środa, 10 stycznia 2018

Uparła się i pojechała,
czyli sylwester w Walencji



Uparła się. Powiedziała, że leci. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Jak powiedziała, tak zrobiła. Wsiadła do busa i pojechała do Berlina. Przesiadła się na samolot i po niecałych trzech godzinach znalazła się na lotnisku w Walencji, wcześniej z zapartym tchem obserwując przepięknie oświetlone nocne miasto. Spędziła tam pięć dni, wynajmując pokój u Hiszpanki, w rozmowach mieszając hiszpańskie i angielskie słówka, patatas bravas popijając piwem, godzinami włócząc się po mieście, gubiąc się czasem, ale dzięki temu widząc więcej. Teraz opowie Wam krótko o wyjeździe. Choć pewnie zaraz się okaże, że nie tak krótko, jak zamierzała.

Walencja była moim celem sylwestrowym. Tak, ta sama ja, która nie lubi wielkich spędów i pojęcia nie ma co ludzi kręci w strzelających korkach od szampana, petardach oraz tłoku, ta sama ja totalnie niewierząca w moc noworocznych postanowień, wybrała się na taki właśnie spęd na walenckim Placa del Ayuntamiento.

I jak było? Fantastycznie! Hiszpanie potrafią się bawić, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. O bezpieczeństwo też zadbali. Mundurowi zablokowali ulice odchodzące od placu barierkami i radiowozami, opróżnili plac z falstartowiczów i każdemu chętnemu do zabawy zajrzeli do toreb i plecaków. 


Placa del Ayuntamiento, wieczór przed sylwestrem


Tłum był spory i gęstniał tym bardziej im bliżej było do północy. Impreza jednak nie miała nic z paryskiej poprawności sprzed dwóch lat, kiedy to tłum sardynek wgapiał się w Łuk Triumfalny wspólnie odśpiewując Les Champs-Elysées. Fakt, wtedy był trudny moment, miasto żyło wspomnieniem niedawnego zamachu, zrezygnowano z fajerwerków, Pola Elizejskie były chronione tak bardzo, że bardziej można już chyba tylko za pomocą czołgów, a tuż po północy wszyscy się rozeszli to do domów, to świętować w mniejszym gronie w paryskich zakamarkach. Mam jednak wrażenie, że pomijając braki pirotechniczne, atmosfera w innych latach nie różni się za bardzo, a styl zabawy-nie-zabawy zostaje podobny. Jeśli się mylę, poprawcie mnie, bo pewnie szybko tego nie sprawdzę (a może i nigdy).






Tymczasem w Walencji trwał radosny piknik. Przychodziły całe rodziny, także z małymi dziećmi. Ten i ów rozsiadał się na rozpostartej na betonie gazetce reklamowej by zjeść kolację, a reklamówki pękały w szwach od napojów, plastikowych kubków i winogron. Nie wiem czy wiecie, ale Hiszpanie o północy, przy każdym uderzeniu zegara, połykają jedno winogrono, by w ten sposób zapewnić sobie szczęście na kolejny rok. Nie jest to łatwe, możecie mi wierzyć na słowo.


sylwester na Placa del Ayuntamiento


A później zaczęły się śpiewy i tańce. Tańczyli starzy i młodzi, przy hitach nowych i kultowych, śpiewając ile sił w płucach przeboje hiszpańskie czy takie szlagiery jak All I want for Christmas is you. Nogi same rwały się do tańca. Radość jest jednak zaraźliwa.





Dzięki temu, że pojawiłam się w Walencji w okresie noworocznym, miałam okazję zajrzeć na walenckie jarmarki świąteczne (gdzie im tam do paryskich, że o berlińskich nie wspomnę, ale trzeba było przyznać, że na niektórych można było znaleźć piękne wyroby rękodzielnicze, inne zaś przypominały kiczowate jarmarki sfokusowane na chińszczyźnie). Tu i tam można było trafić na jakąś szopkę, w mercadach poustawiano choinki, wiele witryn kusiło świątecznymi ozdobami, a na rabatkach obok bratków kwitły gwiazdy betlejemskie.


szopka przy katedrze

sklepik ze słodkościami na dworcu kolejowym Valencia Nord

jeden z jarmarków świątecznych



Pierwszego dnia wybrałam się na spacer ogrodami Turii, czyli parkiem założonym w miejscu dawnego koryta rzeki. Słońce grzało przyjemnie, temperatura przekraczała 20 stopni i tylko czasem zimny wiatr przypominał mi o tym, że jest grudzień. Hiszpanie o tym pamiętali i pomykali w ciepłych kurtkach. W krótkim rękawku czułam się więc dość dziwnie, więc dla kamuflażu zostawiłam na szyi szalik, kupiony o poranku w pierwszym sklepie, do którego przywiał mnie naprawdę zimny wiatr.




Rozgrzałam się zjeżdżając z... Gulliwera. Bo kto powiedział, że po trzydziestce już tylko garsonka, powaga i ciułanie na kwaterę na cmentarzu?






Gdzieś kiedyś ktoś powiedział, a może napisał (wiem, same konkrety), że nie można się nie uśmiechać w kraju, w którym rosną pomarańcze. Potwierdzam. Widok cytrusów na miejskich deptakach poprawia nastrój. I tylko trochę szkoda, że owoce są dzikie i raczej nie warto zatapiać w nich zębów.




Wiecie za co lubię Hiszpanów? Wbrew temu co na zdjęciu, nie tylko za konne policyjne patrole, które jakoś tak zabawnie wyglądają stojąc na czerwonym wśród samochodów czy skuterów, ale za to, że za przechodzenie na czerwonym mandatu nie dostaniesz. Jeśli droga wolna, śmiało pomykasz na drugą stronę zamiast z miną zniecierpliwionego cierpiętnika czekać na zielone. Czerwone to ostrzeżenie, nie zakaz. Żaden nadgorliwy policjant nie wyskoczy zza kiosku tryumfalnie wymachując bloczkiem mandatowym.




Trudno się wraca do mieszkania, gdy miasto okazuje się piękne i w środku dnia, i nocą, a podczas zachodu słońca wręcz magiczne. Mieszkałam u Hiszpanki, w lokalizacji tak idealnej, że jeśli szukacie jednoosobowego pokoju, to ten u Bárbary polecam gorąco (KLIK). Bezpośrednia linia metra z lotniska i do centrum tym samym też, stosunkowo blisko do morza, dwadzieścia minut do Miasteczka Sztuki i Nauki (dokąd metro nie dojeżdża, więc zostaje albo spacer, albo autobus) i przemiła gospodyni, która odpowie Wam na wszystkie pytania związane z pobytem w mieście.

Wieczorami zaglądałam do pobliskiego baru, taperii La Trobada. Szybko poczułam się tam jak u siebie, witana uśmiechem pałaszowałam popijane piwem patatas bravas (chyba mam jakąś obsesję na ich punkcie) oglądając hiszpańskie wiadomości (ileż radości daje każdy zrozumiany fragment!) i próbując choć najprostszych dialogów z obsługą. Miejsce pełne lokalsów i bardzo przyjazne cenowo. A to orzeszki gratis wjechały na stolik, a to koszyk z chlebem jak dodatek. Głośno, wesoło, po hiszpańsku.





Dużo czasu spędziłam włócząc się po Starym Mieście. Przy tej okazji zwiedziłam katedrę (La Seu), choć tak między nami mówiąc, myślę, że 8 euro można wydać lepiej. Gdzie jej tam do imponującej katedry w Sewilli pełnej intrygujących sal, wystaw, zakamarków. Ta w Walencji ma jednak wabik w postaci... Świętego Graala. Tak, to podobno tu znajdziecie naczynie, z którego Chrystus pił podczas Ostatniej Wieczerzy.





podobno Święty Graal



Drugim miejscem, do którego zajrzałam w centrum była wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Giełda Jedwabiu (Lonja de la Seda). Koszt: 2 euro za wstęp do powstałego w XV budynku - kilku niemal pustych sal i patia z drzewkami cytrusowymi oraz możliwość skorzystania z toalety (co nie jest bez znaczenia, gdy wędruje się już kolejną godzinę).






Kolejny punktem, do którego zawsze miło zajrzeć, zwłaszcza, gdy głód zaczyna doskwierać jest Mercado Central, najstarszy kryty targ w Europie, który kusi kolorami, zapachami, a przede wszystkim smakami. Znajdziecie tu owoce, warzywa, ogromny wybór serów czy mięs. Owoce morza bywają tak świeże, że jeszcze machają odnóżami. Można też kupić gotowe dania czy świeżo wyciskane soki. Wybór oliwek potrafi przyprawić o zawrót głowy, kuszą truskawki, pachną cytrusy, a na widok słodkości cieknie ślinka.









Częścią Starego Miasta jest Dzielnica Carmen, plątanina nierzadko wąskich uliczek (niektórych nie chciałabym oglądać nocą). To właśnie to miejsce stało się moim ulubionym. Schowałam telefon i mapę, i po prostu dałam się wchłonąć. Przemykałam pod zniszczonymi murami i ścianami ozdobionymi muralami. Zaglądałam tam, gdzie moją uwagę przykuło coś ciekawego. Czasem przywitałam się z miejscowym kotem, innym razem jakiś nastolatek wyskoczył zza muru na śmietnik i puścił się pędem w boczną uliczkę, nagle i zupełnie niespodziewanie. Ktoś z lokalsów zagadał i przywitał uśmiechem, to znów jakiś Rosjanin w ramach słowiańskiej przyjaźni opowiadał mi w swoim języku o architekturze i psioczył na strażników jednej z bram dawnych murów miejskich. 

To właśnie z tego miejsca mam najwięcej zdjęć. Część z nich znajdziecie poniżej. Więcej pojawi się z czasem.







 A to akurat tuż Ciasteczkowy Potwór tuż przy Mercado Central.


Gdy już opuściłam centrum, przyszedł czas na zwiedzanie Miasteczka Sztuki i Nauki (Ciudad de las Artes y las Ciencias). Czułam się tak, jakbym znalazła się na planie Jetsonów. Choć zdecydowanie wolę spacer wąskimi uliczkami wśród graffiti, sypiącego się tynku i klimatycznych kamienic, to i ten nowoczesny kompleks zrobił na mnie wrażenie.





Gdy byłam w Walencji po raz pierwszy, budynki podziwiałam tylko z zewnątrz. Tym razem postanowiłam wejść do największego w Europie oceanarium (L’Oceanogràfic) i do Muzeum Nauki (El Museu de les Ciències Príncipe Felipe).


po lewej: Muzeum Nauki, po prawej: L'Hemisfèric

Muzeum Nauki


Interaktywne Muzeum Nauki wywołało u mnie efekt wow. Całe szczęście. że trafiłam do niego poza sezonem i do wielu eksponatów mogłam dotrzeć bez większej kolejki. Na kilku piętrach pełno było fascynujących ekspozycji. 

Jedno z pięter należało do Noblistów: francuskiego immunologa Jeana Dausseta (nagroda za, tu cytuję Wikipedię, odkrycia dotyczące genów głównego układu zgodności tkankowe), hiszpańskiego histologa i prekursora neurobiologii Ramóna y Cajala (badania związane z układem nerwowym) oraz hiszpańskiego biochemika Severo Ochoa (badania dotyczące syntezy kwasu rybonukleinowego). Piętro z wystawą zatytułowaną Dziedzictwo nauki było jednak dla mnie zdecydowanie najmniej interesujące (nie tylko ze względu na barierę językową).

Co jeszcze można było zobaczyć w muzeum? Sporo. Wahadło Foucaulta,  ogromny model DNA, ale przede wszystkim interaktywne wystawy. Do niektórych ustawiały się długie kolejki. Ogromnie żałuję, że nie udało mi się załapać na wystawę Zero gravity, gdzie można przekonać się na własnej skórze jak to jest w świecie, w którym nie ma przyciągania. Niestety wejście jest limitowane. więc cóż... Może innym razem.

Zapuściłam się za to w Las Chromosomów, gdzie w niewielkich boksach można było dowiedzieć się wiele ciekawych rzeczy na tematy związane z DNA. Trudno to wszystko opisać, to po prostu trzeba zobaczyć, powąchać, trzeba tego dotknąć i posłuchać. Krążyłam między gablotą z genetycznymi wybrykami natury, stanowiskami pozwalającymi sprawdzić ile mamy wody w ciele czy przekonać się jak to jest ze zmysłem równowagi. 

Później przeniosłam się do świata elektryczności, dinozaurów czy rewolucji technicznych. Tu odłączyłam prąd w części przemysłowej makietowego miasteczka, tam zagrałam w kółko i krzyżyk z robotem. Patrzyłam jak dwie koleżanki ścierają się ze sobą próbując siłą umysłu przesunąć piłeczkę w kierunku tej drugiej. Sporo czasu spędziłam wśród prehistorycznych stworzeń.

Jedna z wystaw dotyczyła Walencji. Jej różnorodności, bogactwa kulturowego, przyrodniczego itd. Oglądałam zdjęcia, wąchałam rośliny, zatapiałam palce w piasku snując plany na inny czas. Bo już wiem, że będę chciała do tego regionu wrócić.


Bilet wstępu do muzeum to koszt 8 euro dla osoby dorosłej.


Przesuwanie kulki siłą umysłu? Tak, to jest możliwe.

Usyp lądy i oceany i patrz jak tworzy się mapa hipsometryczna.

Kula plazmowa, czyli wyładowania elektryczne mogą wyglądać ładnie.

Ziemia się obraca, wahadło Foucaulta się buja.

Gdyby kózka nie skakała...

Podróż do czasów prehistorycznych.

Dawno temu na Madagaskarze...


Tuż obok Muzeum Nauki mieści się Oceanarium (Oceanogràfic). Byłam już w oceanarium barcelońskim, ale koniecznie chciałam zajrzeć i do walenckiego, choć cena biletu wstępu przyprawia o ból głowy i portfela. 

Wejściówka dla dorosłego homo sapiensa kosztuje 29,70 euro. Dobrą opcją jest kupowanie biletów łączonych. Za wejście do oceanarium i muzeum zapłaciłam 31,30 euro (a co ważne, bilet do muzeum mogłam wykorzystać następnego dnia, ale zdaje się, że trzeba chęć rozłożenia zwiedzania na raty zgłosić przy kasie). Łatwo policzyć, że za muzeum zapłaciłam 1,6 euro zamiast 8, a do muzeum zdecydowanie wejść warto. 

Więcej o biletach łączonych znajdziecie TUTAJ.


Oceanarium faktycznie robi wrażenie. Jest największą tego typu placówką w Europie, a cały kompleks jest zaprojektowany niezwykle interesująco. Wprawdzie po Barcelonie tunel z rekinami i innymi stworzeniami morskimi nie wywołał już efektu wow, a po Torremolinos widok krokodyla nie przyśpiesza tętna, ale zdecydowanie jest tu na co popatrzeć. 

Na terenie kompleksu znajduje się kilka budynków oraz akweny na wolnym powietrzu. Przeniesiecie się na mokradła i do strefy śródziemnomorskiej, do klimatu umiarkowanego i tropikalnego. Poznacie mieszkańców oceanów i wysp, Morza Czerwonego, Arktyki i Antarktydy. Znajduje się tu także jedno z największych delfinariów na świecie, a całość ma powierzchnię aż 110 tys. metrów kwadratowych.

Na niektóre zwierzęta można patrzeć godzinami. Urzekła mnie kula z ptakami z bagien i torfowisk (pierzaste były tu na wyciągnięcie ręki, a sposób w jaki opiekunki z nimi "rozmawiały" był totalnie rozbrajający), zauroczona wpatrywałam się w podwodny taniec meduz, rozbawiły mnie pocieszne pingwiny, ucieszyłam się, gdy trafiłam na porę karmienia lwów morskich.

Na końcu wybrałam się na pokaz delfinów (warto w delfinarium znaleźć się nieco wcześniej, by zająć miejsce - godziny pokazów podane są m.in. przy kasach biletowych). Wprawdzie spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego, ale i tak wyszłam stamtąd uśmiechnięta od ucha do ucha, bo chyba nie da się inaczej, gdy ma się przed oczami te urocze pyszczki. Zresztą, mini show z udziałem tych inteligentnych ssaków nie tyle miał być widowiskiem, co pokazem edukacyjnym. I tym właśnie się okazał.




Ten moment, kiedy nucisz sobie motyw ze Szczęk...



W kuli z mokradłami.

W kuli z mokradłami.

Jeeeeeeeeeeeeeeeść!







Po wizycie w oceanarium nie miałam dość wody, więc wybrałam się nad morze. Z dwóch długich spacerów, wieczornego i dziennego przytargałam sporo muszelek i zdjęć. Zmarzłam ogromnie (pożałowałam braku kurtki), ale wcale nie śpieszyło mi się do mieszkania. Wreszcie miałam czas, żeby przemyśleć kilka rzeczy. Na niemal pustej plaży, w towarzystwie szumu wiatru i fal.






Jeden dzień poświęciłam na wypad do Xàtivy. To niespełna trzydziestotysięczne miasteczko leży ok. 60 km od Walencji. Dostać się tam łatwo, bo z dworca Valencia Nord pociągi kursują wte i wewte bardzo często. Ku mojej radości, mój koślawy hiszpański wystarczył do tego, by kupić bilet w obydwie strony (co ważne, bilety nie były przypisane do konkretnej godziny, więc nie musiałam się martwić, że nie zdążę na właściwy pociąg), zapytać o to skąd odjeżdża skład i ze dwa razy upewnić się już w wagonie, czy aby na pewno dobrze wsiadłam. Przy okazji udało mi się zamienić kilka słów z jedną z pasażerek, która wypytawszy mnie skąd jestem, co robię w Hiszpanii i jakie mam plany, zachwycała się Xàtivą (o ile zrozumiałam, bo wiecie... ten mój hiszpański...) i dopilnowała żebym wysiadła na właściwym dworcu (pełen sukces).

W dworcowym kiosku próbowałam kupić mapę, ale kioskarka odesłała mnie do informacji turystycznej. Pomyślałam, że jednak najpierw coś zjem, ale na drodze wyrosła mi... szopka. Wstęp do Un Betlem Monumental był darmowy, a kolejka chętnych do zwiedzania rosła z minuty na minutę. Jedzenie musiało poczekać.

Szopka była właściwie miasteczkiem w miniaturze. Oprócz figur Jezusa, Maryi i Józefa w towarzystwie standardowego zwierzyńca, znajdowały się tu m.in. stosika rzemieślnicze, staw z młynem, drzewka owocowe i żywy inwentarz. Ogonek zwiedzających przesuwał się od atrakcji do atrakcji. Nikt się nie pchał, nie narzekał na sesje zdjęciowe (wszak selfie z Jezuskiem rzecz niemal obowiązkowa).







Po szybkim śniadaniu (bagietka z jamón serrano i świeżo wyciskany sok z pomarańczy) ruszyłam uliczkami tego przytulnego miasteczka w górę, w stronę zamku. Samego miasta widziałam zaledwie fragmenty, kierując się w stronę kilku wybranych punktów, oznaczonych na mapce wręczonej mi przez panią z informacji turystycznej.




Xàtiva jest miastem fontann. Ta jest jedną z ważniejszych.




Z dotarciem do zamku miałam mały problem. Na wzgórzu trwał akurat wyścig kolarski i gdziekolwiek bym nie ruszyła, tam napotykałam taśmy zagradzające drogę. Plątałam się nieco niezgrabnie między kolejnymi zakazami wstępu i już miałam zacząć rozpytywać o drogę, gdy uprzedziła mnie jakaś hiszpańska rodzina. Podsłuchawszy co i jak, raźno ruszyłam ich śladem.

Średniowieczny zamek w Xàtivie jest absolutnie cudny. Jak już do niego dotarłam, nie miałam ochoty wracać. Przez niemal cztery godziny włóczyłam się więc po ruinach uboższa o zaledwie 2,40 euro. To były bardzo dobrze wydane pieniądze (nie tylko dlatego, że pan w kasie zapytał, czy jestem studentką).

Na wzgórzu mieszczą się właściwie dwa zamki, mniejszy i większy (Castillo Menor i Castillo Mayor). Z obydwu roztacza się wspaniały widok na miasto i okolicę.













Gdy zapadł zmrok, przeszłam się raz jeszcze głównymi ulicami podziwiając świąteczne dekoracje. Zimno zagnało mnie już jednak do pociągu (znów nie miałam ze sobą kurtki). 




I w ten oto sposób dotarliśmy do końca tej "krótkiej" notki.

Adiós, Xátiva!
Adiós, Walencja!
A może... hasta la vista?

22 komentarze:

  1. Świetnie, że spełniasz swoje marzenia. Gratuluję determinacji. Piękne zdjęcia.:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super wyprawa!Mam nadzieję, że trochę podładowałaś akumulatory☺

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowita relacja! :) Miło było przeczytać o Twojej wyjeździe i popatrzeć na to, co leży poza moim zasięgiem... Piękne zdjęcia :)

    Ps. Przeniosłam bloga na platformę Wordpress.com, dlatego znaleźć mnie można teraz pod nowym adresem ��

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne i ciekawe zdjęcia :). Zazdroszczę :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Fantastyczne wspomnienia! Niesamowite miejsce na spędzenie sylwestra. A taka sympatyczna gospodyni na kwaterze, która jest jednocześnie skarbnicą wiedzy na temat okolicy, jest nieoceniona. To Interaktywne Muzeum Nauki mnie zainteresowało, chętnie spędziłabym tam pół dnia (albo najlepiej cały dzień) i bawiła się jak najszczęśliwszy dzieciak. To musiał być udany wyjazd, życzę Ci abyś miała okazję ponownie zawitać w Walencji. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że w tym muzeum faktycznie można spędzić cały dzień. Dokładne obejrzenie i dotknięcie wszystkiego musi zająć mnóstwo czasu. :)

      Dziękuję. Bardzo chcę tam wrócić na święto Las Fallas. :)

      Usuń
  6. Bardzo fajna relacja:) fajnie zdjecia i fajnnie pokazany Nowy Rok :) dawno temu byłam w Walencji i miło wspomimam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :)
      Pierwszy wyjazd do Walencji był krótki i dość męczący, tym razem udało się zwiedzić więcej i na spokojnie. :)

      Usuń
  7. Brak mi słów! Pięknie rozpoczęłaś 2018!

    OdpowiedzUsuń
  8. Mogę tylko powiedzieć Ach!, jak tam pięknie.
    I na dodatek potrafisz znakomicie i ze swadą się tym zobaczonym pięknem podzielić ...obrazują go wspaniale....
    Już nawet nie twierdzę, że Ci Aniu zazdroszczę.....na takie wypady młodość potrzebna....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, nie o młodość chodzi, bardziej o to czy ktoś czuje się na siłach. Ludzie podróżują w różnym wieku i w zdecydowanie trudniejsze do ogarnięcia rejony. Potrzeba odwagi, kasy, czasu no i przede wszystkim zdrowia. :)

      Dziękuję za miłe słowa. :)

      Usuń
  9. Świetnie piszesz, bardzo miło się czyta! Pozdrawiam najmocniej! Dzięki Tobie przypomniałam sobie jaka piękna jest ta Walencja. Byłam tam ponad 8 lat temu, ale coś czuję, że chyba wkrótce powrócę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, bardzo mi miło. :)
      Trzymam kciuki za powrót. W takim miejscu na pewno będzie udany.

      Usuń
  10. Ostatnio kuzynka była u nas na święta i opowiadała o tym jedzeniu winogrona jak wybija północ, fajna ciekawostka :) Podziwiam, że pojechałaś sama, daje mi to też motywatora, że dlaczego i ja nie mogłabym kiedyś sama się gdzieś wybrać, dobrze się odważyć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawostka fajna, ale zadanie trudne. :P

      Pewnie, że dobrze! Choć nadal wolę podróże w duecie to już wiem, że sama też dam radę. :)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Wszelkie obraźliwe komentarze oraz reklamy stron będą usuwane.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...