poniedziałek, 25 września 2017

Granda 2017 - dzień pierwszy



Coś Wam zdradzę w sekrecie: nic tak nie ładuje akumulatorów, jednocześnie wysysając siły, jak imprezy w stylu Poznańskiego Festiwalu Kryminału Granda.

Wracam z takiej Grandy zmęczona, zmordowana, z workami pod oczami, w których można by nosić pyry (pozdrowienia dla wszystkich poznańskich pisarzy używających w swych książkach wielkopolskiej gwary), a tym razem oprócz autografów, zdjęć, nowych znajomości i całej masy fantastycznych wspomnień, przytargałam także gorączkę i katar (na deszczowe dni polecam kalosze; trampki, nawet jeśli są czerwone i ukochane, marnie kończą po spotkaniu z wodą). A jednak, mimo zmęczenia i przeziębienia, po tych trzech dniach wciąż mi mało! Bo przecież nie ze wszystkimi udało mi się porozmawiać, bo chętnie bym jeszcze posłuchała kolejnych anegdot, przemyśleń, żartów, wykładów, dyskusji. I w ogóle dlaczego następna Granda jest dopiero za rok?


W tym roku na trzeciej edycji festiwalu pojawił się gość zza granicy. Na Aleksandrę Marininę czekaliśmy cierpliwie z otwarciem. W końcu przed budynek Nowej Gazowni wjechało czarne audi, a w nim caryca kryminału.




Oprócz gwiazdy zagranicznej nie brakowało tych z Polski rodem. Wschodząca (i przechodząca) gwiazda polskiego kryminału, Marcel Woźniak, na moment przejęła pierwszy plan. A może, jeśli kolejne tomy cyklu z Leonem Brodzkim będą miały co najmniej tak dobry poziom jak Powtórka, zostanie na tym pierwszym planie na dłużej?




Autorkę powitała Magda Drogoś-Kraszewska, jedna z Grandziar odpowiedzialnych za trzydniowe festiwalowe szaleństwo.




Zebraliśmy się w Nowej Gazowni. Na kilku stoiskach piętrzyły się kryminały, ceny kusiły, okładki połyskiwały zachęcająco. Część z rozłożonych książek miały jeszcze status przedpremierowych i te kusiły najbardziej.

Tymczasem w sali zgasło światło, a my staliśmy się świadkami zbrodni wytańczonej przez uczniów Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. Olgi Sławskiej-Lipczyńskiej w Poznaniu.









Po części artystycznej, przyszedł czas na tę nieco bardziej formalną. Na scenie pojawili się dyrektor festiwalu Marita Lipska oraz prezydent Jędrzej Solarski (który chyba zdążył się w końcu przekonać do kryminałów), a następnie Aleksandra Marinina. Po takim powitaniu byliśmy gotowi na pierwsze spotkanie.




prowadzący miał oko na wszystko

w oczekiwaniu na dziennikarzy


Na pierwszy ogień - temat poważny. Rozmowę prowadził Błażej Wandtke, a rozmówców miał niezwykle ciekawych. Niedawno pojawiła się książka Przemysława Semczuka Kryptonim Frankenstein, fabularyzowana historia Joachima Knychały, seryjnego mordercy kobiet, który grasował (czy to dobre określenie?) na Śląsku w latach 70' i 80' ubiegłego wieku. Rozmowa w dużej mierze dotyczyła tejże właśnie książki i historii w niej zawartej, jako że autor siedział na scenie, a towarzyszyli mu Roman Hula, policjant (wówczas milicjant), który przyczynił się do zatrzymania Knychały i Michał Fajbusiewicz, którego chyba przedstawiać nie trzeba, bo jego program 997 znany jest z pewnością miłośnikom zbrodni trudnych, niewyjaśnionych, intrygujących. 

Książkę Roman Hula pochwalił, jako nie tylko wierną faktom (choć należy pamiętać, że nie jest to reportaż, a biografia fabularyzowana), ale i świetnie oddającą klimat tamtych czasów oraz warunki i możliwości pracy ówczesnych śledczych. W tym momencie wspomnienia popłynęły wartkim strumieniem. Michał Fajbusiewicz oznajmił, że tamte czasy były absolutnym zaprzeczeniem tego, co na ich temat można było zobaczyć w mediach. Program o niewykrytych sprawach nie był czymś, co można by było dopuścić do emisji. Obecnie jest zupełnie inaczej, a media żywo zainteresowane są nie tylko podkręcającymi emocje sprawami pełnymi znaków zapytania, ale i kawałkami dosłownie krwistymi. Problem polega na tym, że większość zbrodni to banalne zabójstwa domowe (Roman Hula przyznał, że w policyjnym żargonie nazywane są... nielegalnym ubojem) i jak tu zrobić raz w tygodniu program, gdy ciekawych morderstw jest na lekarstwo?

Przemysław Semczuk opowiadał o tym dlaczego zdecydował się odejść na moment od literatury non-fiction i napisać książkę fabularyzowaną (w tej drugiej można zamieścić takie szczegóły, które w tej pierwszej są nieistotne), a następnie wywiązała się żywa dyskusja na temat współpracy policji z mediami. Panowie przerzucali się wspomnieniami i anegdotami, robiło się to poważnie, to wesoło, choć to co najmroczniejsze zostało na koniec - rzucone na ekran i opowiedziane w kuluarach, gdzie Roman Kula dzielił się makabrycznymi szczegółami dotyczącymi zbrodni popełnianych przez Knychałę.

Na ekranie pojawił się krótki film o Knychale zrealizowany przez Edwarda Kozaka w 1982 roku. Muszę przyznać, że ta niepozorność mordercy, jego zwyczajność i spokój malujący się na twarzy wywoływały ciarki. Aż trudno uwierzyć, że przykładny pracownik, mąż i ojciec był zdolny do tak potwornych czynów.











Kryminał zawsze wszystkich kręcił, podobnie jak seks - powiedział Przemysław Semczuk i coś w tym pewnie jest, zważywszy na to, ile osób pojawiło się na Grandzie, choć następny gość festiwalu nie interesuje się kryminałami. Interesuje się życiem.

Na scenie pojawiła się redaktorka Czasu Kultury, Justyna Zimna, by od Marcina Kąckiego dowiedzieć się... Czego nie widać? Taki był temat spotkania, a kryło się pod nim wiele anegdot z życia reportera, które można podsumować krótkim: życie bywa dziwniejsze niż fikcja. Autor książki o Białymstoku, która nie każdemu mieszkańcowi tego miasta przypadła do gustu, wziął pod lupę Poznań, czego efekty będziemy mogli sprawdzić niebawem, kiedy to ukaże się jego reportaż Poznań. Miasto grzechu. Ogromnie jestem ciekawa, jakie grzechy wydobył autor i jak gorąca będzie atmosfera poznańskich spotkań promujących tę książkę.

Czasami robiło się poważnie, gdy rozmowa schodziła na tematy polityczne (bo jak tu się śmiać, gdy wyborcy nie uczą się na błędach) czy organizacje nacjonalistyczne (z którymi ogromny problem ma np. Wrocław). Czasami abstrakcyjnie, gdy nikt nie umiał odpowiedzieć na pytanie, jak to możliwe, że podczas gdy nad wizerunkiem polityków czuwa sztab ludzi, możliwe jest istnienie zjawiska zwanego Krystyną Pawłowicz. 

Marcin Kącki opowiadał o czasach propagandy, sile fake newsów, o agendzie, która jest poranną lekturą polityków, z której dowiadują się co i na jaki temat mają danego dnia mówić. Wspomniał swoje zmagania z tematami politycznymi i to w jak zdumiewający sposób włączenie kamery zmienia przebieg rozmów z politykami. W momencie włączenia kamery kończy się życie, a zaczyna scenariusz.

Nie myślcie jednak, że spotkanie przebiegało cały czas w tonie poważnym. Nie dało się nie śmiać z przygód Marcina Kąckiego z hejterami, Stasiem zależnie od poziomu trzeźwości wulgarnego (Staś trzeźwy) lub użalającego się na żonę i życie (Staś pijany), panią zachęcającą reportera do modlitwy za pośrednictwem Facebooka czy ex-hejtera, którego utraty Marcin Kącki odżałować nie może, bo nikt go nie hejtował równie literacko. 

Temat tego, do czego zdolne są media doprowadził do rozważań na temat tabloidów. Reporter nie uważa ich za formę dziennikarstwa, lecz raczej za showbiznes. W końcu czy można serio traktować gazetę piszącą o jeziorze pełnym wódki czy misce-zabójcy?

Całość piękną puentą zakończyła Justyna Zimna, oznajmiając, że nie można uprawiać pasji (w tym przypadku pisania) bez... zabezpieczenia. Dowodowego, rzecz jasna.






Chwila przerywy i na scenie pojawili się Jakub Żulczyk i Vincent V. Severski. Piotr Wieczorek wypytywał o dwie podobne, a jednak różne dziedziny - pisanie powieści i pisanie scenariuszy. Wprawdzie nie wiadomo, czy można tym panom wierzyć (wszak były tajniak Vincent V. Severski już na wstępie stwierdził, że nie ma większych kłamców niż pisarze i szpiedzy), ale rozmowa okazała się bardzo interesująca. 

Vincent V. Severski na film patrzy z perspektywy widza. Czyta scenariusze, na których podstawie ma powstać serial, ale na szczęście nie należy do tych autorów, którzy wykłócają się o każdy szczegół i nie zgadzają na wprowadzanie zmian w fabule. Przeciwnie. Bywa zazdrosny, bo pewne rozwiązania zastosowane przez scenarzystów podobają mu się bardziej niż te, które sam wymyślił na potrzeby książek. Nie zgadza się tylko na jedno, by zdjęcia kręcono w innych miejscach niż rzeczywiste. Bukareszt nie może udawać Sztokholmu, a Pustynia Błędowska to nie to samo co piaski Afganistanu. Zupełnie inne zdanie na ten temat ma jednak Jakub Żulczyk, który ze śmiechem opowiadał o tym, że wszelkie reklamy owoców czy warzyw kręcone są w RPA, bo tam jest odpowiednie światło, by wyeksponować walory owoców z polskich sadów.

Jakub Żulczyk ma doświadczenie zarówno w pisaniu scenariuszy, jak i powieści. Opowiedział o swojej partnerskiej współpracy z producentami, o tym czym różnią się obydwie formy opowiadania (scenariusz jest efektem współpracy i kompromisów, ma bardziej precyzyjną konstrukcję) i o tym, że nie jest dla niego ważne to jak wierny jego powieści jest film. Film czy książka nie muszą być też stuprocentowo wierne rzeczywistości. Vincent V. Severski przyznał, że oglądanie serialu Homeland przerwał po dwóch odcinkach, bo jako były szpieg nie mógł znieść tego w jaki sposób pokazany jest jego fach. Inaczej patrzy na to Jakub Żulczyk. Dla niego najważniejsze jest to, by opowieść była spójna wewnętrznie. Nie musi koniecznie odwzorowywać rzeczywistości.

Jeśli jednak chcielibyście poznać literaturę szpiegowską wierną rzeczywistości, to oprócz książek Severskiego, dopiszcie sobie do listy twórczość takich autorów jak John le Carré czy Graham Green .

Natomiast Jakub Żulczyk podzielił się listą swoich ulubionych adaptacji (a przynajmniej tych, które akurat w tym momencie pamiętał). Wśród nich znajdują się Forest Gump, Lśnienie, Psychoza, Ciemne zwierciadło.

I znów zapowiadało się poważnie, a wyszło wesoło. Z anegdoty o filmie o Bergmanie pewnie jeszcze długo będę się śmiać.








W końcu przyszedł czas na ostatnie tego dnia spotkanie. Tym razem był to wykład. Scenę przejęła kryminalistyk dr Joanna Stojer-Polańska, która opowiadała o zaginięciach kryminalnych. 

Co roku za zaginionych uznaje się ok. 20 tys. osób. Większość z nich wraca do domu, jednak wciąż nieznane są losy ok 4 tys. zaginionych. Wśród zaginięć wyróżniamy przypadki medialne, jak sprawy Madeleine McCann, Madzi z Sosnowca, Ewy Tylman czy Iwony Wieczorek, ale i zaginięcia niezgłoszone, np. bezdomnych, przestępców, sprawców przemocy. Czasami znajdowane są ciała, które nie dają się przypasować do nazwiska. 

Zdarza się i tak, że rodzina błędnie zidentyfikuje zwłoki. Tak było w przypadku pewnego mężczyzny, który podczas kontroli policyjnej nie miał ze sobą dokumentów. Jak się okazało, wedle dokumentacji od 20 lat ten mężczyzna był uznany za martwego. Niby rodzina zidentyfikowała jego ciało, a tymczasem on przez dwie dekady żył z dala od nich, ani myślą się ujawniać Mniejsza jednak o to, dlaczego wybrał taki wariant. Ciekawsze było znalezienie odpowiedzi na pytanie, do kogo w takim razie należały zwłoki?

Dr Joanna Stojer-Polańska nie tylko opowiadała o zaginięciach w sposób ogólny, ale też przywoływała konkretne przykłady. Sięgnęła przy tym także do zdarzeń sprzed... setek, a nawet tysięcy lat. Do człowieka z Tollund czy Oetzi, o którym wiadomo, że jest ofiarą zabójstwa. Ustalono też m.in., że cierpiał na miażdżycę i boreliozę, a nawet co jadł przed śmiercią i czym go zabito. 

Wśród bardziej współczesnych przypadków, interesujący jest problem identyfikacji zwłok wytatuowanej ofiary potrącenia przez samochód. Zdawałoby się, że charakterystyczne tatuaże pozwolą ustalić tożsamość denata. Tak się jednak nie stało.

Tu mamy ciało, a nie znamy tożsamości. W innej sprawie, mamy zaginioną, ale nie wiadomo czy szukać jej martwej czy żywej. Joanna Rosiak zaginęła w 2005 roku. Nie udało się ustalić co stało się tamtego dnia, gdy nie dotarła do pracy. Być może chodziło o problem finansowy. Z jej zapisków trudno wywnioskować, czy to ona była komuś coś dłużna, czy to jej ktoś miał zapłacić. Hipoteza o ucieczce została obalona. Co więc się stało z Joanną? Nie wiadomo.

To było udane zamknięcie dnia. Tym razem bez mocnej puenty, ale za to w finale pojawił się cytat z Pierwszego śniegu Jo Nesbø).





Zobacz też:


16 komentarzy:

  1. Super wydarzenie, oby takich więcej :) Gratuluję kolejnego autografu do kolekcji :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Wpadnij kiedyś na Grandę. :)

      Usuń
  2. Byłam tylko w niedzielę, ale było wspaniale, mam nadzieję, że uda mi się być też za rok :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! Świetna atmosfera, fantastyczni ludzie i super okazja, żeby poznać ciekawych ludzi.

      Usuń
  3. Niestety nie byłam, ale może kiedyś się uda :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe wydarzenie, niestety nie brałam w nim udziału.

    OdpowiedzUsuń
  5. Aż żałuję, że nie mieszkam w Poznaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie. Ale zawsze możesz sobie zaplanować weekendowy wyjazd w przyszłym roku. ;)

      Usuń
  6. Kurczę, a mogłam tam być! Czekam na ciąg dalszy relacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I szkoda, że nie byłaś.

      Nie wiem kiedy ogarnę drugą część, ale postaram się w miarę szybko. :)

      Usuń
  7. Docinek w kierunku prezydenta - bezcenny <3

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...