sobota, 26 listopada 2016

[22] Andaluzyjska przygoda: Gibraltar



Właściwie tytuł notki powinien być inny, bo przecież Gibraltar to nie Andaluzja, to nawet nie Hiszpania, ale jako, że był częścią andaluzyjskiego wypadu, tak też go opisałam. Zatrzymaliśmy się tam w drodze z Tarify do Cómpety. I jak każdego dnia tamtej wycieczki - było bardzo intensywnie.

Samochód zostawiliśmy w La Línea de la Concepción, andaluzyjskiej miejscowości sąsiadującej z Gibraltarem. Tak radzili ci, którzy byli tam wcześniej i, jak się okazało, mieli rację. Pchać się samochodem na to niewielkie terytorium brytyjskie w poszukiwaniu miejsca parkingowego, nie ma najmniejszego sensu. Zwłaszcza, że można mieć pecha i utknąć w korkach.



W La Linea parking sam nas znalazł. Zanim zdążyliśmy się zastanowić, gdzie postawić auto, parkingowy podjął decyzję za nas, machając nam już z daleka. Później pozostało nam tylko spacerkiem dotrzeć do budynków z kontrolą paszportową (oczywiście nam wystarczyły dowody osobiste) i przejść przez... pasy startowe lotniska. Tak, tamtejsze lotnisko jest specyficzne. Pasy startowe krzyżują się z drogą na Gibraltar. Oczywiście na czas startu i lądowania samolotów, droga jest zamknięta dla ruchu. No, ale nie uprzedzajmy faktów.




Po kontroli dokumentów (o ile tak można określić to spojrzenie, którym omieciono je od niechcenia - ciekawe, czy ktoś by zauważył, gdybym trzymała w ręce np, kartę lojalnościową do Hebe czy Jean Louis David), wsiedliśmy w autobus, by dojechać do centrum. Odcinek do przejechania jest krótki, więc jak ktoś ma czas i energię, spokojnie może przebyć go pieszo. 




Dało się odczuć, że opuściliśmy Hiszpanię. Gibraltar od XVIII wieku jest zamorskim terytorium zależnym Wielkiej Brytanii. Króluje tu inny styl niż w Andaluzji, pachnie inna kuchnia. Ceny podawane są przede wszystkim w funtach. Sami zakupów nie robiliśmy (poza magnesem na lodówkę, oczywiście), ale choć w wielu miejscach widzieliśmy także kwoty przeliczone na euro, to podobno są takie miejsca, w których można płacić tylko funtami. Hiszpańskie napisy ustąpiły anglojęzycznym, hiszpańskie flagi - brytyjskim, a ja mogłam dać sobie zrobić zdjęcie w charakterystycznej, czerwonej budce telefonicznej.




Główną arterią Gibraltaru jest wytyczona w XIV wieku Main Street. Tłoczna, gwarna, dla mnie zbyt przytłaczająca i zbyt hałaśliwa. To typowa ulica handlowa. Pełno na niej markowych sklepów odzieżowych i nie tylko. Tu kupicie alkohol, perfumy czy elektronikę. Oraz oczywiście pamiątki. Bez trudu można znaleźć pub urządzony w angielskim stylu czy bar, w którym można zatrzymać się na fish & chips











Wśród pamiątek królują małpki. Dlaczego? Wystarczy wspiąć się na gibraltarską skałę - Upper Rock, by poznać odpowiedź. 




Z gibraltarskim magnesem w plecaku, ruszyliśmy dalej, kierując się w stronę kolejki linowej, która miała zawieźć nas na górę.




Oczywiście po drodze uwieczniałam na zdjęciach wszystko to, co przykuwało moją uwagę.








Po Gibraltarze można poruszać się na różne sposoby. Samochodem (choć to może być kłopotliwe ze względu na niekiedy wąskie, kręte drogi oraz ewentualne korki przy wjeździe i wyjeździe, a gdyby kogoś kusiło na zaparkowaniu na miejscu dla autobusów - melduję, że taka przyjemności może go kosztować sto funtów, choć to i tak o wiele mnie niż za karmienie małpiszonów), motorem, rowerem, pieszo. Można skorzystać z lokalnych autobusów lub busów turystycznych.

My postawiliśmy na spacer i tylko na górę wjechaliśmy kolejką. Schodzić zamierzaliśmy na własnych nogach. Do zwiedzania Gibraltaru pieszo, potrzebne są czas i kondycja. Tego pierwszego za wiele nie mieliśmy, to drugie, w moim przypadku, też nieco kulało i muszę przyznać, że miałam kryzysowe momenty. Nogi odmawiały mi już posłuszeństwa, ale uparłam się, żebyśmy dotarli na południowy skraj półwyspu - Europa Point. Ale, ale... znów próbuję uprzedzać fakty.

Póki co, stoimy w dość długiej kolejce po bilety. A później, w równie długiej, w oczekiwaniu na wagonik, który zawiezie nas na Upper Rock. Gdy w końcu zjeżdża nasz wagon, wysiada z niego mężczyzna z zaklejonym okiem. To jest ten moment, kiedy to przypominają mi się wszystkie straszne historie o gibraltarskich małpkach, które zaczepiane potrafią ugryźć, a niezaczepiane chętnie ukradną nierozważnemu turyście nie tylko prowiant, ale i błyskotki, a nawet aparat czy telefon. Czy muszę dodawać, że później już cały czas czułam na sobie małpie spojrzenia?




Trzeba przyznać, że nasi mali krewni są rzeczywiście cwani. I ciekawscy, i bezczelni. Ale cóż... Są też uroczy, fotogeniczni, zabawni i mogłabym się na nich gapić godzinami. Ich złodziejskie oczka śledziły nas ilekroć próbowaliśmy wyciągnąć coś z plecaka. To dziwne uczucie, takie chowanie się przed małpą, gdy chce się wyciągnąć z plecaka krem do rąk, albo wymienić akumulator w aparacie. Im bardziej próbowaliśmy od małpiszona odejść, tym bardziej małpiszon był zainteresowany tym, co wyciągamy, gdzie wkładamy i co też tak fajnie się błyszczy w słońcu. Nawet nie udawał, że nas nie śledzi. Po prostu bezczelnie za nami szedł wytrzeszczając swe małpie oczka.













Niektórzy do małpiszonów podchodzili z obawą, albo wcale, jak ci dwaj ze zdjęcia poniżej, którzy długo debatowali, czy aby na pewno przejście tymi schodami jest bezpieczne, bo przecież ta małpa się tak na nich patrzy...




Inni nawiązywali bliskie przyjaźnie, domagając się czochrania. Małpce nie trzeba było dwa razy powtarzać.




Ja zachowałam dystans i wzorem innych z naszego wagonika, ustawiłam się do pamiątkowej fotki z małpiszonem, który powitał nas na Upper Rock jako pierwszy.




Te stwory, które uparcie nazywam małpiszonami, to magoty gibraltarskie. Jedyna wolno żyjąca ekipa małp w Europie! Liczy ok. 300 kudłatych łebków. Nieoficjalnie magoty uważane są za symbol Gibraltaru. Dba się tu o nie ogromnie, bo, jak głosi legenda, w chwili, gdy zniknie stąd ostatni magot, Brytyjczycy stracą panowanie nad Gibraltarem.





Wystarczy chwila nieuwagi, a cwane bestyjki władują się do samochodu. Mina pasażerów busa była bezcenna, gdy odkryli nowego towarzysza eksplorującego wnętrze pojazdu.





Na to, gdzie zostawia się jedzenie, także warto uważać. I to nie tylko dlatego, że można stracić prowiant, ale i z uwagi na mandaty nakładane na karmiących magoty. Przyjemność fundowania małpie posiłku może nas kosztować... cztery tysiące! Funtów, oczywiście.





Tyle o małpiszonach. Skupmy się na widokach. Choć Gibraltar mnie nie zauroczył (na dole było zbyt przytłaczająco, a gdy wędrowaliśmy na Europa Point, ilekroć tuż obok mnie przejeżdżał rozpędzony bus, przypominałam sobie, że wiele mam jeszcze do zobaczenia i nie chciałabym, by akurat Gibraltar był moim ostatnim co zarejestrują moje oczy), to trzeba przyznać, że miło było pogapić się na pocieszne magoty, a następnie na widoki rozpościerające się ze szczytu.










Ponieważ mogliśmy sobie pozwolić wyłącznie na Gibraltar w pigułce, nie zwiedziliśmy Jaskini St. Michael, podziemnych tuneli (Great Siege Tunnels) czy Zamku Maurów. Schodząc ze szczytu kierowaliśmy się na przylądek Europa Point, tylko trochę klucząc i klnąc na to, że na mapie droga wydawała się prostsza i krótsza.




Spacerując dotarliśmy do Słupów Herkulesa (Pillars of Hercules). Pomiędzy dwoma słupami (jeden symbolizuje Skałę Gibraltarską, drugi marokański szczyt Jebel Musa) rozpościera się mapa świata.




Im dalej od magotów, tym mniej turystów. Właściwie do celu dotarliśmy widując jedynie busy (na szczęście one także nas "widziały", choć momentami miałam wrażenie, że kierowcy mnie testują, sprawdzając, czy jak podjadą szybko, blisko i z zaskoczenia, to zachowam zimną krew, czy też sama skoczę w przepaść) i z rzadka jakiegoś zwiedzającego. Inni pewnie byli rozsądniejsi i wybrali autobus. My mieliśmy ładne widoki i ból w łydkach.




Dopiero w tych okolicach busy przestały szarżować i można było w pełni cieszyć się zwiedzaniem.




A oto i latarnia, do której tak uparłam się dotrzeć. Nie pytajcie dlaczego. Po prostu chciałam i już. 




Tu można było odetchnąć i po prostu wpatrywać się w morze. Tubylców niewielu, turystów jak na lekarstwo. Oprócz latarni znajduje się tu kościół Shrine of Our Lady Of Europe (pierwotnie mieścił się tu meczet).




Tuż obok, od niespełna dwóch dekad, stoi Meczet Ibrahima al-Ibrahima.




W 2013 roku postawiono pomnik poświęcony ofiarom katastrofy lotniczej z 1943 roku. Wśród 16 ofiar był generał Władysław Sikorski.





Z Europa Point można dostrzec wybrzeże Afryki.




Ponieważ odmówiłam powrotu pieszo (a poza tym ścigał nas czas, bo w Cómpecie byliśmy umówieni na ósmą), na Main Street wróciliśmy autobusem, a następnie zrobiliśmy sobie jeszcze jeden krótki spacer po okolicy.




Na moment zajrzeliśmy do Katedry Najświętszej Marii Panny Królowej (Cathedral of St Mary the Crowned), gdzie można znaleźć polskie akcenty - obraz z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej czy tablicę upamiętniającą generała Władysława Sikorskiego.







W końcu zrobiło się na tle późno, że trzeba było pomyśleć o powrocie. Skierowaliśmy się w stronę przejścia granicznego.






Dotarliśmy do przejścia, a tam... niespodzianka. Ogromnie liczyłam na to, że będziemy mieli okazję zobaczyć startujący bądź lądujący samolot. Udało się! Tuż przed nami zamknięto szlaban, stojących na pasie ludzi popędzono do wyjścia, a ja mogłam odhaczyć kolejny punkt na liście rzeczy, które chciałabym zobaczyć.




Przed nami była podróż do Cómpetya, a konkretnie pewnego hotelu, w którym oboje się zakochaliśmy, a który niestety we wrześniu ubiegłego roku przyjął ostatnich gości. M.in. nas. Cieszę się, że odkryliśmy to miejsce. Żałuję, że nie dane nam będzie tam wrócić.

Wsiadamy więc do samochodu i jedziemy w góry nim się ściemni. Bo są takie drogi, których lepiej nie przemierzać po zmroku. Ale czasami na ich końcach znajdują się wyjątkowe miejsca.


Zobacz też: 
*** PODRÓŻE *** 


20 komentarzy:

  1. Pięknie! Małpka najlepsza :D

    Buziaczki! ♥
    Zapraszam do nas 😍
    Świat oczami dwóch pokoleń

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze wolę przebywać w tych starszych częściach miast niż w nowoczesnych centrach. Mają tyle uroku ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt. Choć i w nowocześniejszych zakątkach można czasem wytropić coś ciekawego. :)

      Usuń
  3. My nie mieliśmy szczęścia (a może właśnie mieliśmy?) bo małp było akurat jak na lekarstwo, więc byłam trochę rozczarowana, bo byłam przygotowana na kurczowe trzymanie torebki i aparatu, a tu żadna małpa nawet nie zainteresowała się nami ;) Jechaliśmy busami i byłam szczerze zdumiona umiejętnościami kierowców, którzy z dużą prędkością mijali się na wąskich uliczkach. Niestety lądującego samolotu nie widziałam :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małpy to jednak duża atrakcja, więc cieszę się, że było ich sporo. Choć miałam też wątpliwą przyjemność widzieć je walczące między sobą. To już była mniej fajne. Na wszelki wypadek nawet kolczyki zdjęłam, bo miała dość długie, wiszące i błyszczące. :P

      A co do kierowców - widziałam ich szaleństwa od strony pieszego. O mamuniu...

      Usuń
  4. Widoki z góry i te małpiszonki... najbardziej mnie zauroczyły i zaciekawiły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małpki też były zaciekawione. Głównie tym komu mogą zwędzić coś do jedzenia. :P

      Usuń
  5. Generał Sikorski i jego córka..znamy tę historię, znamy.. Przepiękne widoki a małpki urocze! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małpki potrafią też być wredne. Ale fakt - prezentują się uroczo. :)

      Usuń
  6. Świetna fotorelacja. I tak niezwykle interesująco i wyczerpująco zaprezentowałaś Gibraltar, że prawie poczułam jakbym również tam była. A małpki są rewelacyjne. Udało Ci się sporo fajnych zdjęć im zrobić.
    Z przyjemnością oglądam i czytam te Twoje wpisy....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) Mam nadzieję, że w kolejnych wpisach także znajdziesz coś ciekawego.

      Zdjęć małp mam sporo, bo mogłabym je dłuuuuugo fotografować, ale w końcu mąż mnie pogonił. :P

      Usuń
  7. Ależ żałuję, że jak my tam byliśmy to nie powitała nas taka piękna pogoda! Widok cudny, my mieliśmy okropną mgłę :( Zdjęcia cudne. Nam się akurat udało wjechać na Gibraltar i zaparkować za darmo (darmowe parkingi w weekendy i święta) oraz ominąć korki, to się nazywa szczęście :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, faktycznie, mieliście szczęście. My byliśmy chyba w środku tygodnia. Nawet nie wiedziałam, że w weekendy są darmowe parkingi.

      A z tą mgłą faktycznie szkoda. Nam towarzyszyła w Tarifie.

      Usuń
  8. Zdjęcie małpiej rodzinki oraz małego małpiątka są urocze, ale nie udam im za grosz, ponieważ słyszałam już zbyt wiele historii o tych mieszkających na Gibraltarze. Nawet Ty napisałaś, że są wredne, więc wszystko się potwierdza :D Nie odwiedziłam jeszcze tego miejsca, ale bardzo bym chciała tam zawitać. Mam nadzieję, że kiedyś się uda!
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba na nie uważać, to fakt. Rozbestwiły się gamonie. O przypadkach ugryzienia słyszałam, ale u nas na szczęście obyło się bez ofiar. Trzeba tylko było pilnować swoich rzeczy. ;)

      Usuń
  9. Chcemy się tu wybrać za dwa dni "na magoty", dobrze wiedzieć, że trzeba zaparkować przed wjazdem :-)
    Świetne zdjęcia i wspaniałe opracowanie tematu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :)
      A Wam życzę udanego zwiedzania i sympatycznego spotkania z małpiszonami. :D

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...