poniedziałek, 30 marca 2015

Lorrie Moore "Kora"
Podglądanie codzienności

Lorrie Moore
Kora
Wyd. Dom Wydawniczy PWN
2015
246 stron
Życie nie oznaczało gromadzenia jednej radości po drugiej. Można było co najwyżej mieć nadzieję na mniejszą ilość bólu, nadzieję rozgrywaną niczym karta przykrywająca inną kartę i odsłaniająca dobroć i litość na podobieństwo królów i królowych przy nieoczekiwanej zmianie passy. Karty można było trzymać osobiście lub nie - tak czy owak lądowały na stole. Czułość nie pojawiała się w życiu inaczej niż trafem szczęścia i nadwyrężona[1].

Niezbyt optymistyczny początek, ale i opowiadanie Odniesienia, z którego powyższy fragment pochodzi, nie jest fajerwerkiem radości, i zbiór, w którym można je znaleźć, choć ma w sobie iskierki wesołości, prezentuje obraz ludzi raczej udręczonych niż szczęśliwych, częściej samotnych i zagubionych niż pozostających w doskonałych relacjach z ludźmi i światem.

Lorrie Moore uważana jest za mistrzynię krótkiej formy. Przez trzy dekady prowadziła kursy kreatywnego pisania. Lubiana i nagradzana w Ameryce, polskim czytelnikom była do tej pory nieznana. Ma na koncie trzy powieści, książkę dla dzieci i pięć zbiorów opowiadań. Najnowszy z nich, Kora, jest jednocześnie debiutem autorki w polskich księgarniach. 

Zbiór Kora, to osiem opowiadań obyczajowych, w których Lorrie Moore udowadnia, że jest bystrą obserwatorką codzienności, kronikarzem życia, a przy tym potrafi umiejętnie przelać swoje spostrzeżenia na papier. 

Mam jednak z oceną tej publikacji niemały kłopot. Zwykle potrzebuję znacznie więcej niż kilkanaście stron, by przenieść się do opisywanej rzeczywistości. W opowiadania wgryźć mi się więc trudniej. Historie zebrane przez Amerykankę to wycinki zwykłej codzienności. Nie ma w nich mocnych scen, wielkich fajerwerków, czegoś, co chwyta za gardło i nie puszcza aż do kropki wieńczącej finalne zdanie. Zwykle nie dotyczą one problemów mi bliskich, co akurat ogromnie mnie cieszy, choć nie mam złudzeń, że za kilka czy kilkanaście lat, będę mogła powiedzieć, że myśli bohaterów w żaden sposób nie pokrywają się z moimi. Być może wtedy do Kory wrócę i bardziej ją docenię.

W prozie obyczajowej, zapisie codzienności, tkwi magnes podobnych doświadczeń, przemyśleń, sytuacji. Zbieżności postaci, miejsc, wariacji na temat życia. To on przyciąga czytelników, którzy w postawach bohaterów, w ich perypetiach, widzą własne życiorysy. Gdy ów magnes nie działa, ciężej jest wejść do opisywanego świata. Kora będzie tym bliższa czytelnikowi, im większym lustrem się dla niego stanie, im więcej odbije jego własnych przeżyć. Zebrane w ramach zbioru teksty, dotyczą przede wszystkim ludzi w średnim wieku obarczonych ciężarem doświadczeń, wieloletnich, niezbyt udanych związków, po których nachodzą niewesołe refleksje. Trzeba jednak podkreślić, że i młodsi od bohaterów czytelnicy mogą odnaleźć w tekstach swoje wspomnienia i emocje. Bywa, że trzydziestolatek więcej w życiu doświadczył, niż ludzie wiele od niego starsi. 

Lorrie Moore pisze o ludziach zagubionych, nękanych wyrzutami sumienia, nieszczęśliwych, tkwiących w związkach niesatysfakcjonujących, pełnych rozczarowań, pretensji, zawiedzionych nadziei lub borykających się z samotnością, szukających sposobu na jej pokonanie, łapiących się brzytew i desperacko szukających towarzystwa, skupiających się na kołach ratunkowych przybierających różną postać. Byle nie zwariować, nie pójść na dno. 

Ot, choćby bohater otwierającego Korę opowiadania Wysiadka, samotny, ale rozpaczliwie się przed ową samotnością broniący, na siłę szuka towarzyszki, mimo, że rozsądek podpowiada mu, że nie tędy droga, że pod tym adresem mieszka zwariowana kobieta pozostająca w dość osobliwych relacjach z nastoletnim synem, a nie partnerka oferująca ciepło i wsparcie, jakiego ów bohater potrzebuje. 

Ot, choćby bohaterka Straty czasu, zaskoczona przez męża i pocztę kopertą z papierami rozwodowymi, mimo wszystko postanawia z małżonkiem wyjechać na ostatni urlop. Czy może to być udany wyjazd? Nie bardzo. A jednak kobieta decyduje się na wyjazd, jakby wierzyła, że nie wszystko jeszcze stracone.

Oprócz siniaków serwowanych przez życie, bohaterów łączy także to, że wciąż się nie poddają, walczą, szukają, nie zamykają się w czterech ścianach własnych domów i ograniczeń. Wielu dotyka kryzys wieku średniego, ale na ów stan nie ma w nich zgody. Zawody miłosne nie są jedynym tematem opowiadań Amerykanki. Znajdzie się tu co nieco o pogoni za pieniędzmi, o bliskich, którzy odeszli na zawsze, a którym nie poświęciło się tyle czasu, ile powinno. Są różne postawy wobec życia i siebie nawzajem. W całość autorka wplata nieco polityki, społecznego zaangażowania. Jej bohaterowie nie zamykają się na otaczający ich świat.

Choć często opisywane przez Lorrie Moore sytuacje nie były mi bliskie, trudno mi nie docenić jej pisarskich umiejętności. Te w połączeniu ze spostrzegawczością dają efekt w postaci naprawdę ciekawych i trafnych opisów, pełnych kolokwializmów, ale i interesujących porównań. Obrazowych, zabawnych, dających do myślenia. 

Po kilku miesiącach w sali sądowej, gdzie odkryła, że właścicielem jej małżeństwa było państwo i że państwo może jej cofnąć ślub niczym franczyzę na sprzedaż smażonych kurczaków, którą spartaczyła, i nawet zakazać wstąpienia w kolejny związek małżeński przez pół roku, z podtekstem, by zechciała się trzymać z dala od drobiu znacznie dłużej, przed zmechanizowanym sędzią w zmechaconej todze oraz stenotypistką cierpiącą na tik częstego mrugania powiekami, co być może miało odwieść żony od płaczu, musiała przyznać, że "doszło do nieodwracalnego rozkładu pożycia"[2] - czytamy we wspomnianej wcześniej Stracie czasu.

Odkurzane sekrety jego tajnej pracy fascynowały ją i paraliżowały niczym wolno gotująca się woda żabę, która fatalnie dla siebie przywyka do zmieniającej się stopniowo temperatury[3] - pisze Larrie Moore o bohaterce opowiadania Rewizja, zgrabnym porównaniem pokazując, jak delikatne zmiany potrafią uśpić naszą czujność, a pobudka staje się szokiem przeżywanym zbyt późno, by odwrócić bieg zdarzeń lub choćby powstrzymać bolesny finał.

Podglądanie codzienności jest zarazem nudne i fascynujące, a sam zbiór trudno mi zarówno polecać jak i odradzać. Z jednej strony zachwyca celność spostrzeżeń i styl pisarki, z drugiej, nie czuję się adresatem większości tekstów, przez co słabiej je odbieram emocjonalnie. To książka idealna dla tych, którzy cenią prozę życiową, prawdziwą, bez upiększonych kadrów. 

Kora Larrie Moore to literatura refleksyjna, często przygnębiająca, niekiedy zabawna, pełna trafnych sformułowań, skierowana do tych czytelników mających już pewien bagaż życiowych doświadczeń. Wiedzących, z jak wielu złudzeń utkane jest życie.



***

Książkę polecam
miłośnikom opowiadań
wielbicielom prozy obyczajowym
ciekawym obserwacjom życia zwykłych ludzi
ceniących dopracowany język i styl

***

[1] Lorrie Moore, Kora, przeł. Urszula Gardner, Wyd. PWN, 2015, s. 197-198.
[2] Tamże, s. 92.
[3] Tamże, s. 207.

***

egzemplarz recenzencki

19 komentarzy:

  1. Chyba nie odnajdę się w tym zbiorze, nie przekonują mnie opowiadania a i ich temat raczej nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem czy przeczytam, choć czasami opowiadania potrafią być naprawdę niezłe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opowiadania to trudna forma. Sama częściej trafiałam na słabe i przez to niezbyt często po nie sięgam. Nawet mój ukochany Murakami czasem mnie zawodzi w któtszych tekstach. ;)

      Usuń
  3. Nie znam twórczości autorki, ale chętnie poznam, lubię literaturę obyczajową skupiającą się na życiu i dylematach zwykłych ludzi. Dodaje do swojej listy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Również mam problem z "wgryzieniem" się w opowiadania, dlatego rzadko je czytam. Jednak, dałbym szanse tej pozycji, bowiem zaintrygowała mnie celność spostrzeżeń. Myślę, że mógłbym wyłuskać wiele refleksji z tych opowiadań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem możliwie. Autorka ma "dobre oko".

      Usuń
  5. Lubię krótkie formy, więc może i po ten zbiór bym sięgnęła, chociaż z drugiej strony o codziennym życiu czytałam póki co tylko u Munro, a i ona specyficznie pisze. Refleksyjnie, bez pośpiechu. Raczej do delektowania się niźli zwyczajowego czytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Munro znam z jednej powieści i póki co, nie mam ochoty na więcej. Ale na pewno za jakiś czas sięgnę po którąś z jej książek. A nuż tym razem uda mi się docenić Noblistkę?

      Usuń
  6. Pięknie Ci ta recenzja wyszła :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ostatnio często czytam opowiadania. Chyba i po te w końcu sięgnę. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Opowiadanie to moja ulubiona forma literacka. Z pewnością sięgnę po tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  9. O! To może być ciekawa lektura!

    OdpowiedzUsuń
  10. Takie subtelne opowiadania o zwykłym życiu to chyba amerykańska specjalność. Kiedyś zachwyciły mnie opowiadania Carvera. Czy u nas ktoś tak pisze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety na to pytanie Ci nie odpowiem. Carvera nie miałam okazji czytać.

      Usuń
  11. Bardzo lubię takie opowieści, więc myślę, że to idealna lektura dla mnie. Czytanie o dawnym życiu, błędach, refleksjach, problemach jest smutne i nostalgiczne, ale ja potrzebuję takich lektur :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też częściej sięgam po takie książki, niż lekkie czytadła.

      Usuń
  12. Słyszałam już o tej książce i mam na nią wielką ochotę. Bardzo lubię ten typ!

    OdpowiedzUsuń
  13. Myślę, że książka mogłaby mi się spodobać ;) Chętnie po nią sięgnę ;)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...