wtorek, 20 października 2015

Jean Hatzfeld "Englebert z rwandyjskich wzgórz"
Ten, który przeżył

Jean Hatzfeld
Englebert z rwandyjskich wzgórz
Wyd. Czarne
2015
104 strony
Nyamata powoli budziła się z letargu, w jaki wtrąciły ją cztery tygodnie ludobójstwa - zostawiając po sobie pięćdziesiąt dwa tysiące trupów, leżących na ulicach i okolicznych wzgórzach. Miasteczko zmagało się ze swoją traumą. Ludzie próbowali uwolnić się od rozpaczy i wydobyć z nędzy, a także, na próżno, jakoś wypełnić pustkę. Wiele było osamotnionych dusz, snujących się po głównej ulicy, ocalałych Tutsi, załamanych i zszokowanych rzeziami, ogołoconych z wszystkiego oprócz własnych lęków, wystraszonych Hutu. Osoby rozbite czy porzucające własne parcele z obawy przed powracającymi, zrujnowane, zbyt słabe, by "kontynuować życie, skoro właśnie tak zadecydowało", jak stwierdziła pewna wieśniaczka. Engleberta odróżniały od innych energia z jaką niestrudzenie przemierzał miasteczko, i nienasycone pragnienie mówienia i picia[1].

Francuski reporter, korespondent wojenny i pisarz, Jean Hatzfeld, po raz kolejny powraca do tematyki rzezi w Rwandzie, do wojny domowej, która pochłonęła setki tysięcy istnień. W swoim najnowszym reportażu, Englebert z rwandyjskich wzgórz, oddaje głos zaledwie jednej osobie, Englebertowi Munyambonwa. Ten sześćdziesięciosześcioletni mężczyzna opowiada o swoich losach, o ludobójstwie, które odebrało mu wszystko prócz życia, o ucieczkach przed oprawcami, o wiecznym strachu, martwych ciałach, bezlitosnych ostrzach. Jego wspomnienia sięgają także okresu sprzed rzezi. Dzieciństwa, młodości, lat nauki, początków krótkiej kariery zawodowej, która nie miała szans się rozkręcić, ze względu na pochodzenie etniczne mężczyzny. Jako Tutsi wielokrotnie natrafił na przeszkody, które nie istniałyby dla niego, gdyby miał "szczęście" urodzić się jako Hutu.

6 kwietnia 1994 roku w zamachu zginął prezydent Juvénal Habyarimana wywodzący się z plemienia Hutu. Dało to początek rzezi trwającej prawie sto dni. Uzbrojeni w maczety Hutu nie mieli litości. Urządzali polowania na Tutsi, zapominają o dotychczasowych przyjaźniach i znajomościach. Nie zawsze cięli po to, by zabić od razu. Ich ofiary często godzinami cierpiały, wykrwawiając tam, gdzie dopadli je oprawcy.

Znana miłośnikom afrykańskich reportaży trylogia Jeana Hatzfelda przybliża koszmar tamtych dni. Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy, Sezon maczet i Strategia antylop pozwalają przyjrzeć się masakrze oczami zarówno Tutsi, jak i Hutu. Reporter wysłuchuje obydwu stron. Próbuje też odpowiedzieć na pytanie, jak mieszkańcy Rwandy żyją ze wspomnieniami tamtych dni. Czy powrót do codzienności jest możliwy? Czy da się tak po prostu żyć w miejscu, gdzie oprawcy i ofiary funkcjonują tuż obok siebie?

Gdy otworzyłam przesyłkę z Englebertem z rwandyjskich wzgórz, jęknęłam z rozczarowania. Najnowszy reportaż Jeana Hatzfelda to ledwie sto stron. Jednak, jak się okazuje, Francuz nawet w tak niewielkim formacie potrafi zawrzeć mocne treści, cały dramat tamtych wydarzeń. Sto stron wystarcza, by poruszyć, skłonić do refleksji. Książki reportera uhonorowanego Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego za wspomnianą Strategię antylop to lektury mocne, ciężkie emocjonalne i bardzo wartościowe, stanowiące świadectwo tego, do jakich okrucieństw może się posunąć człowiek.

Englebert z rwandyjskich wzgórz to doskonała literatura uzupełniająca poprzednie reportaże Hatzfelda. Sama w sobie jest mocna, zawiera ogrom smutku, ból straty, ale mam wrażenie, że najbardziej docenimy ją znając wcześniejsze opowieści Francuza o Rwandzie. Lektura powoduje pewien dysonans, z jednej strony format pozostawia niedosyt, z drugiej - zebranego materiału wystarcza aż nadto, by dać do myślenia.

Raz przeczytany reportaż Jeana Hatzfelda, zostaje w czytelniku na zawsze. Trudno bowiem wymazać z pamięci taki ogrom okrucieństwa, tak silne emocje. Nie inaczej jest z Englebertem z rwandyjskich wzgórz, książką zawierającą tylko jeden życiorys. Prawda jest jednak taka, że ta jedna historia jest historią wielu. Na przykładzie Munyambonwa widać wyraźnie, jak wielkie piętno odciska na człowieku rola ofiary niewyobrażalnego okrucieństwa. Inteligentny mężczyzna z ogromnymi możliwościami zawodowymi kurczy się do rozmiaru lokalnego dziwaka, gadatliwego, wałęsającego się po barach i kabaretach w poszukiwaniu rozmówców i butelek primusa.

Chodziłem po ulicach, rozmawiałem zwykle sam ze sobą albo napotkanymi ludźmi. Piłem wszystko, co i wpadło pod rękę, zwłaszcza piwo z sorgo, które prawie nic nie kosztuje. Ludobójstwo zmieniło mój sposób myślenia, tak że nie mogłem się już temu oprzeć. Nie miałem pieniędzy, nie miałem pracy ani poważania u ludzi. Sprzedałem blachy z rodzinnego domu, żeby mieć za co pić[2].

Jean Hatzfeld prawie nie zabiera w tej książce głosu. Oddaje go swemu bohaterowi, a ten - gawędziarz nieprzeciętny - korzysta z okazji i mówi, mówi, mówi. Inteligentny, wykształcony, elokwentny. Wywołuje uśmiech, bo mimo traumy jaką przeżył, ma w sobie tyle ciepła. Wzbudza sympatię. Przez to, a może dzięki temu, ta historia boli jeszcze bardziej. W końcu dotyczy niewinnych ludzi, których spotkała niewyobrażalna krzywda.

Gdy czujemy się trochę przybici historiami z czasów masakry, które prześladują ten region, Englebert ze swym kapryśnym humorem jest nieoceniony, także ze swoimi wybuchami złości, przewrotnością, przebłyskami radości czy uwagi[3].

Jeśli któregoś dnia będzie Wam dane spacerować ulicami Nyamaty, rozejrzyjcie się uważnie. On będzie zapewne w pobliżu, starszy mężczyzna, z którym można porozmawiać o krowach, Olympique Marsylia i... Baudelairze. Postawcie mu butelkę primusa, a opowie Wam niejedną historię.





***

Książkę polecam
miłośnikom reportaży
zainteresowanym tematyką rzezi w Rwandzie
poszukującym opowieści tych, którzy wymknęli się śmierci

***

[1] Jean Hatzfeld, Englebert z rwandyjskich wzgórz, przeł. Jacek Giszczak, Wyd. Czarne, 2015, s. 7.
[2] Tamże, s. 61.
[3] Tamże, s. 11.

12 komentarzy:

  1. Nie czytałam reportaży Jeana Hatzfelda, ale muszę nadrobić. To, co wydarzyło się w Rwandzie wciąż wzbudza wiele emocji. Moja wiedza na ten temat opiera się na obejrzanych filmach, a to za mało, więc muszę uzupełnić ją reportażem książkowym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam "Hotel Rwanda", "Strzelając do psów", "Czasem w kwietniu" i "Podać rękę diabłu". Coś jeszcze polecasz?

      Usuń
  2. Reportaży tego autora nie miałam okazji jeszcze czytać. Książka jak najbardziej dla mnie i wierzę, że autor na tych stu stronicach potrafił przekazać, to co istotne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie tak. A jeśli będzie Ci mało, to zawsze możesz sięgnąć po wcześniejsze reportaże. Są naprawdę dobre!

      Usuń
  3. Na temat owego ludobójstwa bardzo dużo dyskutowaliśmy na lekcjach geografii. Myślę, że te książki mogłyby obudzić we mnie wiele emocji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie mam praktycznie żadnego doświadczenia z reportażami i początkowo mnie ta książka nie przekonywała, ale po Twojej recenzji nabrałam ochoty na jej przeczytanie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może ten będzie dobry na początek, na oswojenie z gatunkiem? Jeśli tematyka Cię nie przeraża, to gorąco zachęcam. :)

      Usuń
  5. Książki wydawnictwa Czarne biorę zawsze w ciemno! Reportaże czytam niezwykle chętnie, historia Rwandy jest przerażająca, ale trzeba o niej pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powoli zamierzam powrócić do reportaży. W końcu nie samymi kryminałami i obyczajówkami żyje czytelnik. ;)

      Usuń
  6. „Dzisiaj narysujemy śmierć” Tochmana jest, jak sądzę, równie wstrząsające co książki Hatzfelda, a po lekturze tej książki nie mogłam do siebie dojść przez... dość długi okres czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tochman ma dodatkowo umiejętność pisania bardzo emocjonalnego. Krótko mówiąc, przy jego reportażach zwykle ryczę.

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...