Pierwszy listopada, dla jednych czas refleksji, spotkań rodzinnych, wspomnień, dla innych lansu na cmentarzach i sporów o to, czy lampion przyniesiony przez wujka Kazika pasuje do wiązanek babci Antonii i zniczy cioci Krysi (swoją drogą, sknera z tej ciotki, bo ani te znicze tęczowe, ani z pozytywką, ani nawet skromnego aniołka na nich nie maźnięto).
Jakkolwiek to brzmi, lubię cmentarze. Lubię panującą tam ciszę i myśl towarzyszącą mi podczas spaceru alejkami. Tę, która każe żyć, bo śmierć nikomu nie odpuści. Lubię spoglądać na rzeźby, ukruszone upływem czasu. Na mech płożący się po kamieniach. Na zdjęcia tych, którzy odeszli, myśląc przy tym, czy umierali mając świadomość, że udało im się w pełni wykorzystać dany im czas. Tak naprawdę, spacery cmentarnymi alejami, to jedyne chwile, w których udaje mi się wyciszyć.
W Paryżu było trochę inaczej. Mnóstwo miejsc, które chciało się zobaczyć i zbyt mało czasu na to, by to zrobić. Dlatego wędrowaliśmy raźnym krokiem. I dlatego o ile po
nekropolii Montmartre spacerowaliśmy dość długo, to już cmentarze
Montparnasse oraz
Père-Lachaise mogę na razie uznać jedynie za "zaliczone", a nie zwiedzone. W tym poście pełnym zdjęć, chciałabym Wam pokazać, że zwłaszcza to drugie miejsce warto zwiedzić. I dlaczego ja chcę tam kiedyś wrócić.