wtorek, 17 stycznia 2017

[26] Andaluzyjska przygoda: powrót do Granady
i pożegnanie z Andaluzją





Nerja była przedostatnim przystankiem na naszej andaluzyjskiej trasie. Nie byliśmy pewni jak wypełnić pozostały do wylotu czas (samolot startował skoro świt z Malagi, a samochód zdawaliśmy na tamtejszym lotnisku). Myślałam, że zwiedzanie Malagi będzie najlepszą opcją, ale mój mąż wyskoczył z zupełnie innym pomysłem.

I tak ponownie znaleźliśmy się w Granadzie.






W tym mieście zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Marzyło mi się oglądanie zachodu słońca nad Alhambrą, czyli to, co przyciąga tłumy turystów do Mirador De San Nicolas, punktu widokowego, z którego roztacza się wspaniała panorama na miasto i oczywiście Alhambrę. Niestety bilety na zwiedzanie kompleksu pałacowego mauretańskich kalifów mieliśmy wykupione na popołudnie, a trudno jednocześnie być w danym miejscu i oglądać zachód słońca z widokiem na to miejsce. Na dodatek wieczór zamierzaliśmy spędzić w jednej z jaskiń dzielnicy Sacromonte na pokazie flamenco, więc o zdążeniu na punkt widokowy nie mieliśmy co marzyć. Tak to jest, jak doba jest krótka, a planów nie brakuje. 

Czy muszę więc pisać, jak bardzo się ucieszyłam z propozycji męża? Malagę zwiedzimy innym razem, bo wierzę, że do Andaluzji jeszcze wrócimy, a tymczasem dotarliśmy do Granady, zostawiliśmy samochód na jednym z nieprzyzwoicie drogich parkingów podziemnych i ruszyliśmy na spacer, kierując się w stronę dzielnicy Albaicín.







Mirador de San Nicolas już nie był tak spokojny jak tamtego poranka, gdy byliśmy tam po raz pierwszy. W miejscach, skąd roztaczał się najlepszy widok na Alhambrę, tłoczyli się turyści. Każdy chciał mieć fotkę na tle mauretańskiego kompleksu. 




W świetle zachodzącego słońca Alhambra prezentowała się przepięknie.









Nie czekaliśmy aż słońce całkiem schowa się za horyzont. Zrobiliśmy sobie krótki spacer po wzgórzu, oglądając Granadę w czasie tej magicznej godziny, kiedy wszystko wydaje się piękniejsze, a problemy nierzeczywiste.










Już nieco głodni, postanowiliśmy zejść niżej w poszukiwaniu jakiejś restauracji. Muszę przyznać, że przy całej moje sympatii do Albaicín, przemykając wąskimi uliczkami i zaułkami w gasnącym świetle dnia, czułam się nieco nieswojo...





...zwłaszcza widząc takie creepy graffiti.




Na szczęście chwilę później znaleźliśmy się na jednej z gwarnych ulic, pełnych handlarzy, mieszkańców, turystów, restauracji.




Ostatecznie wybraliśmy restaurację z widokiem na Alhambrę. Ostatnia sangria smakowała wybornie, choć kulinarnie to miejsce nie do końca przypadło mi do gustu i nawet już nazwy restauracji nie pamiętam. Miło jednak było siedzieć wpatrując się w oświetlone mury kompleksu, słuchać muzyki lokalnych grajków (trafiły nam się wybitnie romantyczne dźwięki) i rozmawiać o wyjeździe, który okazał się strzałem w dziesiątkę.







Wracało się ciężko. Zmęczenie dało o sobie znać i na lotnisko dotarliśmy wyczerpani. Choć pewnie gdyby ktoś mi zaproponował sponsorowane przedłużenie pobytu, odzyskałabym energię w kilka sekund i opuściła terminal, teraz nie mając niepożądanych doświadczeń po pobycie w lotniskowej toalecie i dłuuuugich wędrówkach przez puste korytarze w poszukiwaniu naszego gate'u (czułam się jak bohaterka thrillera, która przemierza pusty korytarz szpitala psychiatrycznego wiedząc, że robi źle, ale pchana ciekawością ucisza głos rozsądku).




To był wspaniały wyjazd! Całym sercem polecam Wam Andaluzję jako region fascynujący i różnorodny. Tu każdy znajdzie coś dla siebie. Miłośnik architektury i przyrody, morza i gór, plażowania i sportu, dużych miast i małych pueblos, kultury, sztuki i kulinarnych przygód.

Mam jeszcze mnóstwo pomysłów na andaluzyjskie powroty i mam nadzieję, że choć część będę mogła zrealizować, a na razie chętnie wracam do wspomnień.

16 komentarzy:

  1. Cudownie :) Zdjęcia przepiękne :) Najchętniej wsiadłabym teraz w samolot... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką ochotę. Zwłaszcza jak patrzę za okno. ;)

      Usuń
  2. Wiesz co, zdjęcia i relacje z Twoich podróży wzbudzaj u mnie dwa rodzaje uczuć - straszną zazdrość i zachwyt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy się cieszyć czy nie. :D

      Usuń
  3. Widoki i zdjęcia jak zawsze przepiękne :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Andaluzja taka właśnie jest. Przepiękna. :)

      Usuń
  4. Ciekawe zdjęcia. Świetna relacja z podróży :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny pomysł :) Brawo dla męża ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że to było baaaardzo miłe. :)

      Usuń
  6. Świetny, inspirujący wpis. Albaicin zaskoczył mnie muzyką - na każdym rogu gitarzysta, a jak schodzilismy obok mnie szła śpiewaczka i nucila zewne pieśni. Pod Alhambre podjechalismy, ale nie było na ten dzień biletów (eh mama ostrzegala, żeby rezerwować wcześniej, ale nie dzialalo wifi). Jest więc powód, żeby wrócić :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że w Andaluzji na każdym rogu kryje się powód, by tam wrócić. :D A Alhambra jest zdecydowanie powodem do powrotu.

      Takiego szczęścia do muzyki w Albaicin nie mieliśmy (pewnie dlatego, że za pierwszym razem byliśmy tam bardzo wcześnie, a za drugim zbyt krótko), ale i tak co widzieliśmy i słyszeliśmy to zostanie nam w pamięci na długo.

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...