wtorek, 12 września 2017

[10] Hiszpania 2016: Tarragona - część 1

zwiedzanie Hiszpanii
sierpień 2016


Barcelonę zawsze opuszczam niechętnie. To miasto ma w sobie jakąś magię, mimo zadeptania przez turystów (w którym także mam swój udział, więc powinnam ten wątek taktownie pominąć milczeniem).

Czas jednak było ruszać dalej, przesiąść się z komunikacji publicznej do samochodu i zobaczyć co tam na południe od stolicy Katalonii słychać.



Samochód wynajmowaliśmy na lotnisku El Prat, co wymagało sporej dawki cierpliwości. Kręciliśmy się tam dłuższą chwilę nim w końcu znaleźliśmy miejsce, skąd odjeżdżają busy do wypożyczalni. Swoje musieliśmy odczekać najpierw na przystanku, później już w punkcie odbioru. Wszystko to z bagażami, bo ja wciąż nie potrafię spakować się w sam podręczny. Z poranka zrobiło się południe, a we mnie zamiast hiszpańskiego luzu zaczęła kiełkować polska nerwowość. 

W końcu wpakowaliśmy się do samochodu (o którym dziś już pamiętam tylko tyle, że był czerwony, wygodny i spisał się na medal) i ruszyliśmy do Tarragony, która miała być krótkim przystankiem w drodze do Walencji, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg.




Tarragona leży na południe od Barcelony. Sto kilometrów i jesteśmy w centrum miasta.

Znaleźliśmy miejsce na podziemnym parkingu, a następnie zajrzeliśmy do punktu informacji turystycznej w poszukiwaniu mapy. Gdy my przyglądaliśmy się plątaninie uliczek i zastanawialiśmy dokąd wybrać się najpierw (głodni skłanialiśmy się raczej przy barze niż zabytkach), tuż obok polska rodzina debatowała nad wyborem pamiątkowego magnesu. Z kompleksem archeologicznym? A może katedrą? Kusiły też pamiątki z Barcelony, bo to następny przystanek, a tam przecież wszystko jest droższe. Może więc kupić tu i zaoszczędzić? Przecież nikt się nie zorientuje. Choć w Barcelonie pewnie będzie większy wybór. Trudna decyzja.


nie dało się zapomnieć, że wciąż jesteśmy w Katalonii


Nam podjęcie decyzji przyszło łatwiej. Ruszyliśmy na krótki spacer, jednocześnie szukając wzrokiem nie tylko architektonicznych perełek czy ciekawych murali, ale i potencjalnych spotów obiadowych.





Upał w porozumieniu z porą sjesty, pozamykał wiele bram, sklepów, barów i okiennic. W bocznych uliczkach było pusto, a napotykani po drodze ludzie okazywali się głównie turystami.





Najwięcej ludzi kłębiło się w historycznym centrum, w pobliżu katedry, na Carrer Mayor i Plaça Pla de la Seu. 

Katedra powstała w latach 1170-1331. Ta rozpiętość czasowa dała efekt w postaci pomieszania stylów, romańskiego i gotyckiego. Niegdyś w tym miejscu znajdowała się świątynia poświęcona cesarzowi Oktawianowi Augustowi. 

Zwiedzanie wnętrz jest płatne - odpuściliśmy je bez żalu, jako że w pewnym momencie zwiedzanie świątyń stało się dla nas dość... nudne. Po czasie nie umiałabym dopasować zdjęć wnętrz do obiektów i tylko te najbardziej wyjątkowe budowle pozostały w mojej pamięci (jak Sagrada Familia, katedra w Sewilli czy Mezquita w Kordobie). Tak więc podczas tej wycieczki architekturę sakralną oglądaliśmy raczej z zewnątrz niż wewnątrz.





Postanowiliśmy obejść świątynie krokiem marszowym, bo kiszki owego marsza nam już grały i znaleźć miejscówkę na obiad.








Nie szukaliśmy daleko, bo nie miało to sensu. Pora wciąż była obiadową wyłącznie dla turystów, gdyż sjesta trwała w najlepsze. Zacumowaliśmy na Plaça Pla de la Seu w jednym z nielicznych otwartych barów. Na stół wjechała paella i kalmary. Szału niestety nie było, ale udało się napełnić żołądki. Jednak stołowanie się tuż przy zabytkach nie jest dobrym rozwiązaniem. Lepiej szukać małych barów pełnych lokalsów, a posiłki planować w porze nieprzypadających na sjestę.


paella i kalmary oraz świeżo wyciskany sok pomarańczowy

trudne życie kierowcy - zamiast wina na stole pojawiła się cola

Plaça Pla de la Seu


tarragoński czworonóg


Między jednym a drugim kęsem zerkaliśmy na mapę. Tarragona nie oparła się wpływom rzymskim. Na Costa Dorada, którego jest stolicą, najpierw pojawili się Iberowie, następnie Kartagińczycy, a w III wieku Rzymianie. Ślady tych ostatnich widoczne są w wielu miejscach.




W Tarragonie mieści się muzeum archeologiczne (Museu Nacional Arqueologic de Tarragona), w którym można obejrzeć m.in. elementy architektoniczne z czasów rzymskich, rzeźby, mozaiki czy przedmioty codziennego użytku. My znów zadowoliliśmy się widokiem z zewnątrz, przedkładając spacer nad obcowanie z artefaktami.











Dotarliśmy nad morze. Wiatr psuł fryzurę, słońce grzało nieubłaganie, a widoki były przepiękne.






Tym, co przyciąga turystów jak magnes jest położony nad morzem Amfiteatr Rzymski. Uznaliśmy, że zwiedzanie go nie ma większego sensu (tak, to już trzecia taka decyzja tego dnia) - wystarczył nam wspaniały widok z góry.





Amfiteatr powstał w II w. Eliptyczny budynek mógł pomieścić nawet 15 tys. osób. Organizowano tu walki gladiatorów (dzień czy dwa po naszym pobycie miała się odbyć impreza z pokazem takich starć), walki z udziałem dzikich zwierząt, wyścigi, pokazy sportowe. Było to także miejsce tortur i egzekucji.







W pobliżu amfiteatru znajduje się niewielki park.


winorośl






Muszę przyznać, że gapić się na te widoki mogłam dłuuuuuugo i tylko chęć zobaczenia innej części miasta pognała mnie dalej.




8 komentarzy:

  1. Jak zawsze cudowne zdjęcia oddające klimat miejsc, którymi się zachwycasz :) Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Widać, że wiało! Piękne fotki, morze Ciebie wołało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wołało, oj, wołało. Aż żal, że nie mogliśmy zostać tam dłużej.

      Usuń
  3. Przepiękne zdjęcia :) Chciałabym tam pojechać :) Mam nadzieję, że kiedyś się uda :)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...