawy. Będę opowiadać o pobycie. ;)

      Usuń
    8. Aaaaa... Teraz rozumiem. :D

      Tia. W marcu do Warszawy. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy jechać na Targi, bo jednak wolałabym odkładać na wakacje, niż wydawać na transport, nocleg i książki, które przeczytam dopiero na emeryturze. :D

      Usuń
    9. Na jakiej emeryturze? W wieku 80 lat już wzrok dawno nie będzie ten i nici z czytania. :P Targi zacna rzecz. Zawsze można spotkać znajomych. :P

      Usuń
    10. Będę miała ludzi od tego. :P

      A są w Warszawie jacyś fajni? :P

      Usuń
  2. Sama myślę o tym, by podszkolić w tym roku zwłaszcza mój niezadowalający angielski. Pomyślę też o tego typu pomocach :) Ku mojej ogromnej radości w tym semestrze mamy zajęcia z języka obcego. Ależ się stęskniłam za niemieckim, choć od czasu do czasu starałam się zaglądać w gromadzone latami materiały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brrr... Akurat niemieckiego nie lubię. A magazyny polecam. Naprawdę fajna sprawa.

      Usuń
  3. To chyba będzie moje postanowienie - powtórzyć solidnie angielski i przełamać się w komunikacji ( a to jest najgorsze).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten pierwszy raz jest najtrudniej, później idzie z górki. Najłatwiej mówi się wtedy, kiedy się musi. Np. przy zagranicznym wyjeździe.

      Usuń
  4. Mam już ten numer za soba i być może jutro napiszę co nieco o nim :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo lubię ten magazyn:) kolejny numer już czeka u mnie na półce:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje postanowienie to nie rozbić postanowień. Jestem niekonsekwentne i po co mam sobie nastrój psuć. Jednak do nauki języka obcego przydałoby mi się usiąść, wolałabym z jakimś przystojnym korepetytorem, ale gazetka też może być ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, to skoro jesteś niekonsekwentna, to możesz to wykorzystać. Np. obiecać sobie, że nie będziesz się uczyć. :P
      To ja poproszę lekcje hiszpańskiego z korepetytorem. Native speakerem, oczywiście.

      Usuń
  7. Czytałam ten numer :) Tekst o Sherlocku świetny, a artykuł on Wałkuskim skłonił mnie do wypożyczenia jego książki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tę książkę też mam ochotę.

      Usuń
  8. Kocham ten serial! I socjopatycznego Sherlocka przede wszystkim. :D
    Kurczę, a ten magazyn naprawdę wygląda ciekawie no i cena prenumeraty mnie zaskoczyła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajny jest. I serial, i magazyn. Dla mnie naprawdę przyjemna forma nauki. :)

      Usuń
  9. Ciekawe, co Cumberbatch próbowałby sprzedać takiej Urbańskiej? Egzemplarze tych książek, które już leżą u niej na półkach? Kupiłaby! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On nawet nie musiałby próbować. Nie zdążyłby ust otworzyć, a Urbańska "biorę wszystko!" :P

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...