niedziela, 21 sierpnia 2016

Wspomnień garść druga, czyli lato w Hiszpanii



Zapraszam na drugą garść wspomnień z tegorocznego urlopu. Pierwszą znajdziecie TUTAJ.

Walencję opuszczamy tuż po śniadaniu. W prowincji Murcja nie czeka na nas nocleg w hotelu, a casie, czyli po prostu hiszpańskim domu, który na dodatek mamy mieć na własność, i przyznaję, że jestem tym mocno podekscytowana. Tymczasem jednak jedziemy przez region Walencji, ze zdumieniem natykając się na opuszczone, zrujnowane domy. Jak się później okaże, to stały element krajobrazu nie tylko tej prowincji, ale także kolejnych, które zwiedzamy - także Murcji. Z niektórych pozostały jedynie resztki ścian, inne być może nadawałyby się do remontu. Tak czy siak - widok tych wszystkich zniszczonych i opuszczonych domów jest malowniczy, ale i przygnębiający.







Naszym jedynym przystankiem na trasie do casy była stolica prowincji - Murcja. I to właśnie tu dowiaduję się jak może wyglądać duże miasto w porze sjesty, która to faktycznie jest tu przestrzegana. Na dodatek jest to duże miasto w okresie urlopowym, bo w sierpniu Hiszpanie wyjeżdżają na wakacje i w wielu punktach usługowych czy handlowych na witrynie dostrzegamy kartkę z informacją o urlopie (dwutygodniowym, a często i dłuższym) i przeprosinami za niedogodności z tego wynikające.

W czasie naszego pobytu, w sierpniowe sobotnie popołudnie, miejscowość licząca ponad 400 tys. mieszkańców wygląda na niemal wyludnioną. Zamknięte sklepy i restauracje, puste ulice, parki, place zabaw, niewielki ruch samochodowy, w części turystycznej otwarte restauracje można wyliczyć na palcach jednej ręki, a jedyny spożywczy, w którym udaje nam się zrobić zakupy należy do Azjatów. Pamiątek niestety nie kupuję, ale za to mamy miasto niemal na wyłączność. Turystów jest niewielu, mieszkańców jeszcze mniej, a sama Murcja bardzo przypada nam do gustu i spacer po centrum oboje zaliczamy do udanych.


katedra w Murcji

Spacer zaczynamy przy gotyckiej katedrze Santa Maria, której wieża mierzy 92 metry wysokości i jest drugą pod względem wysokości w Hiszpanii (tuż po Giraldzie znajdującej się w Sewilli). Później włóczymy się wąskimi uliczkami miasta, docierając w końcu nad rzekę Segura, która swą "turkusowatością" może z powodzeniem konkurować z Tybrem.




Ponieważ niemal wszystkie sklepy, punkty usługowe czy restauracje są zamknięte, możemy podziwiać pięknie wymalowane bramy zamykające lokale. Uwielbiam je!




Po spacerze mamy jeszcze trochę czasu (po odbiór kluczy umówiliśmy się ok. 18-19), więc choć nie mamy zbyt wielkiego wyboru lokali, postanawiamy usiąść w jednym z nich i napełnić żołądki. Ponieważ Murcja warzywami i owocami stoi (czego bym się nie domyśliła patrząc na wysuszony krajobraz), zamawiam naleśnika warzywno-owocowego. Połączenie zielonej fasolki, pomidorów, ziemniaków, brokułów, słodkiej kukurydzy i równie słodkich suszonych śliwek i moreli okazuje się całkiem udane. Mąż jest mniej zadowolony z zamówionego hamburgera i po kolejnych próbach znalezienia tego idealnego uznaje, że akurat to danie chyba nie jest domeną Hiszpanów.




Czas ruszać do casy! Po raz pierwszy przy szukaniu noclegu skorzystałam z Airbnb i tam właśnie znalazłam położoną w Ojós Casicę de Perintin. Domek znajduje się ok. 40 kilometrów od miasta Murcja i choć położony jest tuż przy drodze (mało ruchliwej) to okolica jest ogromnie malownicza. Leży w Valle de Ricota (Dolina Ricoty). W okresie VIII - XIII w. tereny te zamieszkiwali Maurowie. 




Sam domek przypomina taki ze skansenu. Urządzony jest przytulnie, ma dwie sypialnie, salon kuchnię, sporą łazienkę i patio, a wszystko to pełne tworzących klimat dekoracji. Nie znaczy to jednak, że nowoczesność tu nie dotarła. Wi-fi działa lepiej niż w niejednym hotelu, dostępne są pralka, zmywarka i kilka innych przydatnych urządzeń. Poznajemy właścicielkę i jej przeuroczą córeczkę, dowiadujemy się co warto zobaczyć w okolicy. Zostawiamy bagaże i ruszamy na eksplorację sąsiednich terenów.




Śniadanie w takiej scenerii smakuje przepysznie.




Zakochałam się w tym domku, miejscu, okolicy. Mam nadzieję, że uda mi się tam wrócić w nieco chłodniejszym okresie, bo upały sięgające powyżej trzydziestu stopni, pozwalały jedynie na krótkie spacery górami i dolinami, przez wyschnięte koryta rzek i w okolice plantacji cytrusów czy oliwek.











Siódmy dzień wakacji poświęcamy na poszukiwanie różowego jeziorka, flamingów i plaży, na której można posiedzieć w spokoju wpatrując się w morze. Wybierając trasę bocznymi drogami trafiamynad sztuczne jezioro - Embalse de la Pedrera, którego turkusowa woda malowniczo odcina się od wysuszonego krajobrazu.





Po jeziorze w kolorze turkusów, przyszedł czas na akwen barwy... różowej. W położonej na Costa Blanca miejscowości Torrevieja (region Walencja) znajdują się słone jeziora. Sama miejscowość nie jest interesująca pod względem architektonicznym, ale za to oferuje zdrowy mikroklimat i możliwość zanurzenia się w jeziorze o bardzo wysokim zasoleniu.






Z Torrevieja ruszamy na poszukiwanie flamingów. Podobno spotkać je można w San Pedro del Pinatar. Miejscowość ta leży częściowo nad Morzem Śródziemnym, częściowo nad Mar Menor - największą słoną laguną w Europie. W pobliskim La Pogan znajdują się błota lecznicze (podobnie jak przy Torrevieja, gdzie zdarzyło nam się wpaść na wędrujących ulicami "błotnych" ludzi), na okładanie się błotem nie mamy jednak ochoty. Za karę udaje nam się znaleźć tylko pięć bladych okazów. Niby lepszy rydz niż nic, ale poczułam się zawiedziona, a ponieważ na plażowanie i inne okołomorskie atrakcje nie mieliśmy ochoty, ruszyliśmy dalej. Jak się okazało - w kierunku największego rozczarowania tego wyjazdu.




Tym rozczarowaniem okazuje się La Manga. Półwysep oddzielający Mar Menor od Morza Śródziemnego. Beton, beton i jeszcze raz beton. Zero klimatu, chyba, że ktoś lubi klimat łatwo wydawanych pieniędzy. Hotele, promenady, plaże. Znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. Uciekaliśmy stamtąd tak szybko, jak się dało, co w niedzielne popołudnie równało się z tempem zdesperowanego ślimaka, który bardzo chce przyśpieszyć, ale nie może.




Przez brudną szybę samochodu La Manga prezentuje się na przykład tak.




Mimo tego rozczarowania, kolejnego dnia wybieramy się w tę samą okolicę, do położonej nad Mar Menor miejscowości Cabo de Palos. Jedziemy krętą drogą, którą poprzedniego dnia widzieliśmy już o zmroku, więc nie mogliśmy w pełni nacieszyć się widokami. Tym razem wszystko oblewają promienie słońca, choć nieco przytłumionego, co trochę mnie martwi, bo wróży zmianę pogody.




Na Cabo de Palos także nie brak turystów, ale tłok jest zdecydowanie mniejszy, a okolica o wiele bardziej malownicza. Oprócz piaszczystej plaży są też fotogeniczne klify i muszę przyznać, że o ile plażowanie mnie nie kusi, to już nie miałabym nic przeciwko piknikowi u stóp klifu i pluskaniu się oblewającej go wodzie.







Ten dzień to rzymski dzień w Hiszpanii. Najpierw zatrzymujemy się na pizzę we włoskiej restauracji, a później zmierzamy do Cartageny, miasta założonego przez kartagińskiego wodza (w miejscu istniejącej Mastii), opanowanego przez Rzymian, zniszczonego przez Wandalów, zajętego przez Bizancjum, podbitego kolejno przez Wizygotów, Arabów, a w końcu przez Jakuba I Zdobywcę, króla Aragonii, Majorki i Walencji oraz hrabiego Barcelony.





W tym portowym mieście do dziś zachowały się m.in. bizantyjskie mury i ruiny rzymskiego teatru, które postanowiamy zwiedzić, choć tak, prawdę mówiąc, to co najciekawsze, widać z tarasu położonego nad ruinami, więc jeśli macie w kieszeni 5€ to niekoniecznie musicie zostawiać je w kasie teatru. Lepiej idźcie do chocolaterii Valor na pyszne granizados z owoców (zamówiliśmy o smaku kiwi i arbuza - pyyyyyyyyyyycha!).




W Cartagenie robimy sobie krótki spacer. Informacja turystyczna jest zamknięta, więc jest to spacer w ciemno. Ot, gdzie nas nogi poniosą. Właściwie nie bardzo nas chcą nosić daleko, a sama Cartagena jest raczej mało urodziwa (zwłaszcza jeśli spojrzeć na nią z góry).




Siedzimy więc w porcie i rozmawiamy o wszystkim i niczym, dopóki nie uznamy, że czas wracać do casy. W perspektywie jest kolacja na patio w towarzystwie zaprzyjaźnionej jaszczurki. Ostatnia w Perintin co jest nieco przygnębiające.



El Zulo - rzeźba w hołdzie ofiar terroryzmu

Rano budzi nas deszcz. Murcji też jest smutno, że wyjeżdżamy. Opad nie jest na tyle intensywny, byśmy zrezygnowali z porannego spaceru. Mokniemy, ale wędrujemy po Ojós obiecując sobie, że kiedyś tu wrócimy i wtedy lepiej poznamy okolicę, zamiast eksplorować dalsze zakątki.





W końcu ruszamy dalej. Kierujemy się na Saragossę, więc do przejechania mamy ponad 500 kilometrów. Obserwowanie zmieniającego się krajobrazu jest fascynujące, ale i zwiedzania nie mamy zamiaru odpuszczać. Zwłaszcza, gdy okazuje się, że przejeżdżamy przez nieznany mi region Kastylia-La Mancha. Nie zatrzymać się choć na moment z powodu deszczu? No way!




Przystanek robimy w Almansie. Niby jest jeszcze przed sjestą, w centrum handlowym, w którym znajdujemy parking, większość sklepów jest otwarta, ale na zwiedzanie zamku nie ma szans (zamknięty na głucho), a deszcz i niewiara w istnienie turystów, którym aura nie przeszkadza, sprawia, że i informacja turystyczna była krócej czynna.

Wędrujemy więc bez planu, ale i bez tłoku, bo aura nie zachęca do spacerów ani turystów, ani mieszkańców. Gdy wracamy do samochodu, wiemy, że trwa sjesta. Ze wszystkich, licznych sklepów, czynny jest tylko market spożywczy. Resztę spowija ciemność, a wędrowanie pustymi, ledwie oświetlonymi korytarzami jest dość dziwnym uczuciem.





Deszczówka chlupie w sandałach, ale dobre humory nas nie opuszczają. W nagrodę wygrywamy poprawę pogody na dalszych odcinkach trasy, co oczywiście wykorzystuję do robienia zdjęć. Malowniczych widoków nie brakuje, jak choćby ten na miejscowość Coftrentes (w pobliżu znajduje się mniej malownicza elektrownia atomowa).




Lub ten złowiony nieco dalej.




Tu robimy sobie krótką przerwę na spacer po okolicznych górach. W gratisie dostajemy tęczę. Drugą z pięciu tego dnia.




Takich przystanków jest sporo, bo krajobraz zmienia się nieustannie. W jednym z uroczych miejsc, robimy sobie postój na podwieczorek.




Po drodze łapie nas burza, ale widok nieba jest tak cudny, że warto przecierpieć odcinki tonące w deszczu, by później móc się cieszyć spektaklami w wykonaniu Matki Natury.





Do leżącej w Aragonii Saragossy docieramy ok. 22. Niby mieliśmy mieć zagwarantowane przez hotel miejsce na zaparkowanie samochodu, ale na miejscu okazuje się, że parking is full. Wściekła jestem jak diabli, ale co robić... Mąż znajduje miejsce na horrendalnie drogim parkingu miejskim, a następnego dnia walczymy o swoje i przenosimy się na parking hotelowy po wymeldowaniu jednego z gości. Przypada nam miejsce nr 13, ale nie okazuje się to złym omenem. Po trudnym początku zakochujemy się w Saragossie na amen, a że nasz Hotel Paris Centro mieści się w centrum (choć nie Paryża), wszędzie mamy blisko. 

Zwiedzamy piękną bazylikę Nuestra Señora del Pilar, godzinami pałętamy się uliczkami miasta. Czasem według planu, częściej nie. Saragossa okazuje się idealna do zwiedzania w stylu "o! tam jest coś ładnego, chodźmy tam!"







Podczas tego urlopu mało kiedy stawiamy na płatne atrakcje, ale w Saragossie zaglądamy do Aljaferii, według Wikipedii najokazalszego obiektu mauretańskiego znajdującego się poza Andaluzją. Po ogrodach Alhambry czy Alcazaru nie robi on na nas wielkiego wrażenia, ale i tak warto tam zajrzeć.




Napiszę Wam teraz to, co napisałam na gorąco na Facebooku:

Saragossa. Moja kolejna hiszpańska miłość.
Miasto, które najprzyjemniej poznaje się bez mapy. Tu mieszkańcy sami zatrzymują się widząc twoje zainteresowanie miastem. Jak ta pani, która wskazała nam drogę do murali dostrzegając moje zainteresowanie jednym z dzieł street artu. Jak ten starszy mężczyzna, fotograf uwieczniający miasto z lotu ptaka, który nie bacząc na nasz kiepski hiszpański, starał się przybliżyć nam historię pewnego kościoła.
To miasto staje się senne w popołudnia, kiedy to wysokie temperatury oznaczają nadejście sjesty. Budzi się delikatnie pod wieczór, by o ósmej, dziewiątej wieczorem, zamienić się w gwarne miejsce spotkań przy winie, piwie, lokalnym jedzeniu.
To miasto, w którym brodzenie w wodzie fontann nie jest niczym dziwnym. Po jednej stronie Goya, po drugiej katedra, wokół gołębie i roześmiani ludzie. Stopy się moczą, woda przynosi ukojenie. Jest dziesiąta wieczorem, a temperatury wciąż sięgają ponad trzydziestu stopni. 
To miasto, w którym koniecznie trzeba wejść do jednego z tych niewielkich barów, w których je się i pije siedząc na barowym stołku, barman ma seksowną chrypkę, a hiszpański turystów wzbudza ogólną sympatię. Tylko tam razem z rachunkiem dostaniesz gratisowe lampki wina, barman pomacha ci na pożegnanie, zarzuci potokiem hiszpańskich słów - pozdrawiając, dziękując, zapraszając ponownie, życząc przyjemniej podróży.
To miasto rzuca na turystów swój urok.
I tak. Kiedyś tu wrócę.




Wyjeżdżamy z Saragossy drogą N-11. Trasa jest, delikatnie mówiąc, nudna. Zjeżdżamy więc na boczne drogi, kierując się w okolice malowniczej rzeki Ebro. Tak odkrywamy leżącą w Aragonii malowniczą miejscowość Mequinenza z zamkiem stojącym na skraju przepaści, muzeum (chyba dotyczącym kopalni, ale niestety nieczynnym), rajem dla wędkarzy i amatorów sportów wodnych.





Ukoronowaniem naszej wycieczki i idealnym jej zakończeniem okazuje się powrót do Barcelony. Tam trwa właśnie fiesta w dzielnicy Gracia (pisałam Wam o niej tu i tutaj). Ulice są przystrojone, atmosfera fantastyczna, można posłuchać muzyki na żywo, a i w przerwie między koncertami nie brak miejsc, gdzie muzyka leci z głośników), potańczyć. Ludzi jest mnóstwo. Od niemowlaków w wózkach po staruszków o laskach. Gwar rozmów nie cichnie. Co krok są miejsca, gdzie można kupić coś do picia lub spróbować lokalnych specjałów. Gdzieś trwa właśnie lekcja flamenco, gdzie indziej grupka młodych ludzi dyskutuje o czymś zawzięcie. Tu seniorzy siedzą za stołami pijąc piwo, tam w progu kamienicy kilkulatki grają w chińczyka. Na jednym z placu tłum obserwuje powstające wieże z ludzi, tzw. castelles. 










Tyle w ogóle, a na szczegóły przyjdzie być może czas.


20 komentarzy:

  1. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane zobaczyć takie widoki. Póki co mój jedyny wyjazd będzie do Kołobrzegu i Torunia z czego też niesamowicie się cieszę, bo dawno tam nie byłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toruń jest piękny. Sama koniecznie muszę tam wrócić, bo jak byłam, to z zapaleniem spojówek, więc miasto zwiedzałam przez łzy. :P

      Usuń
  2. Piękny ten domek w Ojos. W ogóle rewelacyjne zdjęcia! Hiszpanio tęsknię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :)

      Domek polecam całym sercem. A poza tym... Hiszpanio, ja też już tęsknię! :)

      Usuń
  3. Podziwiam Twoja odpornosc na upal. Ja bylam w tym roku na plazy tylko troche bardziej na poludnie, w Carboneras, i zwiedzajac podbliski Mojácar myslalam, ze sie rozpuszcze. Wychodzenie w czasie siesta z domu to masochizm moim zdaniem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było ciężko, to fakt. Tak jakoś głupio wyszło, że pojechaliśmy w sierpniu i przez to na pewno zwiedzaliśmy mniej intensywnie niż gdybyśmy pojechali w takim okresie, w którym jest przynajmniej 10 stopni mniej. ;)

      A w jakim regionie mieszkasz?

      Usuń
  4. Jakie piękne! Bardzo spodobał mi się ten pokój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cały domek jest urządzony w tym stylu. :)

      Usuń
    2. Musi być w nim pięknie. Chciałabym swój też tak urządzić.

      Usuń
    3. Wcale się nie dziwię. Takie domy są bardzo przytulne. Sama nie miałabym nic przeciwko, by w takim mieszkać. :)

      Usuń
  5. Przyznać muszę, że atrakcji Ci nie brakowało, a wyjazd do Hiszpanii był ewidentnie udany:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, nie nudziliśmy się ani przez moment, a pomysłów na zagospodarowanie czasu nie brakowało. :D

      Usuń
  6. Kolejna uczta dla oczu. A domek naprawdę cudowny, moje klimaty:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W domku zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Gdyby nie bliskość drogi, byłby idealny.

      Usuń
  7. Już Ty weź mnie ta Hiszpanią, słońcem i urlopem nie denerwuje, dobrze?! W pracy siedzę, do do..y jest :( Ale zdjęcia cudne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam. Przez jakiś czas obiecuję nie denerwować. Ale nie obiecuję, że długo. :P

      Usuń
  8. Ja nie mogę... jak w tej Hiszpanii jest pięknie! Ilez kolorów wokół Ciebie i niespotykanych rzeczy. Ten statek... przypomina mi muzeum w Sztokholmie....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie, różnorodnie i ciekawie. :)
      W Sztokholmie nie byłam, ale kiedyś... może... :)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...