piątek, 10 października 2014

[4] Wakacje 2014
Girona cz. 3
Muzeum Kina


Pobyt w Gironie, co w moim przypadku jest wyjątkiem wartym odnotowania, nie był rozpisany na punkty. Nie wiedziałam co dokładnie chcę zobaczyć, ot, planowałam spontaniczny spacer ulicami miasta w nadziei, że po powrocie nie będę klęła, że ominęłam to czy tamto.

O istnieniu Muzeum Kina nie miałam pojęcia. Po prostu jadąc autobusem do Besalú zauważyłam plakaty reklamujące czasową wystawę i przeszło mi przez myśl, że może warto by było ją obejrzeć. Po powrocie z Besalú i zwiedzeniu starej oraz nowej części Girony (uwierzcie mi - istny maraton) słaniałam się na nogach i jedyne o czym myślałam, to łóżko w hotelu (a było dopiero kolo osiemnastej). Paść i nie wstać przez najbliższe dwie godziny - to był mój plan. Problem w tym, że droga do hotelu miała przebiegać w pobliżu muzeum. Tylko zajrzymy przez szybkę - pomyślałam. Zresztą, pewnie już będzie zamknięte.

O, naiwności. 


Nie tylko było jak najbardziej otwarte, ale na dodatek kusiło tak niemożliwie, że w mig odzyskałam energię. 



Otrzeźwienie przyszło już po zakupie biletów. Muzeum kina po katalońsku - taaaa... nie ma to jak dobrze wydane pieniądze. Na szczęście często napisy były także po angielsku, a poza tym, byłam tak zachwycona wszystkim, że nawet napisy kaligrafowane chińskimi znaczkami nie zepsułyby mi przyjemności, oglądania, dotykania, słuchania i chłonięcia wszystkiego wokół.


Przemiła pani w kasie wskazała nam najpierw wystawę czasową Estrelles del silenci. L'star system en el cinema mut de Hollywood, czyli o hollywoodzkich gwiazdach kina niemego.




Olbrzymie plakaty, życiorysy, ciemna, nastrojowa sala i największa dla mnie atrakcja: możliwość założenia słuchawek i obejrzenia kilku wybranych filmów. Skusiłam się na fragment Show people z 1928 roku w reżyserii Kinga Vidora.



Z wystawy o gwiazdach kina niemego wyszłam z mocnym postanowieniem cofnięcia się do początków kina i obejrzenia kilku filmów sprzed wieku. To może być ciekawe doświadczenie. Tymczasem pani z kasy zawołała nas na seans. Usiedliśmy sami przed wielkim ekranem (najwyraźniej w poniedziałkowe późne popołudnia Muzeum Kina nie jest ulubioną rozrywką turystów i lokalesów - chwała im za to) i obejrzeliśmy krótki film o początkach kina. To było świetne wprowadzenie do tematu - na szczęście w wersji anglojęzycznej, więc nawet coś niecoś zrozumiałam.

Po seansie wkroczyliśmy do filmowej windy i od najwyższego piętra rozpoczęliśmy zwiedzanie stałych ekspozycji.



Na początek: chiński teatr cieni, czyli rodzaj teatru lalkowego. Polega on na animowaniu tzw. lalki cieniowej, która zwykle wykonana ze specjalnie wyprawionej, pomalowanej skóry, umieszczana jest za oświetlonym ekranem. Widzowie widzą cień poruszającej się postaci.




Ogromnie spodobało mi się to, że lalki można było oglądać nie tylko w gablotach, ale także samemu spróbować swych sił w tworzeniu własnego mini spektaklu. Na miejscu można było także obejrzeć nagranie tego typu przedstawienia.




Spora część ekspozycji była poświęcona tzw. laterna magica (latarnia magiczna), prostemu aparatowi projekcyjnemu rzutującymi na ekran obraz ze szklanych przeźroczy.



Przesuwające się rzeźrocza dawały złudzenie ruchu.


Kilkusekundowe "filmiki" opierały się na stałym elemencie jak ten poniżej, który np. przybliżał się i oddalał od widza, czasami poruszały oczami bądź ręką. Towarzyszył temu dźwięk, zwykle chichot szalonej wiedźmy lub jęk przypominający skrzyżowanie niemowlęcego kwilenia z miauczeniem kota dopominającego się posprzątania kuwety.


Kolejno odwiedzaliśmy poszczególne sale, obserwując obrazy przez stereoskopy czy fotoplastikony. Tu trójwymiar, tam dzień zmieniał się w noc, a ludzie ubrani od sto do głów, nagle wyglądali jak poczciwy szkielet Franek z gabloty w szkolnej sali do biologii.






A tu poniżej, sprytnie osiągnięty efekt 3D. Kreatywni powinni tego spróbować w domu. Zerkasz przez otwór, a tam trójwymiarowe wnętrze świątyni pełne ludzi.



Sporo czasu spędziłam zapoznając się z efektem, jaki daje litofania. Spotkałam się z tym po raz pierwszy. Technika ta polega na zdobieniu matowego szkła lub nieglazurowanej porcelany wklęsłym reliefem (płaskorzeźbą). Podświetlona powierzchnia daje ciekawy rezultat.

Poniżej dwa zdjęcia ilustrujące zmiany w zależności od oświetlenia.



 I jeszcze dwie fotki.



Musicie przyznać: jest klimat.

To, co mi się szalenie w tym muzeum podobało, to możliwość nie tylko obejrzenia eksponatów i filmów obrazujących wykorzystanie poszczególnych urządzeń, ale także szansa samodzielnego użycia niektórych z nich.

Czyli, najpierw oglądamy...


...a później wprawiamy urządzenie w ruch i podziwiamy przez dziurkę od klucza efekt.


I znów oglądamy...



...a po chwili rozpędzamy karuzelę, każąc chłopcu skakać przez piłkę...


...a parze tańczyć.


Krążąc od gabloty do gabloty, czuliśmy się jak podczas podróży w czasie.







Wzięliśmy też szybką lekcję wywoływania zdjęć (nie od razu udało nam się ustalić właściwą kolejność)...


...i dowiedzieliśmy się jak nagrywano dźwięk ryczącego lwa.



Niektórzy ze zmęczenia zaczęli gwiazdorzyć.




Zachęceni plakatami, udaliśmy się więc do "kina" na kilkuminutowy odpoczynek.


Pierwsza na świecie publiczna projekcja filmu odbyła się 28 grudnia 1895 roku w Paryżu. Obraz nosił tytuł Wyjście robotników z fabryki i oczywiście zawdzięczamy go braciom Lumière. W naszym muzealnym "kinie", oprócz filmów pionierów kinematografii, można było zobaczyć m.in. Le Chaudron Infernal z 1903 roku. Wyreżyserował go Francuz Georges Méliès. Jeśli choć trochę interesujecie się historią kina, na pewno widzieliście jego Podróż na Księżyc - produkcję, do której Luis Buñuel nawiązuje w Psie andaluzyjskim. Francuskiemu reżyserowi zawdzięczamy powstanie pierwszych efektów specjalnych, do których zalicza się: malowane tła, wielokrotna ekspozycja czy charakteryzacja.


Ściany muzeum pokrywały nie tylko plakaty, ale także liczne zdjęcia.




Ale nie one wzbudziły mój największy entuzjazm. Moje serce podbiły gabloty z filmowymi gadżetami, które każdy kinoman rozpozna bez trudu.





A to jeden z dwóch najbardziej interesujących mnie obiektów (na którego widok zaczęłam się zachowywać jak dziecię z podstawówki na koncercie Justina Biebera). Nożyce Edwarda z filmu Tima Burtona, które na planie nosił nie kto inny, a Johnny Depp.


W Muzeum nie wolno było robić zdjęć z lampą i do tej pory starałam się tego przestrzegać (nie udało się raz, no, może dwa), ale nie mogłam wyjść bez fotki TEJ sukni z TEGO filmu. A bez lampy nijak się zdjęcia zrobić nie dało (oświetlenie w muzeum choć klimatyczne, dla fotografa-amatora stanowiło trudne wyzwanie).

Panie i panowie, kreacja prosto z Tootsie!


I tu już niestety nasza wyprawa dobiegła końca. Jeszcze tylko zerknęliśmy na statuetkę Oscara, którą Arthur Caesar dostał za najlepsze oryginalne materiały do scenariusza Wielkiego gracza (1934).


Oraz oczywiście obejrzeliśmy część z pamiątkami (do tej pory żałuję, że nie kupiłam książki o Hiszpanii uwiecznionej w filmie, głupia ja).






Jeśli wydaje Wam się, że muzea są nudne, a już za granicą (jeśli nie są one Luwrem, The Smithsonian Institute czy innym "obowiązkowym" punktem) w ogóle na nie szkoda czasu, to śpieszę donieść, że jesteście w błędzie. 

Wizyta w tym miejscu była niesamowita. Prosto z muzeum ruszyliśmy na poszukiwanie jakiejś niedrogiej obiadowej opcji żywieniowej. Nazwy restauracji niestety nie pamiętam, ale trafiliśmy wspaniale. Wyszło faktycznie niedrogo, a w ramach menu del dia dostaliśmy wypasione sałatki na przystawkę, pyszne dania główne i wspaniałe desery. Nie wiem jakie ciasta wylądowały na talerzu mojego męża, ale smaku mojego crema catalana nie zapomnę na pewno. Niebo w gębie, najkrócej rzecz ujmując. Do tego wszystkiego zamówiliśmy dzban sangrii, co jeszcze bardziej poprawiło nam humory.

Zadowoleni i najedzeni, ani myśleliśmy o powrocie do hotelu. Stąd też w poprzedniej fotorelacji pojawiły się nocne zdjęcia starego miasta.

Następnym razem zabiorę Was do szalonego świata Salvadora Dalego. Kierunek: Figueres.

***

Zapraszam też tutaj

27 komentarzy:

  1. Widać, że niesamowite miejsce, mogę tylko marzyć, że kiedyś się tam znajdę.. Ja byłam jedynie w Muzeum Semafor w Łodzi, i ono też skradło moje serce, chociaż nie było tak duże.. ale postaciom z bajek zawsze chętnie się przyglądam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zeszłym miesiącu byłam w Muzeum Kinematografii w Łodzi i pomimo tego, że jego powierzchnia i obiekty wystawowy są o wiele skromniejsze od muzeum w Gironie, bardzo miło wspominam tę wizytę (głównie ze względu na wystawę czasową o Godzilli). Jak będziesz miała wolną chwilę, wpadnij tam, czuję, że Ci się spodoba :)

      Usuń
    2. Łodzi w ogóle nie znam, a przecież nie mam do niej aż tak daleko. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się ją zwiedzić, a wtedy nie ominę wspomnianych przez Was miejsc. Dzięki za wskazówkę. :)

      Usuń
  2. Rzeczywiście to miejsce musi mieć niesamowity klimat, widać to już na zdjęciach, a co dopiero musi być na żywo:)
    PS. Uwielbiam Twoje porównania, "dziecię z podstawówki" wymiata:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyszłam stamtąd totalnie zauroczona. :)

      Dzięki. :P

      Usuń
  3. Piękne zdjęcia. Niesamowite miejsce. Chyba było warto wyjechać?

    OdpowiedzUsuń
  4. Rzeczywiście wygląda na niesamowite miejsce :). Chętnie bym odwiedziła :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Faktycznie wygląda na niesamowite miejsce :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesłychanie magnetyczne miejsce :)) Naprawdę Ci szczerze zazdroszczę, bowiem sama z chęcią bym je zwiedziła :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może kiedyś się uda? W każdym razie - gorąco zachęcam.

      Usuń
  7. Wow, ale super! Że też sama nie wyczaiłam tego miejsca!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby nie plakaty reklamujące tę czasową wystawę, na pewno bym tam nie trafiła.

      Usuń
  8. Wspaniała relacja! I oczywiście pięknie prezentujesz się jako "okaz" ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Haha:) Domyślasz się które filmowe zdjęcie podoba mi się najbardziej ;) Tak, to z Supermenem! Strasznie Ci zazdroszczę wizyty w tak wspaniałym muzeum, ale to może dobrze, że jeszcze tam nie dotarłam, bo wyniosłabym połowę eksponatów :D
    Ps. Wspaniałe masz to zdjęcie na fotelu! Piękna Ann! :)
    Ps2. odnośnie Ps. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że już niebawem pooglądam sobie Ciebie na żywo :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam jeszcze Batmana, ale jakieś takie ciemnawe wyszło. :P

      Ach, piękna ja. Taka uroczo blada mimo hiszpańskiego słońca. :D
      Wzajemnie. Bardzo, bardzo wzajemnie! :)

      Usuń
  10. Świetne zdjęcia. Żałuję, że nie dotarłam do tego muzeum.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. :)
      Może innym razem będzie okazja?

      Usuń
  11. Jaki wymyślny budynek.Już mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...