poniedziałek, 20 maja 2019

Krzysztof Bochus - Lista Lucyfera
recenzja





Sam siebie nazwał Lucyferem. Ma listę ofiar i zamierza zabijać jedną po drugiej. Chce by było o nim głośno, więc dzwoni do pewnego dziennikarza. O jego potwornych zbrodniach ma usłyszeć jak najwięcej osób. Krzysztof Bochus w kryminale Lista Lucyfera, wypuszcza na ulice Gdańska niebezpiecznego mordercę. Czy uda się go złapać nim dotrze do końca swego paskudnego spisu?



Seryjny morderca z Gdańska



Do tej pory miałam okazję poznać wyimek twórczości Krzysztofa Bochusa w wydaniu retro, za sprawą Czarnego manuskryptu, pierwszego tomu serii z radcą kryminalnym Christianem Abellem. Tym razem dałam się przenieść do współczesnego Gdańska, gdzie seryjny morderca rozpoczyna swą paskudną zabawę w pana życia i śmierci.

Mechanizm działania mordercy fanom gatunku jest z pewnością znany. Psychopata morduje według sobie tylko znanego klucza (dla niego tożsamego z misją), miejscu zbrodni nadaje nieco teatralnego sznytu pragnąc stworzoną inscenizacją przekazać wiadomość) i stara się jednocześnie o dwie rzeczy. O to, żeby było o nim głośno, ale też, by jego tożsamość jak najdłużej pozostała ukryta. I tak, uprzedzając ewentualne pytania, w dzieciństwie znęcał się nad zwierzętami, a teraz zabrał się za ludzi.

Policja okopuje się oczywiście po drugiej stronie, chcąc czegoś zupełnie przeciwnego. Między nimi, a mordercą, znajdują się przedstawiciele mediów. Tym, zależy głównie na zwiększeniu nakładów czy oglądalności, bez względu na to, komu przy tym zaszkodzą. Choć... dziennikarz Adam Berg, do którego dzwoni morderca czyniąc go pośrednikiem między nim a światem, ma własny pomysł na to, jak rozegrać tę partię. Tylko czy wyjdzie mu to na zdrowie?


Wpisani w schemat



Od razu powiem: uczucia mam mieszane. Początkowo mocno raziła mnie sztampowość postaci. Inteligentny, okrutny psychopata, który z zabijania uczynił misję. Prowadzący sprawę podinspektor, z tradycyjnym bagażem literackiego śledczego w postaci alkoholizmu oraz traumy z przeszłości. Znacie to? Znacie. I choć nie mogłam powiedzieć, że fabuła mnie nie zaintrygowała, to pod nosem nuciłam sobie nie podnoszący ciśnienie temat ze Szczęk, a jeden fragment pięciolinii utworu Maryli Rodowicz. Ten, w którym śpiewa: ale to już było.

Dodatkowo miałam problem z kilkoma scenami. Ot, choćby czy policjant, który wielokrotnie współpracował z lekarzem sądowym i zna go jako wprawdzie antypatycznego, ale jednak świetnego fachowca, musi dopytywać się o uzasadnienie opinii tylko po to, żeby czytelnik mógł dostać krótki wykład na temat plam opadowych? Takich wstawek jest kilka (naczelnik z nadwagą i drzwi czy naczelny i widok z okna jego gabinetu). Autor każe zwrócić uwagę bohaterom na coś, co stanowi na tyle stały element ich codzienności, że normalnie przeszliby obok tego obojętnie, ale nie mogą, bo muszą coś przekazać czytelnikowi.

Tak, to są drobiazgi i być może nie warto się nad nimi pochylać, ale wydały się mi na tyle nielogiczne, że musiałam o nich wspomnieć.

I takie były moje początki z Listą Lucyfera. Trochę marudziłam. Na szczęście później było zdecydowanie lepiej.



Zbrodnia, sztuka i Gdańsk w tle




Tym, co ucieszyło mnie niezmiernie, było zgrabne wplecenie w fabułę wątków sztuki. Warto odnaleźć wspomniane w tekście obrazy, bo to wzbogaci wrażenia z lektury. Nawiązania do jednego z moich najukochańszych malarzy stopiło lód z mojego sceptycznego serca. O tak, Krzysztof Bochus rozegrał to cudnie. I w tym momencie zapomniałam o scenie z lekarzem sądowym. 

Zaskakujące było dla mnie zamknięcie ważnego wątku na długo przed finałem i umiejętne pokazanie, że to jednak nie koniec, że historia toczy się dalej. W tejże chwili z pamięci uleciały pozostałe sceny, na które wcześniej kręciłam nosem. Tak, to był niezły ruch.

Trochę w tym wszystkim zakulisowej pracy policjantów i dziennikarzy (choć cały czas mnie zastanawiało to, czy dziennikarz może odgrywać aż tak dużą rolę w oficjalnym śledztwie, wszak jest osobą postronną, cywilną). Trochę tu opowieści o zaginionych dziełach sztuki (które doczekają się kontynuacji w kolejnym tomie), sporo mroku, nieco retrospekcji związanych z wywożeniem dóbr kulturalnych po II wojnie światowej, a na deser mamy nieco Gdańska w tle.

Lista Lucyfera nie jest kryminałem bez wad, ale jeśli lubicie psychopatycznych morderców i motywy sztuki zgrabnie wplecione w kryminalną nić, to może warto dać się zabrać Krzysztofowi Bochusowi na gdańskie ulice? Zwłaszcza, że tę historię połyka się błyskawicznie.

Ktoś myśli, że mu dobrze tak jak jest i że ten stan jest mu dany na zawsze. "Nic bardziej mylnego" - uśmiechnął się do siebie w myślach. Wystarczy jeden cios brzytwą i wszystko się zmienia. W ułamku sekundy świat wywraca się do góry nogami. Nic już nie jest takie jak przedtem. Zarówno dla kata, jak i ofiary. Tak jak dla tego ludzkiego ścierwa, które leżało przed nim na podłodze.*



Krzysztof Bochus
Lista Lucyfera
Wyd. Skarpa Warszawska
2019
456 stron



*Krzysztof Bochus, Lista Lucyfera, Wyd. Skarpa Warszawska, 2019, s. 18.


Zobacz też:





11 komentarzy:

  1. Oj, Ja znów się powtarzam, ale teraz czytam lżejsze rzeczy. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry kryminał polskiego autora z Gdańskiem w tle? To mi się podoba, muszę przeczytać! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze się zastanowię nad lekturą tej książki. 😊

    OdpowiedzUsuń
  4. Na ten moment szukam po prostu czegoś lżejszego ;)

    Pozdrawiam,
    Lady Spark
    [kreatywna-alternatywa]

    OdpowiedzUsuń
  5. Książka zdecydowanie w moim guście.

    OdpowiedzUsuń
  6. Każda książka ma wady nie ma idealnej, powtarzających się historii też jest mnóstwo ale dużo zależy od tego jak jest opowiedziana. Wciśnięte trochę na siłę niektóre opisy jednych denerwują innym się podobają. Psychopatyczni mordercy są spoko :P i może jak mi książka wpadnie w ręce to przeczytam ale nie w najbliższym czasie.

    OdpowiedzUsuń
  7. U mnie ta pozycja jest na liście do przeczytania.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dlaczego to już było? Bo było już bardzo wiele, a przecież autorzy czerpią z innych źródeł. Według mnie stąd właśnie są podobne motywy, czy sceny 😉 A książka czeka na półce aż się do niej dobiorę

    Pozdrawiam
    https://subjektiv-buch.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Piszesz świetne recenzje i bardzo lubimy do Ciebie wracać. :) "Lista Lucyfera" to książka, którą dobrze odbiera się z powodu miejsca fabuły - skandynawskie miasteczka robią duże wrażenie, ale to współczesny Gdańsk jest znacznie lepiej znany polskim czytelnikom. Do tego sztuka, nieźle skrojona fabuła i mamy receptę na całkiem dobrą historię.

    OdpowiedzUsuń
  10. Współczesny Gdańsk i sztuka bardziej mi są znane z serii "Emil Żądło" Anny Klejzerowicz. Jestem na tak.

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Wszelkie obraźliwe komentarze oraz reklamy stron będą usuwane.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...