sobota, 28 marca 2015

Steven Galloway "Wiolonczelista z Sarajewa"
"Ten człowiek nie może zginąć"

Steven Galloway
Wiolonczelista z Sarajewa
Wyd. Marginesy
2015
288 stron
Nie sposób odgadnąć, która wersja kłamstwa jest prawdą. Czy prawdziwe jest Sarajewo, w którym ludzie byli szczęśliwi, szanowali się nawzajem i żyli w zgodzie? Czy prawdziwe jest to dzisiejsze, w którym ludzie usiłują się nawzajem zabijać, ze wzgórz nadlatują kule i granaty, a budynki obracają się w gruzy?[1]

Kolejka po chleb. Element szarej codzienności. Ta jest dość długa. Nic dziwnego, to pierwsza dostawa od ponad tygodnia. W oblężonym Sarajewie pieczywo nie należy do dóbr łatwo dostępnych. Podobnie jak wszystko inne.

Na wzgórzach stacjonują oblężnicze wojska. Sytuacja, zdawałoby się przejściowa, ciągnie się już dość długo. Mury zmieniają się w gruzy, ludzie w trupy. Niektórzy zdają się martwi za życia. Wiecznie na celowniku snajperów, wiecznie w cieniu bomb, granatów, dział.

O czwartej po południu kolejka nagle znika. Zostają po niej ogromny krater, urwane kończyny, zawieszone w powietrzu krzyki rannych, szkło, zakrwawiona damska torebka... Dwadzieścia dwie osoby już nie czują ani głodu, ani strachu. 

Wiolonczelista widział wybuch przez okno. Stał tam jeszcze przez dobę, by później, o szesnastej, wydobyć z szafy smoking i z wiolonczelą w jednej ręce, z taboretem w drugiej, wyjść na zewnątrz i na gruzach zagrać Adagio Albinoniego.

Pomysł zdaje się szalony. Muzyk postanawia przez dwadzieścia dwa dni, codziennie o czwartej po południu, odziany w ów frak jakże egzotycznie prezentujący się na tle pobojowiska, w muzykę wojny, świst kul, huk bomb, w kołatanie serc szybciej bijących ze strachu, wpleść nuty czmychające spod piłującego struny wiolonczeli smyczka. Tyle dni, ile ofiar. W mieście, w którym snajperzy strzelają do ludzi jak do kaczek, on zamierza stać na widoku. I grać.

Nie będzie wiedział czy przeżyje. Nie będzie wiedział, czy wystarczy mu Adagiów[2].

Oblężenie Sarajewa uważane jest za najbardziej krwawe w historii Europy po II wojnie światowej. Najbardziej krwawe i najdłuższe, trwało bowiem prawie cztery lata. Tysiące ludzi straciło życie, a samo miasto w znacznym stopniu uległo zniszczeniu. Steven Galloway przy pomocy czterech bohaterów opowiada o tym, jak żyło się w mieście, w którym zwykła wyprawa po chleb lub wodę, była niczym wypad na strzelnicę. W roli kaczki, nie myśliwego, choć i o myśliwych będzie, bo w gronie kluczowych postaci pojawi się taka, której umiejętności strzeleckie równają się tym, którymi mógł się poszczycić Chris Kyle.

Wiolonczelista z Sarajewa zachwyca stylem. W prostocie opowieści kryją się ogromne emocje. Steven Galloway umiejętnie opisuje okrucieństwa wojny, czyni to w sposób bardzo sugestywny, obrazowy, mocno działający na wyobraźnię. Nie epatuje przemocą, choć pełno jej wokół. Nie popada w tony górnolotne, nie wpada w pułapki taniego melodramatyzmu.

Wiolonczelista przez trzy tygodnie ryzykuje życiem, by swym recitalem oddać hołd ofiarom zamachu. Jego samego ma chronić snajperka Strzała, mistrzyni w swym fachu, kobieta, która powoli już zapomina jak to było żyć życiem sprzed pseudonimu i coraz dłuższej listy zamordowanych przeciwników. W tym samym czasie, gdy ona lustruje przestrzeń w poszukiwaniu wrogów, Kenan stara się dotrzeć po wodę dla swoich bliskich, a Dragan, z tęsknotą za rodziną wymalowaną na twarzy, przemierza miasto, by dotrzeć do piekarni.

Strzała i karabin.
Kenan i woda.
Dragan i chleb.
Wiolonczelista i muzyka.

Cztery składowe wojny. Broń, woda, żywność, nadzieja.
Coś, co pomaga bronić i atakować. 
Coś, co niezbędne jest do przeżycia. 
Coś, co pozwala na moment oderwać się od codzienności, powrócić wspomnieniami do lepszych czasów.

Steven Galloway w przejmujący sposób opowiada o trudnej sztuce przetrwania w rzeczywistości, która przerasta nawet najsilniejszych. Tu śmierć zjawia się znienacka. Czasem zapowiada ją świst lub huk, czasem nagle zapada ciemność, a czyjeś ciało uderza o ziemię. Przejść przez ruchliwą czteropasmową drogę jest łatwiej, niż przekroczyć pustą ulicę oblężonego Sarajewa. Iść teraz, czy może za pięć minut? Poczekać, aż ktoś przejdzie pierwszy, czy zaryzykować samemu? Czy ten snajper, który przed chwilą nie trafił biegnącego młodzieńca, ułożył się już do kolejnego strzału czy na dziś odpuścił? A może jest kiepskim strzelcem i znów nie trafi? Iść? Biec? Tu, a może kilkadziesiąt metrów dalej? Prosto? Po przekątnej? Zygzakiem? Przed chwilą jakaś para zdołała dostać się na drugą stronę bez przeszkód? Snajper zrobił sobie przerwę? Chyba jednak nie. Nagle tuż obok ląduje czapka. Można ją podnieść prawie nie narażając się na niebezpieczeństwo. Ale jak przenieść jeszcze ciepłe zwłoki jej właściciela? Może lepiej się nie wychylać, udać, że się nie widzi, nie słyszy, nie jest. Właściwie to nawet nie musi być kłamstwo. Tak niewiele trzeba, by już nie widzieć, nie słyszeć, nie być. Wystarczy wyjść z cienia, ruszyć na drugą stronę ulicy. 

Wiolonczelista z Sarajewa pisany jest w czasie teraźniejszym. Daje to poczucie uczestnictwa w zdarzeniach. Opowieść bohaterów jest ogromnie osobista, szczera. Ich słowa zapadają w pamięć, bolą, dają do myślenia. Codzienność składa się z wyborów błahych w czasie pokoju, ważkich w okresie wojny. Czy idąc po wodę lepiej pójść dwa razy, by butelki były lżejsze, a prędkość przemieszczania się większa? Czy może lepiej z większym ciężarem iść nieco wolniej, ale tylko raz narażać się na spacer po mieście? Prosta decyzja, porażające konsekwencje.

Autor dużo miejsca poświęca rozterkom swoich bohaterów, ich walce ze słabościami, nachalnymi myślami, lękami. Ich miejscem w tym całym zamieszaniu. Tworzy portrety ludzi zagubionych, spragnionych szarej codzienności, wypełnionej mało znaczącymi w obliczu wojny dylematami. Opisy wojennej teraźniejszości przeplatają się ze wspomnieniami i tęsknotami. Marzenia bohaterów Wiolonczelisty z Sarajewa są proste, ich spełnienie nie powinno być czymś niezwykłym. A jednak...

Nie chcę wychodzić na zewnątrz. Chce wrócić do środka, zagrzebać się w pościeli i przespać resztę wojny. Chce zabrać młodszą córkę do wesołego miasteczka. Chce siedzieć jak na szpilkach, czekając, aż starsza córka wróci z kina z chłopakiem, który nie przypadł mi do gustu. Chce, żeby jego syn, ich drugie dziecko, nie rozmyślał o tym, za ile lat będzie mógł wstąpić do wojska[3]

Vedran Smailović w ruinach Biblioteki Narodowej
[źródło]

Czasem myślą o śmierci. Czy strzał w głowę to błyskawiczny koniec, co się wtedy czuje, czy ciemność zapada od razu, a może ostatnich kilka sekund świadomości pozwala na obejrzenie swojego życia w pigułce? Często o człowieczeństwie, o tym, kto jeszcze jest człowiekiem, kto bestią, psem, kto martwym za życia.

Inspiracją dla Stevena Galloway'a była postać autentyczna. W oblężonym Sarajewie,  na gruzach miasta, wiolonczelista Vedran Smailović grał wielokrotnie, za plecami mając przygnębiające wojenne plenery. Powieść Kanadyjczyka nie spotkała się z uznaniem uwiecznionej w niej postaci, wręcz przeciwnie - wywołała oburzenie muzyka. Trudno mi powiedzieć dlaczego, bo Wiolonczelista z Sarajewa w żaden sposób go nie krzywdzi, przeciwnie, są w tej powieści sceny, które podkreślają to, jak wielkie znaczenie miał jego niezwykły gest. Ta przepiękna książka ujmuje prostotą sformułowań i daje do myślenia złożonością problemu. Jest delikatna i mocna zarazem, pełna pytań bez odpowiedzi, nierozwianych wątpliwości i otwartych zakończeń. Ma dużą moc rażenia i taką samą docierania do dusz, serc i sumień. Chłonie się ją wszystkimi zmysłami. Oczy drażni unoszący się w powietrzu kurz, nerwy koją dźwięki wygrywane przez wiolonczelistę.

Gdy rozbrzmiewa muzyka, wojenna rzeczywistość na moment przestaje uwierać. Znów świeci słońce, a budynki nie straszą sypiącym się tynkiem i dziurami zamiast okien. Z zatłoczonych kawiarni dobiegają śmiechy, dzieci w swych maleńkich dłoniach ściskają lody i cukrową watę. Psy obwąchują się nawzajem. Z siatki na zakupy unosi się zapach świeżego pieczywa. Ludzie są uśmiechnięci, nie unikają swojego wzroku, nie wstrzymują oddechów, gdy ich stopy trafiają na asfalt jezdni. 

Gdy muzyka cichnie, ciszę i ciała rozrywa świst kul.

Ten człowiek nie może zginąć[4].

Inni też nie powinni.





Vedran Smailović Adagio

***

Książkę polecam
miłośnikom tematyki wojennej
ciekawym życia zwykłych ludzi w czasie wojny
chcącym zajrzeć do oblężonego Sarajewa
ciekawym jak Steven Galloway przedstawił postać Vedrana Smailovicia
wierzącym w moc muzyki
poszukującym poruszającej literatury
wielbicielom powieści inspirowanych prawdziwymi zdarzeniami
tym, którzy nie doceniają tego, co mają

***

[1] Steven Galloway, Wiolonczelista z Sarajewa, przeł. Łukasz Witczak, Wyd. Marginesy, 2015, s. 272.
[2] Tamże, s. 15.
[3] Tamże, s. 37.
[4] Tamże, s. 91.

***

egzemplarz recenzenki

25 komentarzy:

  1. Za dużo tych wojen, ataków terrorystycznych, katastrof. na świecie.. nie czuję się na siłach by czytać ten tytuł....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, niestety. Czasem faktycznie dobrze jest się oderwać od złych wydarzeń z rzeczywistości, sięgając po lżejszą literaturę.

      Usuń
  2. Nawet nie wiem co napisać. Po prostu bardzo chciałabym ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Lektura nie dla mnie. ale dziękuję za podsunięcie pomysłu na prezent dla kumpeli

    OdpowiedzUsuń
  4. Boję się książek, które aż bolą. I nie lubię tych chwil, kiedy czytając uświadamiam sobie, że większość moich problemów nie ma znaczenia. I dlatego sięgnę po tę książkę. Dziękuję, że o niej napisałaś. Inaczej pewnie by mi umknęła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie. Takie historie dają do myślenia i pomagają docenić to, co się ma.
      Przeczytaj koniecznie. Moim zdaniem naprawdę warto.

      Usuń
  5. Boję się książek, które aż bolą. I nie lubię tych chwil, kiedy czytając uświadamiam sobie, że większość moich problemów nie ma znaczenia. I dlatego sięgnę po tę książkę. Dziękuję, że o niej napisałaś. Inaczej pewnie by mi umknęła...

    OdpowiedzUsuń
  6. Przy takich książkach zawsze przytłacza mnie złość na ludzkie zachowania. Jak można dopuścić do takich dramatów. Zapisałam sobie jej tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykre jest to, że takie historie się powtarzają.

      Usuń
  7. Właśnie "siedzę" w tematyce wojennej, czytając "Odłamki" Ismeta Prcica i ciężko mi z tą książką na sercu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tę książkę też bym chciała przeczytać.

      Usuń
    2. Także czytam ,,Odłamki":)
      ,,Wiolonczelistę z Sarajewa" mam zamiar poznać:)

      Usuń
    3. I jak? Rozumiem, że warto?

      Usuń
  8. Baardzo intrygujący tytuł. A recenzja, jak zwykle, z dużym rozmachem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wiem, nieco przydługa. Musiałam trzasnąć się po palcach, bo chciałam napisać dużo więcej. ;)

      Usuń
  9. Z całą pewnością po nią sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytałam tą książkę. Bardzo dobra, ale doła miałam po niej ogromnego.

    OdpowiedzUsuń
  11. Chciałabym przeczytać książkę. Oczywiście, że historia mnie przeraża i boję się tego całego okropieństwa wojny, ale warto poznać historię Sarajewa, aby mieć świadomość koszmaru. Oby nigdy się nie powtórzył, co chyba jest tylko moim pobożnym życzeniem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, tym bardziej, że to historia zwykłych ludzi, takich jak Ty, ja, nasi bliscy.

      Usuń
  12. Aniu Ty powinnaś sama pisać.....masz polot....i tak potrafisz ubrać recenzję w piękne słowa.....
    Książki pewno nie przeczytam, ale opinię przeczytałam z przyjemnością.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo, bardzo Ci dziękuję za te słowa. :)

      Usuń
  13. Najlepsze scenariusze/fabuły pisze życie - nic dodać, nic ująć.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jestem w dosyć depresyjnym nastroju i właśnie mam ochotę na takie książki. ,,Wiolonczelistę z Sarajewa" bardzo chcę przeczytać! Obecnie jestem w trakcie ,,Żółtych ptaków", te wojny, dlaczego, po co :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Wiolonczelistę..." polecam, ale mam nadzieję, że ten depresyjny nastrój szybko Ci minie.

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...