wtorek, 15 maja 2018

Arnaldur Indriðason "Czarne powietrza"
[RECENZJA]

kryminał islandzki
cykl z Erlendurem Sveinssonem, tom 10


Patrzył w szare i ponure niebo.
Na cmentarzu czuł się zadziwiająco dobrze. Siedział oparty plecami o stary, porośnięty mchem nagrobek i choć było mu zimno, nie zrażał się. Wydawało mu się, że usnął. Wieczorny mrok rozciągał się nad miastem, a poprzez mur cmentarny i stare drzewa nad dawno zapomnianymi grobami dochodził jazgot ulicy. Z każdej strony otaczał go spokój śmierci.
Tu czas przestał mijać.
Tu nie miał czego szukać[1].


O tym jak główny bohater zdezerterował z fabuły



Jak będę dorosła zostanę recenzentką dobrze zorganizowaną. Będę czytać serie kryminalne zaczynając je od pierwszego tomu i towarzyszyć ich bohaterom w drodze przez życie, wspierając ich na kolejnych etapach, a nie wybiórczo. Póki co, jestem recenzenckim skoczkiem co objawia się tym, że lekturę kryminalnej serii autorstwa islandzkiego pisarza Arnaldura Indriðasona zaczynam od... tomu dziesiątego. 

Akurat Czarne powietrza były pod ręką, gdy dowiedziałam się, że autor będzie gościem tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu i ta ręka samoczynnie po książkę sięgnęła. Okazało się, że sięgam po serię, którego głównym bohaterem z założenia jest policjant Erlendur Sveinsson, przy czym jego samego nie bardzo mogłam poznać, bo wziął urlop i zaszył się na fiordach. Martwi się o niego córka, martwią współpracownicy. Ja też trochę się zmartwiłam, bo to trochę tak, jak wybrać się w końcu do Hogwartu i nie spotkać Harry'ego Pottera. No, ale cóż. Sama jestem sobie winna i obiecuję prędzej czy później nadrobić lekturę poprzednich części.

Na razie zadowoliłam się towarzyszeniem innemu reykjavickiemu policjantowi - Sigurdurowi Oli.


Swingersi, gwóźdź i złodziej gazet



Sigurdur Oli wraz z kolegami obchodził niedawno rocznicę matury. Obserwacje dokonań życiowych szkolnych kumpli nasunęły mu wnioski dość ponure. Zmagania z przestępcami wydały mu się niczym w porównaniu do karier prawniczych, inżynierskich czy lekarskich. Humoru wcale mu nie poprawił fakt, że ostatnio na prośbę matki koczuje pod blokiem jej przyjaciółki, by złapać na gorącym uczynku tego, kto owej przyjaciółce... kradnie ze skrzynki gazetę. No cóż, trudno to nazwać ambitnym zajęciem plasującym się na szczycie zawodowych dokonań.

Tymczasem jeden z przyjaciół prosi go o pomoc w sprawie szantażu, jakiego ofiarą stał się jego znajomy (w opisie na okładce książki jest błąd!). Hermann i jego żona kilka lat temu brali udział w spotkaniach swingersów, a teraz organizatorzy seksparty zamachali im zdjęciami z owych imprez przed nosami i domagają się kasy w zamian za wstrzymanie się przed puszczeniem fotek w świat.

Sigurdur jedzie do domu szantażystów. Czekają tam na niego zdewastowane wnętrza i dogorywająca szantażystka oraz czający się w kącie napastnik, którego niestety nie udaje się złapać. Oli zaczyna grę niejako na dwa fronty. Bierze udział w oficjalnym śledztwie, nie przyznając się skąd wziął się na miejscu i jaką sprawę ma do wyjaśnienia.

To jednak nie wszystko, bo Arnaldur Indriðason wplata w fabułę jeszcze jeden mroczny wątek. Gdzieś, ktoś właśnie daje upust nagromadzonym przez lata emocjom. Wpatruje się w przerażonego starszego mężczyzny w ręce trzymając skórzaną maskę z otworem na czole i gwóźdź...


Kat ofiarą, ofiara katem



Kryminał Arnaldura Indriðasona ma w sobie coś, co wywołuje permanentny niepokój. Mroczność tej fabuły opiera się nie na makabrze zbrodni, a na ludzkich dramatach, które autor opisuje z bardzo dużym realizmem, ładunkiem emocjonalnym i sporą empatią. On rozumie swoich bohaterów, a dzięki temu zrozumie ich także czytelnik. Brak tu jednak postaci, które można polubić (nie wyłączają protagonisty). Właściwie każdy ma coś za uszami, a to uniemożliwia jednoznaczną ocenię bohaterów (dla mnie plus).

Akcja toczy się powoli, co jednak nie nuży, za to pozwala zanurzyć się w fabule, przyjrzeć bohaterom, docenić sposób, w jaki autor buduje napięcie i jak rezygnując właściwie ze scen przemocy i epatowania okrucieństwem, jednocześnie opowiadają wstrząsające historie. Islandczyk pokazuje katów w roli ofiar i ofiary w roli katów, dając tym samym do zrozumienia, że przy odpowiednim splocie okoliczności człowiek może wcielić się w obydwie te role. Na raz.

W Czarnych powietrzach mamy kilka mocnych motywów, które umiejętnie połączone sprawiły, że całość każe zadać pytanie o to, co z człowiekiem jest nie tak, że wykształcił w sobie tak rażącą obojętność na ludzką krzywdę, że tak łatwo przychodzi mu sprawianie cierpienia innym, że tak ślepy jest na konsekwencje swoich działań. Mamy tu szereg objawów degrengolady, słabości, wyrachowania, aktów desperacji. Są krzywdy wyrządzane najmłodszym, są brudne interesy, szantaże, chciwość, nieczyste zagrywki, nieuczciwe zagrania, wykorzystywane cudze słabości. Nieumiejętność radzenia sobie z rzeczywistością prowokuje bohaterów do desperackich posunięć, a te mają paskudne konsekwencje. Jest wreszcie problem bardziej globalny, związany z kryzysem gospodarczym, podejrzanymi transakcjami finansowymi, ryzykownymi inwestycjami..

Czarne powietrza to kryminał duszny, nieśpieszny, w trakcie lektury nie wywołuje wielkiego wstrząsu, ale z czasem coraz bardziej daje do myślenia. Wnioski są niestety przygnębiające.



Arnaldur Indriðason
Czarne powietrza
Wyd. W.A.B.
2018
320 stron



8 komentarzy:

  1. Będę miała tą książkę na uwadze. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Praktycznie wszyztkie mają taki klimat. Bardzo lubię tego autora😅

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaintrygowałaś mnie tym tytułem... ciekawy!
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. To dobrze, że książka daje do myślenia, zwłaszcza tego gatunku. Już dawno nie sięgałam po zagraniczne kryminały. Ostatnio ograniczyłam się tylko do Puzyńskiej i Mroza. Może czas to zmienić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie. Lubię wymienionych przez Ciebie autorów, ale warto dać też szansę innym. :)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...