piątek, 27 stycznia 2017

Dominik Fórmanowicz "Mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam"
[RECENZJA]




Droga, każda droga, zmusza do konfrontacji ze światem, porywa nas takimi, jakimi jesteśmy. Niewiele da się ukryć przed światem, chcąc go poznań. To transakcja wymienna. Im bardziej chcemy coś odkryć, tym bardziej musimy odkryć się sami[1].

Droga św. Jakuba. Camino de Santiago. Jest to szlak pielgrzymkowy, który prowadzi do położonego w Galicji Santiago de Compostela. Do celu można dojść z różnych miejsc, na różne sposoby, mając różne pobudki.

My wybierzemy się tam razem z bohaterem debiutanckiej powieści Dominika Fórmanowicza, Mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam.



Osiemset kilometrów refleksji



Nasz bohater swą podróż zaczyna u stóp Pirenejów. Przed nim osiemset kilometrów, które pragnie przebyć samotnie, choć całkowita samotność pisana mu nie będzie. Jego wędrówka nie ma charakteru religijnego i z czasem okaże się, że wcale nie jest to odosobniony przypadkiem. 

Nie ma się więc co spodziewać religijnych rozważań i uniesień, choć refleksyjnie będzie dość często, bo poznawani na szlaku wędrowcy chętnie podejmą dyskusje na temat życia i jego celu, motywów, które przywiodły ich na szlak i wielu innych tematów jakie pojawiają się w głowie, gdy ta pozbawiona jest bodźców serwowanych przez nowoczesny świat, gdy zamiast murów korpo wokół są hiszpańskie lasy, gdy codzienne problemy zdają się odległe, a relacje międzyludzkie mniej napięte i formalne.


Duchowe rozważania i całkiem cielesne namiętności



Dominik Fórmanowicz
Mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam
Wyd. Akurat
2016
528 stron
Dominik Fórmanowicz dwukrotnie przebył Drogę Św. Jakuba i choć jego powieść jest fikcyjna, to wiele w niej jego doświadczeń, przemyśleń, wniosków. Spotykani ludzie chętnie wymieniają myśli, a szczególna atmosfera skłania do zwierzeń i dzielenia się własnymi rozważaniami. 

Opowieść naszego bohatera często przybiera mocno intymny charakter i nie chodzi tu wyłącznie o wzniosłe, prywatne zwierzenia, ale i sprawy cielesne. Mówi o sobie w trzeciej osobie liczby pojedynczej, a więc tworząc pewien dystans, a jednak jest to opowieść bardzo osobista, pełna pytań o przyszłość, rozważań o teraźniejszości, wspomnień, które w mniejszym lub większym stopniu wpłynęły na to, w jakim punkcie znalazł się młody mężczyzna. 

Nasz bohater nie zawsze potrafi powiedzieć prosto z mostu swoim nowym znajomym, czego od nich oczekuje, ale czytelnik zajmuje pozycję bardzo uprzywilejowaną, bo ma dostęp także do jego myśli. Również i tych dotyczących cielesności. Mnisich zapędów nasz pielgrzym nie ma. Przeciwnie. Chętnie zawiera znajomości z płcią piękną i nie szczędzi opisów tych relacji, mniej lub bardziej angażujących emocjonalnie. Tworzy kolejne portrety pielgrzymów, wikła się w rozmaite relacje.

Ta książka jest taka jak Camino de Santiago, raz interesująca, raz nieco nużąca. Wrażenia pozostawia jednak pozytywne i po lekturze nie pamięta się już słabszych momentów.


Zapachy, dźwięki, obrazy



Kierując się żółtymi strzałkami zmierzamy w stronę Santiago de Compostela. Mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam utkany jest z plastycznych kadrów, spisany żywym, szczerym językiem. Z mapą można śledzić przebieg wędrówki, a resztę domalowuje wyobraźnia. Dominik Fórmanowicz tka historię z obrazów, ale i dźwięków czy zapachów. 

Zwłaszcza muzyka odgrywa tu dużą rolę. Jest towarzyszem, odskocznią, schronem, murem, którym niekiedy bohater odgradza się przed innymi, a jednocześnie bywa i zaproszeniem do wspólnego spędzania czasu, gdy rozlegają się dźwięki wygrywane na ukulele, a wino przyjemnie rozgrzewa. To także powieść pełna wielojęzycznych głosów. Na szlaku możesz spotkać Litwina, Rosjanina, Włocha czy Angielkę, ale i Hinduskę czy Australijkę. Są wśród nich młodzi, którzy ledwie wkroczyli w dorosłość i starsi, z bagażem doświadczeń. Wszyscy mają powód, by ruszyć w drogę, choć nie każdy jest w pełni go świadomy.


W drogę!



Z Hemingwayem pod pachą, ukulele przy plecaku, z głową pełną rozmaitych myśli i wzrokiem błądzących po ciałach napotkanych kobiet, nasz bohater odbywa swą wędrówkę, a my ochoczo mu towarzyszymy. Wraz z nim, śpiewamy teksty Boba Dylana, oglądamy zachody słońca, przekłuwamy bąble na stopach utrudniające wędrówkę, zaglądamy do schronisk i knajp, zawieramy kolejne znajomości, pozwalamy myślom płynąć wolniej i dowiadujemy się, co robi i o czym myśli mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam.

- Myślicie, że taka podróż może zmienić życie? - zapytała Esther. - Że po niej może być lepiej?
- Nie będzie lepiej - stwierdziła Zoe, ale w jej głosie nie było żalu. - Możemy za to być lepsi, uważniejsi. Myślę, że to już coś.
- Też uważam, że podróż nic nie zmienia - dodał. - Tylko my się zmieniamy. Podróż jest wyrazem zmiany, zmiana nie jest wynikiem podróży[2].

***

Książkę polecam
 miłośnikom podróży
wielbicielom powieści drogi
chcącym wybrać się na Camino de Santiago


***

[1] Dominik Fórmanowicz, Mężczyzna w chwili, gdy zostaje sam, Wydawnictwo Akurat, 2016, s. 21-22.
[2] Tamże, s. 436,

***



2 komentarze:

  1. A to ciekawe. Czytałam jak to pani Wiernichowska szła do Santiago de Compostela i jakoś mi się nie podobało. Ciekawe co ten mężczyzna w sobie odnalazł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czytałam tę książkę z mieszanymi uczuciami. Ta jest zupełnie inna. :)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...