piątek, 17 maja 2013

James Thompson "Jezioro krwi i łez"
Kuppaus, vihta i morderstwa w Finlandii

James Thompson
Jezioro krwi i łez
Wyd. Amber
2012
350 stron
Dziś będzie o tym, jak złudne bywa niekiedy ocenianie książki po okładce, czy kierowanie się tytułem, który zapowiada interesującą lekturę. Gdyby nie ten mroźny pejzaż z okładki zestawiony z krwistym napisem, gdyby nie tytuł, który przyciągnął skutecznie moją uwagę, nie straciłabym bezpowrotnie kilku godzin poświęconych najpierw na czytanie, a teraz na pisanie tego tekstu. Cokolwiek robiłabym w tym czasie, byłoby z pewnością dużo bardziej sensowne i przyniosło więcej korzyści, nawet gdyby sprowadziło się do pozornie mało pożytecznego leżenia plackiem i wgapiania się w sufit. Kto wie, co mądrego przyszłoby mi wówczas na myśl. Podczas lektury Jeziora krwi i łez Jamesa Thompsona moje szare komórki padły z nudów.

Takie powieści pisałby Simon Beckett, gdyby mieszkał za kręgiem polarnym - głosi hasło z tyłu okładki. Simon, błagam, zostań gdzie jesteś i pisz jak piszesz. Przytoczone zdanie jest największą grozą tej powieści. Ukazuje perspektywę przerażającą, która śnić mi się będzie dłużej, niż obejrzany w dzieciństwie Omen. 

Tymczasem jednak przenieśmy się do Finlandii, do drugiego tomu przygód inspektora Kari Vaara. Jeśli tak jak ja nie czytaliście części pierwszej, nie szkodzi. Vaara opowie wam wszystko. Kto był zły, kto dobry, kto zginął, przeżył, poronił i tak dalej. Czego nie zdradzi wam nota wydawcy, tego dowiecie się z pierwszych stron powieści. Najwyraźniej Thompson wyszedł z założenia, że każdy kto bierze do ręki Jezioro krwi i łez musi mieć za sobą Anioła śniegu, ale może ma to sens? Otóż, czytając tom drugi prawie jakbyśmy czytali od razu pierwszy, co pozwala zaoszczędzić sporo czasu. Wygodne, prawda? Nie wiem ile tomów jest w planie, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa, czytając ostatni z nich poznacie rozwiązania wszystkich wcześniejszych spraw. Jeszcze wygodniejsze. 

Vaara oprócz tego, że za dużo gada, miewa bóle głowy. Co ja piszę! Miewa? On je ma bez przerwy. Niemal na każdej stronie. Wspomina o tym częściej, niż Anastasia Steele wywraca oczami i zagryza wargę. Rozumiem, ból głowy jest irytujący, uciążliwy, a chronicznie się pojawiający nie wróży najlepiej, ale litości - czytelnik już po trzydziestej uwadze dotyczącej problemów zdrowotnych Kariego, łapie o co chodzi i zaczyna się domyślać, że do czegoś ten bolesny wątek zmierza i zwykła aspiryna nie wystarczy.

Oczywiście oprócz bóli jest i fabuła. Na dobry początek, w prywatnej saunie znaleziono Rauhę Anttilę, martwą, starszą kobietę. Poza tym Vaara  prowadzi jeszcze dwa śledztwa, ma dowieść niewinności Arvida Lahtinena, mężczyzny w wieku lat dziewięćdziesięciu, bohatera narodowego oskarżanego o zbrodnie wojenne oraz znaleźć dowody na to, że rosyjski biznesmen Fillippov zabił swoją żonę.

Narracja powieści jest pierwszoosobowa, prowadzona w czasie teraźniejszym. Vaara zwykle opowiada historię krótkimi zdaniami, często równoważnikami. Brzmienie głośno czytanego tekstu niekiedy przypomina beznamiętnie składany raport. Język jest dosadny, opisy pewnie miały być mocne i naturalistyczne, wyszły prymitywne i niesmaczne. Gazy tworzące się w brzuchu wypchnęły z ciała kał i płyny. Podeszły pod skórę twarzy i szyi, powodując napuchnięcie ust, warg oraz języka. Twarz jest zniekształcona, prawie nie do rozpoznania. Na skórze utworzyły się także wypełnione płynem pęcherze. (...) Rauha upadła, leży na boku. Milo zmusza się, aby dokonać oględzin. Przesuwa ją, stara się spojrzeć pod zwłoki, szukając możliwych śladów przemocy. Pękają pęcherze. Skóra Rauhy przylgnęła do drewnianego siedziska sauny, prześlizguje się Milowi przez palce i odchodzi od ciała. Wiercące się larwy wychodzą jej z tyłka, wijąc się i spadając na ławkę.[1] Milo to partner Vaara, spragniony poklasku typek o IQ wynoszącym 172.

Dialogi są drętwe i dalekie od naturalności. Bohaterowie zachowują się dziwnie. Mąż cieszy się z tego, że ciężarna żona ma większe libido, a dopiero po jakimś czasie napomyka, że ciąża nie do końca przebiega prawidłowo i kilka tygodni temu badania wykazały nadciśnienie oraz stan przedrzucawkowy[2], co niesie ryzyko odklejenia się od łożyska i śmierci zarówno dziecka jak i matki. Tymczasem żona martwi się o męża, który pojechał na miejsce zbrodni. Dlaczego się martwi? Bo jest brzydka pogoda. Faktycznie, w tej sytuacji jest to największe zmartwienie.

Moim ulubionym fragmentem powieści stał się ten, w którym para detektywów informuje Filippova o śmierci jego żony. Pozwólcie, że przytoczę go w całości:
- Chodzi o Iisę, pańską żonę - wyjaśnia [pastor] Oksanen. 
Dwóch detektywów i pastor zjawiają się, aby przekazać złe wieści. Filippov musi przeczuwać najgorsze, jednak głos ma opanowany.
- Co z IIsą?
- Z przykrością powiadamiam, że już nie ma jej wśród nas.
Filippov przechyla głowę na bok.
- No to proszę powiedzieć, gdzie jest? Nie jestem dzieckiem, proszę mi to powiedzieć wyraźnie.
- Zmarła. Dzisiaj rano odnaleziono jej ciało.
Filippov spogląda prosto na Oksanena. Po jego twarzy właściwie niczego nie widać.
- Jak umarła?
Pastor obchodzi biurko i kojącym gestem kładzie mu dłoń na ramieniu.
- Została zamordowana. Teraz jest już u Boga.
Filippov nie zwraca uwagi na tę rękę.
- Jestem ateistą.[3]

Dawno tak się nie uśmiałam podczas lektury. Dialog-żyleta. Ścina z nóg. W dalszej części tej uroczej rozmowy, Filippov zostaje szczegółowo poinformowany o tym co stało się z jego żoną. Zabójca zrobił sobie z niej ludzką popielniczkę, potem chłostał, skupiając się na twarzy, aż wreszcie zmasakrował prawie nie do poznania. Torturowano ją systematycznie i wreszcie uduszono, w akcie miłosierdzia.[4] Standardowa procedura. Dokopać osobie, która właśnie straciła kogoś bliskiego. Dyskrecja i wyczucie zdecydowanie nie są mocnymi stronami policyjnej ekipy. Vaara o szczegółach śledztwa opowiada każdemu, kto zechce go słuchać, nawet jeśli ten ktoś jest obcym starcem oskarżonym o popełnienie zbrodni wojennych.

Vaara jest oczywiście twardym policjantem, który zmaga się z demonami minionych lat, spraw i migren; nie dość, że bliscy go zawiedli, mordercy nie szczędzili przykrości, to jeszcze za okazywanie emocji bił go tatuś. Oprócz zbrodni, bólu głowy i duchów przeszłości, które stale dają o sobie znać, Kari ma też na głowie rodzeństwo żony, siostrę-konserwatystkę i brata-alkoholika. To prowadzi do różnych spięć, ale też wprowadza jedyny interesujący wątek, czyli obcy w Finlandii. Żona Vaary jest Amerykanką, a przybyłe z "innego świata" rodzeństwo czeka wiele niespodzianek. To staje się pretekstem do wymiany całkiem ciekawych poglądów oraz przemycenia kilku interesujących informacji dotyczących fińskich zwyczajów. Słynne sauny są tu oczywiście numerem jeden. Przy okazji można poczytać o kuppaus, czyli odsysaniu krwi,  o tym dlaczego siedząc w najchłodniejszym kącie sauny lepiej nie podkręcać temperatury, do czego służy vihta i jak zachowuje się nagi, wkurzony Fin. Tyle o plusach, wróćmy do minusów.

Minusem jest słaba korekta, która nie tylko gubi całe wyrazy, i olewa literówki, ale i przepuszcza perełki w stylu: Najbardziej mnie wkurza, że miasto ma pieniądze na podgrzewane chodniki w dzielnicy handlowej, żeby turystowi nie zbierał się śnieg na butach, ale brakuje mu na ochronę obywateli.[5] Wystarczyło, żeby autor raz na jakiś czas zaszalał z bardziej złożonym zdaniem i korekta się pogubiła. Dziwią mnie też inne zabiegi, jak choćby próba fonetycznego zapisu mowy jednego z bohaterów. Formy w stylu "nienawidzis" czy "dzietska" jestem w stanie zrozumieć, ale użycie "ó" w wyrazie "odłósz" trochę dziwi. Ewentualnie ja mam za słabo wyczulone ucho i nie odróżniam w mowie "u" od "ó", a tym samym nie widzę potrzeby usilnego pakowania błędów ortograficznych tam, gdzie w mowie ich nie słychać.

Nine Inch Nails Closer
to chyba najlepsza piosenka do bzykania wszechczasów[6]


Cóż, czasami szósty zmysł mnie zawodzi i biorąc książkę "w ciemno" trafiam na tytuł, w którym trudno mi się doszukać pozytywów. Tak było w tej książce. Gdyby nie fińsko-amerykańskie zderzenie światów nie wahałabym się przed wystawieniem najniższej z możliwych ocen. Ta część ratuje odrobinę tę powieść, jednak nie na tyle, bym jeszcze chciała wrócić do twórczości autora. Nienajgorzej wypadają też bohaterowie, na tle marnej reszty ich kreacje nie przedstawiają się tak źle. Do plusów mogłabym też zaliczyć wzmianki o udziale Finów w drugiej wojnie światowej. Ale co z tego, kiedy książka napisana jest topornie (choć może część winy leży po stronie tłumacza, a nie autora), dialogi są sztuczne, a sama intryga mało ciekawa? Finał odrobinę zaskakuje, ale nie zaciera złych wrażeń.

Przeglądając opinie innych czytelników, zauważyłam, że jestem w mniejszości, więc nie powiem wam "pod żadnym pozorem nie czytajcie". Może niepotrzebnie się czepiam, ale pewna jestem, że Simon Beckett pod żadną szerokością geograficzną nie stworzyłby takiego dzieła. Jezioro krwi i łez od Chemii śmierci dzieli nie tylko przepaść geograficzna. Różnią się też nastrojem, warsztatem autora, jego umiejętnością budowania napięcia, tworzenia wiarygodnych dialogów i kilkoma innymi aspektami. Styl Thompsona nie przypadł mi do gustu, opowiadana historia nie wciągnęła, a tych kilka ciekawostek o Finlandii to za mało, by spotkanie z inspektorem Karim uznać za udane.



***

[1]James Thompson, Jezioro krwi i łez, przeł. Maciej Nowak-Kreyer, wyd. Amber, 2012, s. 10-11.
[2] Tamże, s. 58.
[3] Tamże, s. 49.
[4] Tamże, s. 53.
[5] Tamże, s. 135.
[6] Tamże, s. 186.

54 komentarze:

  1. Cudownie to napisałaś! Jakim sposobem taki wybrak w ogóle ujrzał światło dzienne? Będę omijać szerokim łukiem :-)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórym się podoba, sądząc choćby po opiniach/ocenach na lubimyczytac. Najwyraźniej nie poznałam się na dobrej książce. :)

      Usuń
  2. Paulina kiedyś skutecznie zniechęciła mnie do tego autora :D Szkoda, że szata graficzna przewyższa zawartość. Dialog mógłby wykorzystać jakiś kabareciarz - na fali zainteresowania Abelardem Gizą jego widzę w roli "zrozpaczonego" męża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, a ma jakąś recenzje na blogu? Aż muszę poszukać. Kurcze, niech ona już wróci, bo mi brak jej spojrzenia na kryminały. =)

      Wyobrażam sobie Gizę w tej roli. To by było coś!

      Usuń
  3. Koszmar. Podziwiam, że skończyłaś ja czytać.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym nie prowadziła bloga, pewnie bym nie skończyła. W końcu od czasu do czasu, jakiś krytyczny tekst musi powstać, żeby zrównoważyć moje zachwyty nad dobrymi książkami, które trafiają mi się zdecydowanie częściej. ;)

      Usuń
  4. Omijać to dziadostwo będę szerokim łukiem. Szacunek, że wytrwałaś do końca :D Ja taka dzielna chyba bym nie nie była :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiałam się poświęcić, żeby innych przestrzec. :P

      Usuń
  5. A czytałaś moją recenzję? Bo ja jestem raczej po Twojej stronie, zwłaszcza tych błędów korekty, bo tu mi ręce opadły a turystowi przebiło wszystko. Co więcej pierwsza część tego cyklu "Anioły śniegu" była nie tylko całkiem niezłym kryminałem, ale też błędów w niej nie było. "Jezioro krwi i łez" to nie tylko porażka autora/tłumacza, ale przede wszystkim korekty, choć pojawiały się głosy, że Amber oszczędza na korekcie i w wielu ich książkach jest sporo błędów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam. :)
      I jak dotarłam do cytatu ze słynnym "turystowi" to aż się roześmiałam, bo zareagowałam identycznie. Akurat ten fragment czytałam rano jadąc do pracy i też kilka razy śledziłam wzrokiem to zdanie zanim uwierzyłam w to, co widzę. Jeszcze po powrocie do domu się upewniałam, bo pomyślałam sobie, że może rano byłam zbyt zaspana i coś źle zrozumiałam. Różne wpadki korekty się zdarzały, ale takiej chyba jeszcze nie widziałam.
      A o książce piszesz zdecydowanie bardziej przychylnie. Ja nie znalazłam w niej tylu plusów. Styl autora kompletnie nie przypadł mi do gustu. =/

      W ogóle chciałam porównać swoje wrażenia z innymi, więc pogrzebałam trochę po Sieci. I szok, bo np. na lubimyczytac jest sporo pozytywnych recenzji.

      Usuń
  6. Okładka "Jezioro krwi i łez" klimatycznie zbliżona jest do pewnej książki ,,Groza''. Szkoda, że jej wykonanie leży i kwiczy. No i ta mizerna korekta przekreśla wszytko. Będę omijała tę pozycje szerokim łukiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Groza" Koontza?
      Czytałaś? Warto?

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Spojrzałem na okładkę i myślałem, że szykuje się dobry kryminał :) Dzięki za ostrzeżenie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech. Mnie nikt nie ostrzegł, a na okładkę zareagowałam tak samo. Chlip, chlip. ;)

      Usuń
  9. Nie mam zdania na temat tej książki, bo nie dość, że nie czytałam żadnej powieści Thomsona (nawet nie słyszałam o tym pisarzu), to nie spotkałam się z jakąkolwiek opinią na temat kryminału, o którym piszesz. Szkoda, że marny. Zawsze człowiekowi przykro, gdy straci cenny czas na kiepską lekturę. Ale i takie doświadczenia są potrzebne, by zachwycić się później świetną powieścią:) Poza tym masz już wyrobione zdanie na temat autora i będziesz ostrożna, a tak cały czas tytuł byłby dla Ciebie intrygujący:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja znalazłam sporo dosyć przychylnych opinii, więc może to ja się czepiam? ;)

      Pierwszą moją myślą, gdy wzięłam książkę do ręki było "ojej, zapowiada się świetnie, szkoda, że nie ma części pierwszej". Gdyby była, wróciłabym z dwoma tomami. Strach pomyśleć. :P

      Usuń
  10. O! To mnie zaskoczyłaś! Myślałam, że "Jezioro krwi i łez" to całkiem dobry kryminał.
    Chyba na wszelki wypadek będę omijać tę książkę szerokkim łukiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siebie też zaskoczyłam. A właściwie autor mnie zaskoczył. Razem z tłumaczem i korektorami. :P

      Usuń
  11. Mamy bardzo podobne wrażenia, czytałam i rozczarowałam się. Lubię skandynawskie kryminały, ale w tym wypadku było naprawdę kiepsko. Podobnie, jak Tobie styl autora nie przypadł mi do gustu, fabuła średnio interesująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, strasznie szkoda, tym bardziej, że ta część konfrontacji rzeczywistości fińsko-amerykańskiej była całkiem ciekawa.

      Usuń
  12. Uwielbiam Twoje recenzje:) I bardziej podobają mi się te, w których krytykujesz, bo twoja ironia wywołuje mój uśmiech i humor mi się od razu poprawia;) A co do książki, to chyba też bym się złapała na okładkę i liczyła na dobry kryminał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. ;)
      Mam jednak nadzieję, że częściej będę trafiać na te książki, na które nie będę musiała narzekać. :P

      Usuń
  13. Otóż to, recenzja znakomita, poprawiła mi nastrój :-) Zacytowany fragment zwala z nóg. Książkę omijam szerokim łukiem, nawet na wyprzedaży jej nie tknę, postanowione :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się. :P

      Czemu? Ominie Cię sporo ciekawych dialogów i innych perełek. :P

      Usuń
  14. Kamień z serca, że Ci się nie podobało... Tak mogę bez żadnych konsekwencji odpuścić sobie tę książkę :D. A swoją drogą od jakiejś godziny jestem napalony na "Kobietę w czerni"... bez podtekstów, proszę :P. Chodzi mi o pierwowzór książkowy tego horrorku, w którym gra Potter :). Czytałaś to może?

    Miłego wieczoru!
    Melon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie czytałam, a też się napaliłam, bo film był całkiem niezły. Potter mnie zaskoczył, bo okazało się, że jednak może być nie tylko Potterem i magicznie przeistoczył się w zupełnie innego typka. I like it.

      No, ale książki w bibliotece brak, a kupować nie planuję. =/

      Usuń
  15. Nie zachwyciła mnie część pierwsza, ale "Jezioro krwi i łez" było po prostu fatalne. Bohaterowie sztuczni i denerwujący, Thompson rzucił się na kilka tematów, co sprawiło, że książka stała się chaotyczna. Stracone kilka godzin z życia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, niestety. Chaos, kiepski język i sztuczność. Ale Finlandia jako kraj mnie wciąż intryguje i tych kilka ciekawych wstawek (zwłaszcza z wizyty w saunie) jeszcze to zainteresowanie pogłębiło.

      Usuń

  16. Recenzja jak zwykle wyśmienita i podobnie jak Paula podczas jej czytania uśmiałam się niesamowicie. Po książkę na pewno nie sięgnę!!:)

    OdpowiedzUsuń
  17. To co zacytowałaś już samo w sobie książkę dyskredytuje. Błędy, niechlujstwo językowe to do dowód na to, że autor/tłumacz/wydawca czytelnika lekce sobie waży. Wolę czytadło starannie wydane niż byle jak wydane dzieło. Na okładkę pewnie też bym się dała wziąć, na Becketta niekoniecznie, bowiem jak dla mnie - zbyt drastyczny. Dobrze, że za książkę chwyciłaś, miast wgapiać się leniwie w sufit, bo recenzja - palce lizać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję. :)

      Błędów też nie cierpię, ale w końcu w tym wypadku to nie wina autora, tylko polskiej ekipy, więc choć czyta się ciężej to jednak na opinię o powieści jako takiej niby nie rzutuje. Ale tutaj nawet autor się nie popisał, wszystkiego na tłumacza zrzucić nie można. Kiepska książka, niestety, choć nie brak i zadowolonych, więc będzie i trzecia część. ;)

      Usuń
  18. Ja znów nie na temat ;)

    Recenzja do wyzwania
    "Podróże Pana Kleksa" Jan Brzechwa
    http://magicznyswiatksiazek.blogspot.com/2013/05/227-podroze-pana-kleksa-jan-brzechwa.html

    OdpowiedzUsuń
  19. Ja nie wiem, dlaczego Cię zachęcił tytuł, nie mówiąc już o okładce. Ale wiem za to, że nigdy nie napiszę książki, bo inaczej co drugą stronę też bym wspominała o bólu głowy. :D
    No a a ta "piosenka do bzykania" - cudo... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to wszystko razem wzięte zapowiadało całkiem ciekawy, mroźny kryminał. ;)

      Cudo piosenka czy cudo przeznaczenie piosenki? :P

      Usuń
    2. Jedno i drugie.
      Ale uwielbiam tę Twoją recenzję. :P

      Usuń
    3. No tak, ale książki nie chcesz przeczytać. Chlip, chlip. ;(

      Usuń
  20. Myślę, że Twój czas wcale nie został aż tak stracony - Twoją recenzję czytało się bardzo przyjemnie, więc możesz się pocieszać, że Twoje cierpienie dostarczyło innym radości :D a czy mi książka by się spodobała nie mam zamiaru sprawdzać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rety, jak to brzmi: "Twoje cierpienie dostarczyło innym radości". :P

      Usuń
    2. Rzeczywiście, nie było to zbyt fortunne wyrażenie :P

      Usuń
    3. Ale radość pozostaje. :P

      Usuń
  21. Turystowi.... Turystowi... Nie no, nie wierzę. Hahahaha. Właśnie cudownie poprawiłaś mi nastrój! Dla korekty po prostu owacja na stojąco. Ciekawa jestem jak, by sobie poradzili z moimi tekstami. Notorycznie popełniam błędy typu: o jednym słowie myślę, drugie pisze" i powstają kwiatki, jak chociażby "krew spłynęła mu do ucha", gdy ja myślałam o ustach :P
    Wiem tyle, że na pewno nie przeczytam. Kurde, a okładka robi takie zachęcające wrażenie, że aż szkoda. Ustrzegłaś przed tą książką właśnie masę osób, bądź z siebie dumna! Ja z ciebie jestem, bo sobie w łebek przy lekturze nie strzeliłaś. Za to uśmiałam się przy czytani recki, zawsze jakiś plus :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz. Czarno na białym, czytane kilka razy, celem sprawdzenia czy nie mam omamów wzrokowych. :P

      Śmiem twierdzić, że nawet gdyby ta krew leciała z nosa stojącego bohatera, to korekta i tak mogłaby pokonać grawitację i przelać ją do ucha. =D

      Jestem z siebie dumna. Ale nie poświęcę się bardziej i innych tomów nie będę czytać. :P

      Usuń
    2. I cu, pewnie żałujesz, że to nie był omam? Chociaż w sumie taki kwiatuszek to nie byle jaka gratka. Takie to żałosne ze strony korekty, że aż śmieszne :P

      Korekta łamie prawa fizyki, czasu i przestrzeni, a przez to co powiedziałaś mam przed oczami wyjątkowo dziwaczny obrazek, bo sobie ową sytuację wyobraziłam. Coraz bardziej mi szkoda, że nie umiem rysować.

      Nie śmiałabym nawet prosić cię o to, moja kochana.

      Usuń
    3. I recka do wyzwania.
      Obiecany Marcin Bruczkowski :)
      http://recenzencki.blogspot.com/2013/05/79-singapur-czwarta-rano-marcin.html

      Usuń
    4. A skąd! "Turystowi" to wisienka na torcie tej książki. :P

      Takie rzeczy, to pewnie Dali potrafiłby namalować. ;)

      O, idę przeczytać.

      Usuń
  22. Dzięki za ostrzeżenie. :) Mnie pewnie też pewnie by skusiła okładka i tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej moje cierpienie na coś się przydało. :P

      Usuń
  23. Ha, ha :D :D Ta książka stoi i czeka. I się, cholera, nie doczeka. Już ja wiem, co z tego Thompsona za "Beckett". Już mnie raz oszukano. Ale nie ukrywam, że się ośmiałam :P A tomy są 3, ponoć. Aha - pamiętasz? U mnie pod recenzją "Aniołów śniegu" pisałaś coś o napisaniu książki o... chlebie z pomidorem? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa... Coś kojarzę, tylko nie pamiętałam, że to pod tym. Idę przeczytać raz jeszcze tę recenzję. Ze znajomością tematu będzie się czytało jeszcze lepiej. :P

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...