Dawno, dawno temu, kiedy na ścianach wisiały kalendarze z rokiem 2014, a ostatnie kolorowe, październikowe liście ozdabiały miejskie chodniki, w Poznaniu, na Festiwalu Fabuły, zjawili się dwaj wygadani pisarze, Janusz Rudnicki i Wojciech Kuczok.
Tak szczerze mówiąc, poszłam tam na spotkanie z tym drugim panem, bo choć od powieściowego
Gnoju wolę filmowe
Pręgi, to jednak Kuczoka pisanie bardzo lubię. Choćby za
Senność (także nieźle zekranizowaną),
Widmokrąg czy
To piekielne kino. O Rudnickim mówiono, że fajny, że zabawny, że erudyta, że coś tam jeszcze co przemawia za tym, żeby poszukać jego twórczości w księgarniach czy bibliotekach, ale jakoś tak okazji nie było, czasu, coś innego wpadało w ręce. Z krakowskich
Targów Książki wróciłam jednak z
Życiorystą, wspomnieniami rozmowy o spodniach jako pamiątce pierwszej ejakulacji, jeździe na rowerze po pijaku i kilku innych ważkich tematach oraz z pamiątkową (ciężko zdobytą) fotką.