wtorek, 9 października 2018

Trzy razy Madryt, Toledo raz
- dzień drugi -



Jeść!

Tak, takie prozaiczne marzenie towarzyszyło mi o poranku podczas drugiego dnia mojego czterodniowego madryckiego tripu. W łóżku położonym między Muzeum Prado a Muzeum Królowej Zofii zamiast rozmyślać o sztuce przez wielkie "S", zastanawiałam się gdzie wszamać coś dobrego.





O dziwo, przy całym moim niezdecydowaniu, lokal wybieram bardzo szybko. I tak, oddalając się od centrum i mijając po drodze kolejne bary i kawiarnie, docieram do Pum Pum Café (Calle del Tribulete, 6, gdyby ktoś był ciekaw). Muszę przyznać, że bez wsparcia GPS-a pewnie nie trafiłabym tam wcale, bo od ulicy kawiarnia w ogóle nie rzuca się w oczy. 




Rozpędzam się więc nieco za bardzo i docieram za daleko, ale dzięki temu przed śniadaniem trafiam na taki uliczny widok, jaki w miastach uwielbiam. Street art. Później żałuję, że nie zdążyłam tam wrócić, bo myślę, że warto byłoby rozejrzeć się po okolicach.




Lokal jest niewielki, ale ma świetny klimat. Zamawiam espresso i tosta aguacate, czyli, jak się okazuje, dwie spore pajdy chleba ze świeżym awokado i migdałami. Pycha! Fajnym rozwiązaniem jest stojący tuż przy drzwiach dystrybutor z wodą (z miętą i limonkami), z którego spragnieni mogą skorzystać samoobsługowo. Do mojego skromnego espresso i mocno sycącego śniadania dołącza szklanka orzeźwiającej wody.






Moim celem tego dnia jest Muzeum Prado i tam też udaję się po śniadaniu. Na moment zaglądam na odkryty dzień wcześniej deptak Cuesta de Moyano. Tu, w pobliżu Dworca Atocha i Parku Retiro, mieści się raj dla miłośników książek, madrycka wersja paryskich bookinistów, tyle, że bez Sekwany w tle.




U szczytu deptaka spotykam grupę muzyków, którym sława pisana jest tak bardzo, że zostaję zobowiązana do uwiecznienia ich twarzy na zdjęciu, bym w przyszłości miała się czym chwalić. Chwalę się więc tu i teraz, a sympatycznym panom życzę, by ich pięciolinia poniosła wprost na aleję muzycznych gwiazd.




W ogóle, jest jakoś tak miło. Ludzie są sympatyczni i świat jakiś taki przyjazny. Przechodnie zagadują, uśmiechają się. Uśmiecham się więc i ja, nawet gdy nie zawsze rozumiem, co do mnie mówią. Można więc bluzgać na mnie do woli, byle z uśmiechem. Nie zorientuję się.

Muzeum Prado, jedno z największych muzeów na świecie, odcinkami stoi w renowacyjnym kubraku. Za plecami Velázqueza o posągowej minie rozciągała się siatka rusztowań. Nim wyskoczę z piętnastu eurasów, by oddać się zachwytowi nad sztuką, zaglądam do pobliskiego kościoła, San Jerónimo el Real, bez wątpienia urokliwej budowli powstałej na samiuśkim początku XVI wieku.




Stamtąd nogi niosą mnie już wprost do muzeum. Tam, ten sam zawód co dzień wcześniej, gdy byłam w Muzeum Królowej Zofii. Nie można robić zdjęć. Tym razem w ogóle. Nic a nic. Nie i już. Posłusznie zostawiam więc aparat w schowku i dziś mogę powiedzieć, że co widziałam to moje. Nieuchwycone na zdjęciach, ale budzące iskry zachwytu w oczach. Komu przyszło się zderzyć z niesamowitością Ogrodu rozkoszy ziemskich pędzla Hieronima Boscha, z pewnością zrozumie ten stan. Muzeum Prado mieści ogromne zbiory malarstwa, rzeźby, rysunków, grafik. Znajdziecie tu rzeźby rzymskie i greckie, malarstwo hiszpańskie, francuskie, flamandzkie, włoskie czy niemieckie.

Po chwili zapominam, że bez aparatu czuję się jak bez ręki. Ból fantomowy czasem daje o sobie znać, ale patrząc na świat bez pośrednictwa soczewki aparatu, widzę więcej, wyraźniej, mocniej.

Przemierzam kolejne sale. Tu czeka Mona Lisa autorstwa ucznia Leonarda da Vinci, tam realistyczne pejzaże Carlosa de Haes. Zachwytom nie ma końca.  Odkrywam twórczość Patinira, wpatruję się w detale obrazów Gisberta. Brudne buty, zakurzone spodnie. Koraliki na Los amantes de Teruel autorstwa Degraina sprawiają wrażenie, jakby miały się lada moment wytoczyć zza ram obrazu. Długo wpatruję się w 42 obrazy Villaamila przedstawiające architekturę hiszpańskich miast (głównie Sewilli i Toledo).

Goyę witam dość obojętnie, choć intrygują mnie obrazy z okresu black painting (np. Saturno). Przeżywam nie małe zaskoczenie na widok martwych natur pędzla Cotána. Aż chce się sięgnąć po złociste cytryny lub skosztować apetycznych winogron. 

W sali numer 18 jakaś pani maluje reprodukcję Florero de Cristal autorstwa Juana de Arellano. Przypatruję się jej przez moment nim dotrę na wyższe piętro, gdzie przyglądam się twarzom bohaterów praco Pietera Bruegla (starszego), zwierzętom uwiecznionym przez Fransa Snydersa i Paula de Vosa. W końcu docieram tam, gdzie w gablotach połyskują złote kielichy wysadzane kamieniami szlachetnymi.




Nasyciwszy oczy widokiem dzieł sztuki, ruszam do centrum, jak rasowa turystka odhaczając kolejne punkty z przewodnika. Mijam więc kolejno między innymi...

...Plaza de Cibeles z fontanną Kybelle, bogini płodności, za którą bieleją fasady Pałacu Komunikacji (Palacio de Comunincaciones) oraz Domu Ameryki (Casa de América)...




po lewej: Dom Ameryki, po prawej: Pałac Komunikacji

...siedzibę Banku Hiszpanii (Banco de España)...





...charakterystyczny biurowiec, czyli Budynek Metrópolis (niestety stopień rozrycia ulicy utrudnia mi fotografowanie tamtych rejonów, a natężenie hałasu mobilizuje kopytka do szybszego przeniesienia ciała z dala od jego źródeł)...




...powstały w latach 20' XX wieku budynek Banco Bilbao...





...Plaza Puerte del Sol z obowiązkowym selfie spotem, czyli z La Osa y El Madrileño - niedźwiadkiem sięgającym pyskiem do owoców drzewa poziomkowego (na tym placu znajduje się też m.in. pomnik Karola III, ale z jakiegoś powodu cieszy się on dużo mniejszym zainteresowaniem, mimo, iż daje większy cień)...








...Plaza Mayor, czyli serce miasta otoczone kamienicami, których podcienie skrywają restauracje (niestety i tu rosną rusztowania, zasłaniając najbardziej reprezentacyjny fragment zabudowań); będę przemykać tędy kilkakrotnie, stąd też zdjęcia podczas zachodu słońca...








...barokową Bazylikę św. Michała (Basílica de San Miguel) z XVIII wieku...




...Casa de Cisneros z XVI wieku...





...Iglesia del Sacramento...




...Park Emira Mohameda I...




...główną madrycką świątynię Catedral de la Almudena, czyli Katedrę La Almudena (zaskoczona odkrywam, że wstęp do niej jest bezpłatny - Barcelona nauczyła mnie, że to nie jest oczywiste - mknę więc do środka, by zobaczyć wnętrza budowli, która w planach była od XVI wieku, by ostatecznie proces narodzin rozpocząć w wieku XIX, a pełną gotowość ogłosić w... 1993 roku)...












...Pałac Królewski (Palacio Real de Madrid) z XVIII wieku, który miał przypominać paryski Luwr, ale ostatecznie wypadł nieco skromniej...









...Ogrody Sabatiniego (Jardines de Sabatini)...





...Teatr Królewski (Teatro Real)...





...Plac Hiszpański (Plaza de España) z kolejną porcją rusztowań, ale i pomnikiem Cerventesa oraz jego niezwykłego duetu bohaterów: Don Kichata i Sanso Pansy...






...najstarszy zabytek Madrytu (choć pojawił się tu... pod koniec XX wieku jako prezent od rządu Egiptu), Świątynię Debod, która o zmierzchu i pozbawiona wodnej otoczki, okazała się sporym rozczarowaniem i jedynie na czarno-białej fotografii wygląda jako tako...




Z punktu widokowego spoglądam na katedrę i pałac.





Gdy spaceruję uliczkami, moją uwagę przykuwają tabliczki z ich nazwami i detale fasad mijanych budynków.







Uśmiecham się na widok bibliofilskich miejsc.




Pragnienie gaszę w miejskich ujęciach wody (wersja niskobudżetowa) lub w zatłoczonej, bardzo popularnej cukierni La Mallorquina, gdzie pochłaniam pyszne granizados.




Uśmiecham się na widok asortymentu sklepu obuwniczego.




Klepię po pośladku pewnego jegomościa.




Rozmyślam nad burzliwymi kolejami losu.




Zamiast normalnego obiadu eksperymentalnie zamawiam frytki z karczocha (po pierwsze: nie idźcie tą drogą!, po drugie: pozdrowienia dla kolegi, który uznał, że mój posiłek wygląda jak nietoperz; nie dodał tylko, że nietoperz rażony piorunem).




Dobrze mi tu i teraz. Słońce zachodzi, a ja mam chwilę na górnolotne rozmyślanie o tym, jak dziwnie układa się czasami życie i jak te dziwności wiele nas uczą.





Wieczorem trafiam na Targ San Miguel (Mercado San Miguel). Powstał on sto lat temu, a niespełna dekadę temu po renowacji został ponownie oddany do użytku. Ze względu na dobre położenie (centrum miasta) jest on chętnie odwiedzany przez turystów. W środku panuje niezły tłok. Bywają takie momenty, że ciężko dopchać się do lady. Zwłaszcza tam, gdzie królują tapasy i wino.




Spaceruję alejkami robiąc przy tym zdjęcia kolejnych smakowitości, gdy zaczepia mnie jakiś lokals. Are you lost? - pyta. 
Yhm. 
Zaskoczenie staram się zamaskować obojętnością, a możliwe riposty kulturalnie ukryć pod krótkim no (dla ścisłości - jest to no anglojęzyczne, a nie polskie potwierdzenie). Zatrzymują mnie jednak kolejne pytania i sam pytający, zagradzając mi przejście. Skąd jestem i czy z Wielkiej Brytanii, czy nie napiję się wina i takie tam. Przywołuję na twarz najsympatyczniejszy uśmiech. Możliwie najsłodszym głosikiem najpierw po angielsku pytam, czy wyglądam jak ktoś kto się zgubił, a po hiszpańsku dodaję, że robię tu zdjęcia i szukam ciekawych obiektów, a on ciekawym obiektem nie jest.
Na reakcję nie czekam. Odwracam się na pięcie.
Ciekawe obiekty czekają.





Powoli wracam, ciemnymi, po hiszpańsku zatłoczonymi ulicami. Jest gwarnie, jest wesoło. Ciepły wieczór umila przechadzkę. Nikt mnie już nie zaczepia. Nim dotrę do mieszkania, kładę się na kamiennej ławce w pobliżu "mojej" kamienicy. Gapię się w niebo i przez kilka chwil nie śpieszę się donikąd. 

Na sąsiedniej ławce siada jakiś chłopak. Chwilę później leży z plecakiem pod głową. Wpatrujemy się w górę, każde w swój skrawek nieba. 

W mieszkaniu Giselle pyta jak mi minął dzień. Uśmiecham się szeroko zakochana w Hiszpanii po same końcówki włosów.

A jutro... Jutro czeka na mnie Toledo.


Ciąg dalszy...
...mam nadzieję niebawem.

14 komentarzy:

  1. Prawdziwa szczęściara z ciebie kochana. ♥️ 😘

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam w Madrycie kilkanaście lat temu. Z Twoich zdjęć kojarzę piękny budynek Metropolos, niedźwiadka i kilka innych rzeczy. Chętnie bym tam wróciła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też. :P Sporo jest jeszcze do zobaczenia.

      A po tylu latach powrót jest jak najbardziej wskazany. :)

      Usuń
  3. Piękne miasto! Zaskoczył mnie widok Parku Emira.
    A nachalność tubylców poznałam na swojej skórze. W Turcji nachalni sprzedawcy itp. ciągle do mnie mówili - dziewoczka, dziewuszka. W końcu nie wytrzymałam i wygarnęłam, że jestem kobietą. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madryt rzeczywiście jest piękny. :)

      A co do nachalności, to akurat w Hiszpanii nie ma z tym problemu. Ludzie są przesympatyczni, uśmiechnięci, otwarci, chętni do pomocy i do rozmowy, ale nie nachalni. Taki pojedynczy egzemplarz może się trafić wszędzie. W Hiszpanii, Polsce, gdziekolwiek.

      W Turcji nigdy nie byłam, ale z opowieści wiem, że w tamtych rejonach taka nachalność rzeczywiście jest upierdliwa.

      Usuń
    2. W Turcji - szczególnie w miejscach typowo turystycznych, a o krajach "arabskich" nie wspomnę. ;)

      Usuń
    3. Tam też mnie nie było i na razie nie mam takich wypadów w planach. ;)

      Usuń
  4. Przepiękne zdjęcia :) Zazdroszczę podziwiania tych wszystkich miejsc na żywo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. I mam nadzieję, że uda Wam się wybrać w równie piękne rejony i trochę odpocząć. :)

      Usuń
  5. Ładnie się to wszystko prezentuje :)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...