środa, 18 listopada 2015

[3] Andaluzyjska przygoda: Setenil de las Bodegas



No cóż, już drugiego dnia wycieczki stało się to, czego się obawiałam. Po prostu nie chciałam i nie potrafiłam ruszyć dalej! W Rondzie panowała atmosfera fiesty, a samo miasteczko okazało się bardzo przyjemnym miejscem. Chętnie pospacerowałabym po okolicy, dłużej posiedziała nad kanionem El Tajo, zwiedziła muzeum corridy, w jednej z licznych knajpek spróbowała zupy z migdałów. Niestety. Trudno zwiedzić rozległą Andaluzję spędzając większość czasu w pierwszej z odwiedzanych miejscowości. Uległam rozsądkowi (no dobra, głównie był to rozsądek męża i męża argumenty) i w końcu dałam się wpakować do samochodu.

Kierunek: Setenil de las Bodegas!




Dlaczego spośród wielu pueblos blancos wybraliśmy akurat to miasteczko? Powód był bardzo prosty. Setenil de las Bodegas położone jest bardzo malowniczo, w wąwozie, a wiele z tamtejszych domów jest... wkomponowanych w skały.




Pogoda była tego dnia niepewna. Słońce zaledwie nieśmiało wychylało się zza chmur. Czasami krople deszczu przyjemnie chłodziły skórę. Na szczęście większych opadów nie było. Samochód zostawiliśmy przy ulicy wlotowej do miasteczka (mając nadzieję, że pobocze, na którym postawiliśmy samochód nie należy do tych, które objęte są zakazem parkowania), nie chcą pakować się w wąskie uliczki. Spacerem ruszyliśmy w górę wąwozu, by móc spojrzeć na białe domy z góry.





Po drugiej stronie wąwozu widoczny był Kościół Najświętszej Marii Panny Od Wcielenia (Parroquia de Nuestra Señora de la Encarnación), jednak na wyprawę w jego stronę nie mieliśmy czasu, więc musieliśmy się zadowolić spojrzeniem z daleka. Znajdująca się po jego lewej stronie wieża to Wieża Hołdu (Torre del Homenaje), pozostałość po arabskim zamku.





Wracając, zrezygnowaliśmy z wygodnej, asfaltowej drogi, wkraczając między budynki. Droga w dół była miejscami bardzo stroma. Ludzi spotkaliśmy niewielu. Zdaje się, że trwała jeszcze siesta, co zdawały się potwierdzać śpiące na bruku koty. Na co dzień, mieszka tu ok. 3 tys. osób.






Na samym dole, czuję się nieco... przytłoczona. Wiszące nad głową skały sprawiają wrażenie opartych o dachy domów. Miałam wrażenie, że budynki lada moment mogą runąć pod ich ciężarem. Przez dłuższy czas towarzyszyło mi poczucie dyskomfortu (poniższe zdjęcie temu przeczy, więc musicie mi wierzyć na słowo).




Pierwsze wzmianki o mieście "półjaskiń" pochodzą z czasów arabskich. Chrześcijanie oblegali je wielokrotnie, sukces odnosząc w 1484 roku. Ponieważ w XV wieku tutejsi rolnicy założyli wiele winnic, do nazwy miasto dodano człon "de las Bodegas" (hiszp. winiarnie). Wino dojrzewało w korytarzach wykutych pod miasteczkiem. Niestety w XIX wieku Europę nawiedziła epidemia filoksery. Te wrogie winoroślom mszyce nie ominęły andaluzyjskiego pueblo.







W skały wbudowane są domy, kawiarnie i sklepy. W jednym ze sklepów kupiłam pamiątkowy magnesik, przy okazji rozglądając się w pomieszczeniu. Skalny sufit, skalne ściany, no i podłoga wyłożona kamiennymi płytkami. Naturalne jaskinie były wykorzystywane jako schronienie już w czasach prehistorycznych. Z czasem, tuż przy wlotach jaskiń, dobudowano fasady, które obecnie bielą odcinają się od skał.




Tuż przy jednej z restauracji stały beczki manzanilli, co  z miejsca przypomniało mi przygotowania do wyjazdu i się moje czerwcowe rozczarowanie. Manzanillę piła Carmen z opery Bizeta, a moja przygoda z tą operą niestety nie była udana.




Krótki był nasz pobyt w Setenil de las Bodegas, ale nie potrzebowaliśmy przebywać tam dłużej. Myślę, że to świetne miejsce dla tych, którzy cenią spokój i podczas urlopu przede wszystkim chcą odpocząć. Przed nami jednak prawie 200 kilometrów, bo jeszcze tego samego dnia planujemy znaleźć się w Granadzie. Deptakiem ruszyliśmy więc w kierunku samochodu, żegnani promieniami słońca, któremu znów udało się na moment wychylić zza chmur.




Ostatnim kadrem, jaki zapadł mi w pamięć po tej wizycie,była beczka z plakatem informującym o manifestacji przeciwko organizowaniu corridy, która planowana była następnego dnia w Rondzie. Jak widać, także i w Hiszpanii coraz głośniej mówi się o okrucieństwie tego typu rozrywki. 




Zapraszam Was na kolejny raport z wycieczki po Andaluzji, czyli pierwszą część spaceru po Granadzie, mieście, w którym padał deszcz, płynęły łzy, ale nie zmieniło to faktu, że to właśnie jemu oddałam serce. Wiem, że tam właśnie będę chciała wrócić.




27 komentarzy:

  1. Niesamowicie wyglądają te skały wiszące nad głową. Na pewno miałabym wrażenie, że świat chce mi runąć na głowę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie takie wrażenie miałam. :)

      Usuń
  2. Kurczę, pięknie wyglądają te domy, ale nie jestem przekonana, czy chciałabym mieszkać ze skałą nad głową;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niekoniecznie, ale chciałabym zobaczyć taki dom w środku.

      Usuń
  3. Ależ niesamowite widoki! Zazdroszczę takich wspomnień! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe miejsce. Inne niż wszystkie. :)

      Usuń
  4. Chciałabym to zobaczyć na własne oczy! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli wybierzesz się do Andaluzji, to na pewno warto to miejsce uwzględnić w planach.

      Usuń
  5. Ale klimatycznie! Aż zatęskniłam za wakacjami ;)
    Thievingbooks

    OdpowiedzUsuń
  6. Patrząc po zdjęciach to chyba było warto zobaczyć białe miasteczko :) Nie mogę się już doczekać wpisu o Granadzie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda tylko, że akurat tego dnia nie dopisała pogoda, ale miejsce bardzo fajne. No i grunt, że rozpadało się dopiero jak jechaliśmy do Granady.

      Usuń
  7. Genialnie wyglądają te domki wbudowane w skały, choć czasami wydaje się, jakby były tekturowe. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  9. Serdecznie dziękuję za wszystkie cenne informacje. Na pewno się przydadzą. Jeśli to nie problem to mam jeszcze ogromną prośbę i pytanie w sprawie wynajmu samochodu. W jakiej firmie wynajmowaliście i ile Was to kosztowało. W jakim terminie tam byliście?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mamy kart kredytowych, więc wynajmowaliśmy przez firmę pośredniczącą w wynajmie Indigo Car Hire. To jest akurat jedyna rzecz organizacyjna, którą zajmował się mąż, a nie ja i szczegółów nie znam, a on też już do końca nie pamięta ile wyszło. Bo coś płacił, coś oddawali, później przedłużaliśmy wynajem i nie wiem ile wyszło ostatecznie, ale mój mąż twierdzi, że cena była niezła, a że mieliśmy wykupione ubezpieczenie, totalnie nie musieliśmy się martwić o np. zarysowanie samochodu (co nam się przydarzyło, jak omyłkowo wjechaliśmy w ogromnie wąskie uliczki Granady).
      Cena zależy od różnych rzeczy, więc najlepiej po prostu do nich napisz: Rob.Selby@indigocarhire.co.uk

      Byliśmy od 4 do 14 września (powrót skoro świt).

      Jakbyś chciała coś jeszcze wiedzieć, to pisz. Może pomogę.

      Usuń
    2. Witam, mieszkalam kilka lat w Andaluzji i zajmowalam sie organizowaniem tak zwanych wycieczek fakultatywnych oraz wynajmem wakacyjnego zakwaterowania. Jesli masz jakies konkretne pytania, chetnie podpowiem. Mieszkalam w okolicach Malagi i jesli temat dotyczy jej okolic mam dobre rozeznanie. ewusia@mail.com

      Usuń
  10. Wooow! Mnie się to miasteczko podoba o wiele bardziej niż Ronda! Mega!!! Teraz to Ci pozazdrościłam :) Granady jestem bardzo ciekawa, zwłaszcza Allhambry :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Robi wrażenie, to fakt. Szkoda tylko, że pogoda była taka sobie. W pełnym słońcu, przy błękitnym niebie widok z góry musi być mega. :)

      Usuń
  11. Skały robią niesamowite wrażenie. Zresztą wszystkie kadry są zachwycające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :)
      Mnie się bardzo tam podobało. Wcześniej nie widziałam niczego podobnego.

      Usuń
  12. Wjeżdżamy do Setenil de las Bodegas. Uliczki są wąskie a nas coś opętało i wjechaliśmy do centrum. Lusterka boczne muszą być złożone, a mijani piesi, żeby przeżyć muszą przylepić się do ściany, ponieważ szerokość uliczki jest szerokością samochodu. Przerwa na kawkę i tapas. Naprzeciwko nas na mikroskopijnym placyku stoi ogromny znak informujący o zakazie parkowania i postoju i... spokojnie stoją 3 autka. Dochodzimy do rzeki Guadalporcún. To właśnie wzdłuż rzeki powstało to dziwne miasto. Normalnie ludzie drążyli dziury w ziemi i taktowali je jako schronienie, tu natomiast był gotowy dach tylko należało postawić ścianki działowe i można się wprowadzać. Obfotografowałam miejsce, po to żeby kiedyś było wiadomo, że to nie był sen wariata tylko naprawdę jest taka dziwna miejscowość. Przechodzimy przez rzekę, na tarasie skalnego domu stoi starsza pani, mieszkanka owego miejsca. Ona jest z pewnością ciekawa nas, a ja tupię nóżkami żeby choć jeden raz rzucić okiem na to, co jest wewnątrz. I los się uśmiechnął, a raczej pani się uśmiechnęła i zaprosiła mnie do środka.
    Dom jest piętrowy, szerokość pomieszczenia, do którego weszłam to około 3 metry, długość około 4 m. Nazywa się to salon, comedor lub pokój dzienny. Chociaż moim zdaniem to pokój nocny, ponieważ nie ma okna!!! Jedyny otwór to drzwi wejściowe, najczęściej – zamknięte!!! Z pokoju wchodzi się do malusieńkiej kucheneczki i łazienki. Do kucheneczki wpada słonko przez standardowej wielkośsci piwniczne okieneczko. Na górę prowadzą schody, pani powiedziała, że są tam dwie sypialnie. W domeczku obok miłej pani mieszka młody człowiek, który też zaprosił mnie do siebie i zobaczyłam tubylczą myśl techniczną. Ponieważ z góry czyli z dachu leci cały czas woda, zimą więcej, latem mniej, zastanowiło mnie czy mieszkania są wilgotne czy suche. Są suche. Na ścianie przylegającej do skały, czyli jakby na plecach domu znajdują się drzwiczki, po ich otwarciu okazało się, że za drzwiczkami jest trochę wolnej przestrzeni z przymocowaną do skały rurą, która odprowadza wodę na dół, może do rzeki. W każdym razie woda ciurka niezmiennie dzień i noc, przez cały rok.
    Początki osadnictwa sięgają czasów rzymskich, chociaż tak naprawdę archeolodzy doszukują się osadnictwa jaskiniowego bardzo popularnego w okolicach Rondy.
    Miasteczko liczy około 3 tys mieszkańców, z których znakomita część zamieszkuje domy takie jak nasza znajoma-nieznajoma.
    Pasaże pomiędzy uliczkami również są przykryte skałą, co sprawia wrażenie noszenia świata na głowie. Siadamy na chwilę przy jednym ze stolików w kawiarence na przybrzeżnej uliczce. Uliczka ma kamienny dach, na którym nawet ja zauważyłam rysunki naskalne, jakby węże. Wzdłuż całej ulicy stoją stoliki i krzesełka, miejsca nie ma a ruch samochodowy odbywa anormalnie. Czasem trzeba wciągnąć brzuch i wsunąć krzesło głęboko pod stolik, żeby zrobić miejsce dla jakiegoś Jeepa. Bywa że z rury wydechowej wyleci smrodek prosto do filiżanki z kawą, ot koloryt miejsca.
    Zamek z XII w, który góruje nad miastem, a raczej jego ruiny jest świadectwem, że mieszkali tu muzułmanie. Nazwa miasta sięga do historii mówiącej o siedmiokrotnej próbie odbicia miasta przez chrześcijan (septem nihil – siedem razy i nic) z rąk muzułmanów. Walki o miasto zaczęły się w 1407 roku a skończyły w 1487, kiedy królowie katoliccy Ferdynand i Izabela po dwutygodniowym oblężeniu miasta – zdobyli je. Legenda głosi, że zapłacili za to wysoką cenę ponieważ królowa poroniła. Na pamiątkę utraconego dziecka wybudowali Pustelnię San Sebastian. Sebastian, ponieważ takie imię chciano nadać chłopcu, gdyby się szczęśliwie urodził.  w 1501 roku miasto dostało się pod opiekę korony królewskiej i otrzymało przywileje takie jak Sewilla czyli zwolnienie szlachty, kleru i osób zasłużonych dla korony z płacenia podatków. Faktycznie utrzymującymi Koronę stali się robotnicy, rolnicy i rzemieślnicy.

    Setenil de las bodegas to miejsce niezwykłe, dla kogoś kto cierpi na klaustrofobię wizyta w miasteczku może być przeżyciem w rodzaju sportów ekstremalnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak wyczerpujący opis! No i zazdroszczę możliwości wejścia do skalnych domów. :)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...