poniedziałek, 22 lutego 2016

[7] Andaluzyjska przygoda: Granada
(miasto nocą i flamenco w Sacromonte)



To był ogromnie intensywny dzień. Poranek w dzielnicy Albaicín, popołudnie spędzone na zwiedzaniu Alhambry z przepięknymi Pałacami Nasrydów włącznie, po drodze staraliśmy się przyjrzeć mijanym miejscom, jak choćby tamtejsza Katedra - Granada okazała się miejscem magicznym i do teraz żałuję, że tak mało poświęciliśmy jej czasu. 


Jednak te chwile, które tam spędziliśmy, wykorzystaliśmy w pełni. Po cichu marzyłam o koncercie flamenco w jednej z jaskiń Sacromonte, dawnej dzielnicy romskiej. Nie zdążyliśmy tam dotrzeć za dnia, ale okazało się, że w hotel współpracuje z tamtejszymi restauracjami i zorganizowanie wieczornego wypadu przestało być problemem. Daliśmy się więc zorganizować. Zawieżć, odwieźć, poprowadzić za ręce. 




Po zwiedzeniu Alhambry popędziliśmy do hotelu przebrać się i zabrać bilety. Za radą naszej przemiłej recepcjonistki (wciąż z całego serce polecam hotel Los Tilos) wybraliśmy jaskinię Venta El Gallo.

Jako, że nasz hotel położony był na terenie wyłączonym z ruchu kołowego, dostaliśmy instrukcję, by o ustalonej godzinie pojawić się pod hotelem Victoria, skąd bus miał nas zabrać do Sacromonte. Jak na polecono, tak zrobiliśmy. Nie widzieliśmy tam żadnego parkingu i krążyliśmy po okolicy dość niepewnie i ta niepewność musiała rzucać się w oczy, bo w pewnym momencie podeszła do nas jakaś pani, którą z dużą dozą nieufności zmierzyliśmy wzrokiem z góry na dół, wyczuleni na naciągaczy wszelkiej maści. Pani zapytała o flamenco, rzuciła nazwę jaskini, a nam pozostało potwierdzić, że tam właśnie się wybieramy. Pani poprosiła o bilety, przedarła je i... poszła. Lekko skołowana czekałam co dalej, a tymczasem Hiszpanka w ten sam sposób wyłowiła z tłumu kolejne zagubione duszyczki. Wróciwszy do nas oznajmiła, że czekamy na jeszcze dwóch chętnych, a gdy ekipa była już w komplecie, nasza  (jak się okazało) przewodniczka wykonała jeden telefon, po czym nagle tuż obok nas pojawił się bus. Ot, sprytny sposób na załatwienie problemu braku miejsca parkingowego. Bus na telefon. Na skrzyżowaniu staje na czerwonym, pasażerowie błyskawicznie wskakują do środka i voilà, możemy jechać dalej! Zebraliśmy jeszcze chętnych z innych hoteli i pojechaliśmy do Albaicín


Nasza fantastyczna przewodniczka.


Podekscytowana perspektywą pokazu flamenco, nawet nie zwróciłam uwagi na to, że w pakiecie mamy też nocne zwiedzanie dzielnicy arabskiej. Przewodniczka okazała się przesympatyczna i bardzo gadatliwa. Nawijała to po angielsku, to po hiszpańsku, tłumacząc nam co widzimy z okien busa i w skrócie rysując historię miasta. Następnie wybraliśmy się na krótki spacer po dzielnicy, który zakończyliśmy na Mirador de San Nicolas, skąd rozpościera się widok na Alhambrę. Przewodniczka cały czas z szerokim uśmiechem opowiadała nam o dawnym życiu w dzielnicy, o przenikaniu się wpływów muzułmańskich i chrześcijańskich, o symbolach i prozie życia, jak choćby system wodociągowy. Na końcu opowiadała o samej Alhambrze. Z tęsknotą spoglądałam na mury, którymi spacerowałam jeszcze kilka godzin wcześniej.


Wspomniany element systemu wodociągowego.






W końcu zapakowano nas z powrotem do pojazdu i krętymi ulicami wspinaliśmy się coraz wyżej, do Sacromonte. 

Dzielnica ta niegdyś zamieszkiwana była przez Romów, którzy zasiedlali tamtejsze jaskinie. Ogromnie żałuję, że nie udało mi się zajrzeć tam za dnia, bo choć planowałam zrobić to następnego poranka, to niestety pogoda pokrzyżowała mi plany. I nie tylko ona. Ale przecież powrót do Granady pod pretekstem zajrzenia do Sacromonte brzmi co najmniej wspaniale, prawda? 






Póki co, zaliczyłam wyprawę wieczorną i flamenco, które przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie wiem jak wy, ale ja wyobrażałam sobie występ czarnowłosych piękności, w sukniach takich, jakie widziałam podczas fiesty w Rondzie, z włosami zwiniętymi w koczek przyozdobiony kwiatem. Takie panie spotkałam później na ulicach Sewilli. Prezentowały się pięknie, ale ich taniec nie miał w sobie emocji. Stukały obcasami, rzucały powłóczyste spojrzenia, wyginały ciała, wykręcały nadgarstki, zbierały pieniądze do kapeluszy, chust, futerałów po gitarze. A tymczasem w Venta el Galle zobaczyłam coś, co nijak się miało do moich wyobrażeń, a okazało się przeżyciem tak niesamowicie wzruszającym, że nie zapomnę go długo. 








Taniec pełen pasji, występ pełen emocji. Niewiele zrobiłam zdjęć, bo po prostu nie mogłam oderwać oczu od tancerzy. Na ich twarzach było widać całą paletę uczuć. Śpiew i dźwięki instrumentów wwiercały się w duszę. Tak, wiem, brzmi to dziwnie, ale tak właśnie to czułam. Na scenie na zmianę pojawiały się dwie tancerki. Obserwowałam to twarze, do ruchy dłoni, to stukające w niesamowitym tempie obcasy. 














W rogu sceny siedział mężczyzna. Nie śpiewał, nie grał. Tylko klaskał. Popijając wino, śmiałam się w przerwie z tego jego klaskania. A później facet, o wyglądzie nieco niechlujnym, raczej przywodzącym na myśl budki z piwem niż sceny, na scenę wyszedł. I zatańczył. I tego jak zatańczył nie zapomnę nigdy.






Wyszłam stamtąd zachwycona, szczęśliwa, uśmiechnięta od ucha do ucha. Takie właśnie chwile człowiek powinien gromadzić w swojej pamięci. Wyciągać je, gdy za oknem deszcz, a w sercu smutek. 



*** PODRÓŻE ***


18 komentarzy:

  1. Gdyby mi ktoś tak podarł bilety.... moja mina byłaby bezcenna;) Bedziesz miała co wyciągać ze swojej pamieci, to widać;) gratuluje pieknych doświadczeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasze miny pewnie też takie były. :D

      Usuń
  2. Czuć Twoje emocje z tamtego wieczoru, wspaniale je oddałaś:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się. Mam nadzieję, że uda mi się tam kiedyś wrócić. Widziałam po zdjęciach, że nie zawsze jest ta sama ekipa, więc ciekawa jestem innych występów. :)

      Usuń
    2. Trzymam kciuki, żeby Ci się udało:)

      Usuń
    3. Była bliska tego, żeby zaplanować tegoroczną wycieczkę z uwzględnieniem Granady, ale chyba jednak postawię na miejsca, których nie znam w ogóle.

      Usuń
  3. Twoja relacja z flamenco przypomniała mi pokaz tańczących derwiszy i wesela, a to wszystko w restauracji umieszczonej w jaskini wykutej w skale tufu w Kapadocji, w Turcji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Matko, ależ Ci zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co ja mam Ci na pisać, co? Nie przeczę, było wspaniale. :)

      Usuń
  5. Fantastyczna przygoda, też bym chciała odwiedzić ten kraj :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że Ci się uda, bo warto. :)

      Usuń
  6. Wspaniała wyprawa i jeszcze wspanialsza opowieść o niej. Jak to dobrze zajrzeć do Ciebie i tak pozytywnie się nastroić. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się i zapraszam częściej. :)

      Usuń
  7. Cudnie! W tym roku planuję się wybrać do Hiszpanii na 2 tygodnie, mam nadzieję, że się uda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dokąd planujesz się wybrać?
      My mieliśmy jechać do Portugalii, ale ceny lotów są na tyle wysokie, że pojedziemy do Hiszpanii. :D

      Usuń
  8. Jakie cudne zdjęcia, zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...