Sięgam po książkę i robię to, co z książką robić należy. Najpierw wdycham zapach papieru, a następnie otwieram i zaczynam czytać. Słowa z prologu są mi tak bliskie! Czytam, czytam, zerkam na okładkę. Czytam, czytam, spoglądam na nazwisko autorki.
Nie, to jednak nie ja to napisałam. Napisała ją Helen Russell, brytyjska dziennikarka z Londynu, a nie Polka nieokreślonej profesji mieszkająca w Poznaniu. I tak sobie czytam o kobiecie po trzydziestce, zmęczonej aurą, szukającą równowagi między pracą a życiem osobistym, żyjącą według listy rzeczy do zrobienia, która nigdy nie ma końca. Listy tego co chce, musi, powinna zrobić. I tak sobie czytam dalej o tej kobiecie, która próbuje robić kilka rzeczy na raz, ale czuje, że energia ją opuszcza, a życie rozbija na kawałki nijak niedające się skleić.
I już wiem, że cokolwiek będzie dalej, ja się w książce Helen Russell odnajdę. Nawet jeśli ja zostanę w Poznaniu, a ona przeniesie się do Danii.
