niedziela, 16 kwietnia 2017

Helen Russell "Życie po duńsku"
[RECENZJA]



Sięgam po książkę i robię to, co z książką robić należy. Najpierw wdycham zapach papieru, a następnie otwieram i zaczynam czytać. Słowa z prologu są mi tak bliskie! Czytam, czytam, zerkam na okładkę. Czytam, czytam, spoglądam na nazwisko autorki.

Nie, to jednak nie ja to napisałam. Napisała ją Helen Russell, brytyjska dziennikarka z Londynu, a nie Polka nieokreślonej profesji mieszkająca w Poznaniu. I tak sobie czytam o kobiecie po trzydziestce, zmęczonej aurą, szukającą równowagi między pracą a życiem osobistym, żyjącą według listy rzeczy do zrobienia, która nigdy nie ma końca. Listy tego co chce, musi, powinna zrobić. I tak sobie czytam dalej o tej kobiecie, która próbuje robić kilka rzeczy na raz, ale czuje, że energia ją opuszcza, a życie rozbija na kawałki nijak niedające się skleić. 

I już wiem, że cokolwiek będzie dalej, ja się w książce Helen Russell odnajdę. Nawet jeśli ja zostanę w Poznaniu, a ona przeniesie się do Danii.



Zamiast Londynu - Jutlandia



Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie to książka absolutnie cudna pod każdym względem i do pełni szczęścia właściwie tylko zdjęć mi zabrakło. Gdy mąż Helen, zwany przez nią jakże uroczo - Ludzikiem Lego, dostał propozycję pracy w Danii (zgadnijcie w jakiej firmie), wszystko się w życiu bohaterów wywróciło do góry nogami. Zmieniło się otoczenie, zmienił styl życia. W nową rzeczywistość wkroczyło hygge, pojawiło się takie novum jak czas wolny, który można poświęcić... hmmm... właściwie nie wiadomo na początku na co, bo przecież do tej pory życiem rządziła głównie praca. Już nie było wilgotnego londyńskiego mieszkanka, kalendarza wypełnionego datami spotkań i dynamicznego życia w jednym z najbardziej ekscytujących miejsc na świecie, jak określa Londyn autorka. 

Nowa rzeczywistość to malutka miejscowość w Jutlandii, która nie oferuje ani szerokiego wyboru knajp, sklepów czy rozrywek, ani nawet wyboru skąpego. Oferuje inny świat, jakże kontrastujący z wielkomiejskim życiem, a i sama Dania pełna jest zaskoczeń. O nich właśnie będzie opowiadać Helen Russell.


Jak żabka w wiosennym deszczu



Podczas gdy Ludzik Lego przyzwyczaja się do myśli, że w jego nowej pracy siedzenie na nadgodzinach nie jest mile widziane, za to radosne, pracownicze lunche jak najbardziej, jego żona jako wolny strzelec uderza w klawisze tworząc kolejne artykuły. Na jej celowniku znajduje się oczywiście Dania, w której ma spędzić rok. I ten rok autorka opisuje w swojej książce Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie.

Co miesiąc bierze na tapet inne zagadnienie, a czyni to w tak uroczy sposób, że nie sposób się nie uśmiechać zgłębiając jej zapiski. Obserwacje społeczne przeplata anegdotami, przy których nie sposób się nie uśmiechnąć. Kupiła mnie autorka swoją dociekliwością, chęcią opowiedzenia o tym jak to z tym życiem w Danii jest i czy Duńczycy to rzeczywiście taki szczęśliwy naród, ale ostatecznie podbiła moje serce poczuciem humoru. Rechotałam jak żabka szczęśliwa wiosennym deszczem, podczas gdy autorka wybierała się na imprezę z tańczącymi krowami w roli głównej.


Smykałka do anegdot


Pomimo opracowania rozpiski zajęć na cały tydzień od momentu przyjazdu do Danii nasze życie
towarzyskie nie nabrało jeszcze rozpędu i przyjmujemy każde zaproszenie. To ciekawe ćwiczenie sprowadzające się do akceptacji niewiadomego. W tym tygodniu wzięłam udział w przyjęciu Tupperware (tak, nadal się je organizuje), wieczorku drum & bass, wyścigach krabów (w nadmorskiej Jutlandii to popularna rozrywka) oraz tańcach synchronicznych (z mieszanymi skutkami)[1].

Helen Russell i jej mąż próbują zaadaptować się do nowych warunków, co jest źródłem wielu zabawnych historii. Wspomnienia są pełne ciekawostek, zabawnych anegdot, rozmaitych spostrzeżeń na temat tego, co stanowi istotę duńskiego szczęścia. Jak to jest, że w kraju, w którym podatki zabierają ok. połowę pensji, Duńczycy kolejno pytani przez autorkę o to jak w skali jeden do dziesięciu oceniają poziom swojego szczęścia, nigdy nie schodzą poniżej ośmiu?

Wraz z Brytyjką prześlizgniemy się przez rozmaite tematy, od duńskiego dizajnu, przez sposoby spędzania wolnego czasu, po funkcjonowanie służby zdrowia. Będziemy zajadać się słodkimi bułkami, wkuwać kolejne słówka i dowiemy się, dlaczego zniszczenie duńskiej flagi jest mniejszym przewinieniem niż powieszenie przy domu np. szwajcarskiej. Wybierzemy się na basen, gdzie Duńczycy oddają się niekoniecznie wodnym igraszkom. Zapalimy mnóstwo świeczek, wydamy kosmiczne kwoty na wystrój domu, by uczynić go bardziej hygge i dowiemy dlaczego zbyt długie rodzinne wakacje grożą rozwodem.

Będzie zabawnie. Autorka ma smykałkę do opowiadania anegdot, a jej książka czyta się właściwie sama. Płynność czytania zaburzają jedynie wybuchy śmiechu.


Rysy na duńskiej bańce szczęścia



Nie jest jednak tak, że całe Życie po duńsku to humor, anegdotki i szczęście tryskające z każdego metra duńskiej ziemi. I nie chudzi tu o zimową aurę, kiedy to niedobór słońca daje się we znaki, depresja puka do dobrze ocieplonych domów, w sklepie brakuje witaminy D, a mieszkańcy kraju szturmują solaria. Gdzieś pomiędzy hucznie obchodzonymi imprezami związanymi z bierzmowaniem (oraz niebierzmowaniem), opowieściami o ciągotkach Duńczyków do oglądania sekcji zwierząt, a odkryciem istnienia dziurki ruchawki, czają się skazy na duńskiej bańce szczęścia. Zamiłowanie do alkoholu i papierosów, seks bez zabezpieczeń i związane z tym choroby weneryczne, narkotyki, depresja, przemoc. Te tematy także pojawiają się w książce. Mówi się ostatnio dużo o hygge, ale już jakoś mniej o tym, że według opublikowanego w 2014 roku przez Agencję Praw Podstawowych Unii Europejskiej raportu, Dania zajęła pierwsze miejsce na liście państw mających spory problem z przemocą. Aż 52% kobiet zadeklarowało, że padło ofiarą przemocy fizycznej czy seksualnej.

Jest to więc książka o plusach i minusach życia w Danii. Lekka i zabawna, ale i nie pozostawiająca złudzeń: nie wszystko funkcjonuje tu idealnie. 


Pozytywnie!



Rozpisany na dwanaście miesięcy projekt Helen Russell, pozwala przyjrzeć się różnym aspektom życia w Danii. Tym zależnym od pór roku i tym, które mają całoroczny termin ważności. Przy okazji, jest to też świetna lektura dla tych, których rutyna i wypalenie zawodowe ciągnie ku przepaści. Brytyjka udowadnia, że na zmiany nigdy nie jest za późno, a poszukiwanie szczęścia może przyjąć różne formy. Jej książka jest ogromnie pozytywna, choć autorka dostrzega nie tylko to co piękne, zabawne, atrakcyjne. 

Perypetie Helen i Ludzika Lego, dwójki nieco zwariowanych Brytyjczyków z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie oraz świata, to lektura dostarczająca nie tylko ciekawych informacji o duńskim raju niepozbawionym rys, ale także przezabawna opowieść o życiu w nowym miejscu. 

Miejscu, które nieustannie zadziwia.

***

Taka tam ciekawostka zaczerpnięta z książki:
Duńska agencja turystyczna zainicjowała kampanię, w której zachęca pary do robienia sobie miniwakacji za granicą i "Pracy dla Danii". Z reklam firmy można się dowiedzieć, że na wyjazdach Duńczycy 46 procent częściej uprawiają seks, a 10 procent populacji zostało poczęte poza domem (oczywiście nie dotyczy to dłuższych wakacji. Jeden tydzień = dużo seksu. Dwa tygodnie = rychły rozwód). Żeby zmotywować Duńczyków do większego zaangażowania, firma oferuje "zniżkę owulacyjną" kobietom, które podczas rezerwacji podadzą datę ostatniej owulacji, co pozwala ustalić najbardziej sprzyjający planom prokreacyjnym termin wyjazdu. Wycieczkowicze, którzy po powrocie prześlą zdjęcie testu ciążowego z wynikiem pozytywnym, biorą udział w losowaniu i mają szansę wygrać zapas pieluch na trzy lata. Nie, wcale sobie tego nie wymyśliłam[2].


Helen Russell
Życie po duńsku. Rok
w najszczęśliwszym kraju na świecie

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
2017
304 strony

***

[1] Helen Russell, Życie po duński. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie, przeł. Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2017, s. 97-98.
[2] Tamże, s. 163.

***

Książkę polecam
miłośnikom historii o krajach bliskich i dalekich jednocześnie
zaczytującym się we wspomnieniach wszelakich
imigrantom obecnym i potencjalnym
planującym podróż do Danii
ciekawym, czy Duńczycy są tak szczęśliwi jak się o nich mówi
szukającym lektury na poprawę humoru

***

Zobacz też:


25 komentarzy:

  1. Wow, ostatnio pojawia się dużo książek o tej tematyce i muszę przyznać, że o tej nie słyszałam.Czytając recenzję miałam początkowo wrażenie, że to taka idylla, jednak widzę, że Autorka poruszyła również to, co znajduje się po drugiej stronie medalu. Chciałabym ją kiedyś przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idylla nie, choć jest bardzo pozytywnie. Ale nie dlatego, że autorka wyszukuje same dobre strony życia w Danii, ale dlatego, że pisze z dużym poczuciem humoru. :)

      Usuń
  2. Wspaniałych i pogodnych Świąt Wielkanocnych, chwil przepełnionych wiarą i miłością, a także zawsze radosnego i wiosennego nastroju.❤

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię takie książki! Jak mi wpadnie w ręce to chętnie przeczytam.
    Wszystkiego dobrego Aniu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnio dużo książek o życiu Duńczyków się pojawiło ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziurka ruchawka?:) Jestem zaintrygowana!

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałam wiele pozytywnych opinii na temat tej książki. Twoja recenzja tylko utwierdza mnie w fakcie, że z ksiażką muszę się zapoznać ;)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie. Ciekawa i pozytywna pozycja. :)

      Usuń
  7. Biorę w ciemno! Mam wrażenie, że też odnajdę się w słowach autorki, więc chętnie razem z nią przeżyję duńską przygodę, kto wie czy nie zostanie mi trochę tego słynnego szczęścia w zapasie :) Dobrze,że oprócz anegdot i ciekawostek pojawiają się także poważne tematy, pokazujące, że nawet w Danii występują pewne zjawiska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, czy przypadnie Ci do gustu. Mnie zauroczyła. Nie dość, że dodała pozytywnej energii i rozbawiła, to jeszcze sporo ciekawych rzeczy się dowiedziałam. :)

      Usuń
  8. Mówiąc szczerze to ja już mam dosyć na rynku książek tego typu jak ta zrecenzowana, hygge i tak dalej. Dla mnie są swego rodzaju ofertą turystyczną, naprawdę! Więc mimo bardzo zachęcającej recenzji, ja za ten tytuł podziękuję. Zamiast szczęścia odnalazłabym w niej tylko irytację. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja ją zaczęłam czytać i świetnie się przy niej bawię :-) mnie sie skojarzyła z Bridget Jones, taki podobny rodzaj humoru, odnalazłam się w niej. To nie jest typowy poradnik hygge, ale historia kobiety po 30-tce z problemami z zajściem w ciążę, przemęczona pracą, może dlatego była mi bliska. Bardzo polecam!

      Usuń
    2. @Tea - zupełnie tak tego nie odebrałam. Hygge jest tu tylko jednym z wielu wątków (w końcu trudno o nim nie pisać pisząc o Danii). A co do oferty turystycznej - kompletnie się z tym nie zgodzę. Moim zdaniem zbyt pochopnie tę książkę oceniłaś i chyba nie do końca przeczytałaś moją recenzję.

      @Anonimowa - nie pomyślałam o Bridget. :D Coś w tym jest, choć w sumie wolę tych książek nie porównywać, bo niektórzy mogą nie lubić książek typu Bridget, a ta przypadłaby im do gustu. A swoją droga, sama Bridget uwielbiam. :D

      Usuń
  9. Wcale nie zamierzałam czytać tej książki, ale zainteresowało mnie to, że autorka przedstawia nie tylko blaski, ale też cienie życia w Danii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytaj. Fajna! Myślę, że Ci się spodoba. :)

      Usuń
  10. Słyszałam o hygge, ale w zasadzie nie zastanawiałam się nad życiem codziennym Duńczyków. Uważam, że to dobrze, że w książce ukazane zostały również cienie duńskiego społeczeństwa, dzięki temu jest bardziej autentyczna, a czytelnik nie wzdycha do nierealnej utopii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Utopii tam nie ma. Zdecydowanie nie. :D

      Usuń
  11. Fragmenty otwierające Twoją recenzję ujęły mnie niezmąconą pewnością odnalezienia się w książce stworzoną przez kogoś innego, lecz tak bliską Twemu sercu, że stwarzajacą pozory Twej własnej <3 Po takim wstępie nie mogłam nie poddać się zaciekawieniu, i niezwalczonej pokusie przeniesienia się do Danii :)

    Wydaje mi się, że książka Helen Russell ma walor wyjątkowy jako wielowymiarowy i głęboki portret Danii, najczęściej właśnie redukowanej do idylli hygge, rozświetlanej blaskiem tysięcy świec. Chociaż kraj ten interesuje mnie, to wciąż wiem o nim za mało - informacje o wskaźniku przemocy wręcz mnie oszołomiły. Z przyjemnością zasmakuję "Zycia po duńsku", tak po to, by zaznać jego słodycz, jak i gorycz, zapoznając się ze złożonym doświadczeniem dociekliwej autorki :)

    P.S. Ludzik z klocków lego :D Tym wdzięcznym mianem nazywałam chłopca dosyć topornych kształtów z liceum :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wskaźniki przemocy mnie też zaskoczyły i to mocno. Podobnie jak wzmianki o depresji, zwłaszcza, że o Danii mówi się ostatnio najczęściej w kontekście tej idylli, o której piszesz. Świec, drewna, kominka, kocyka, herbaty w ulubionym kubku itp. A tu się okazuje, że sporo w tym kraju niefajności. I sporo cudów, i dziwów. ;)

      Ufff... Dobrze, że o tym ludziku czytam dopiero teraz, bo po Twoim komentarzu ten książkowy stracił na lekkości. :P

      Usuń
  12. Nie brałam pod uwagę czytania tej książki, ale teraz mocno się nią zainteresowałam, powinnam w końcu sięgnąć i po taką tematykę, kolejne inspiracje czytelnicze. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorąco polecam! Bo to nie tylko książka pełna ciekawych informacji, ale też po prostu przezabawna opowieść. :)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...