Dziś zabieram Was na krótki bieg po Berlinie. Trwał on niespełna dwie godziny, czyli o wiele krócej niż stworzenie dzisiejszej notki. Postaram się nie pisać w co drugim akapicie zdań w stylu "nigdy więcej zorganizowanych wycieczek" i jeśli mi się to uda, możecie być ze mnie dumni.
Chciałabym powiedzieć, że pomysł "jedźmy do Berlina z biurem podróży!" zrodził się w chwili niepoczytalności spowodowanej wyrżnięciem głowy o kant szafki lub zamroczeniem alkoholowym - niestety, z głową u mnie nie najgorzej (i będę się przy tym upierać), ani szafki, ani procenty nie krzywdzą jej boleśnie. Tę niezbyt rozsądną decyzję podjął mój wewnętrzny leń, któremu wystarczyło energii do tego, by zarezerwować wycieczkę, kupić przewodnik i plan miasta. Te ostatnie to nawet nie wiem po co, bo przecież tak wspaniale dałam się zorganizować, że nawet nie musiałam do nich zaglądać. Brawo ja.
A teraz morał: lenistwo nie popłaca.