niedziela, 10 lutego 2019

[23] Hiszpania 2016: Saragossa




Początek w Saragossie był trudny. Pokonawszy piękną, ale długą trasę z Murcji, na miejsce dotarliśmy już po zmroku. Przemieszczanie się jednokierunkowymi ulicami do przyjemności nie należy, a nas dopadło dodatkowe utrudnienie. Akurat tego wieczoru odbywała się jakaś parada i wiele ulic było z ruchu wyłączonych. Niby policja nakierowała nas na cel, ale nie do końca. No i znalezienie miejsca parkingowego graniczyło z cudem.

---> ZOBACZ TEŻ: W DRODZE DO SARAGOSSY


Jako człowiek niecierpliwy tym bardziej im bardziej zmęczony, klęłam z tego zmęczenia jak opętana. Jedyne, co mnie pocieszało to fakt, że nasz hotel miał mieć dla nas zagwarantowane miejsce parkingowe. Zbliżywszy się w końcu do celu (wokół którego krążyliśmy dłuuuugo), na chwilę, na "nielegalu" postawiliśmy samochód, chcąc się szybko zameldować w Hotel Paris Centro, uzyskać dostęp do parkingu i dopiero później myśleć o bagażach, jedzeniu i wypoczynku (w tej właśnie kolejności).

Czekała nas jednak niemiła niespodzianka. Przyjechaliśmy na tyle późno, że nasze miejsce przypadło komuś innemu. Kłótnie nic nie dały, a co więcej, pani z recepcji nie mogła nam zagwarantować miejsca nawet następnego dnia. Witki opadły.

Wzięliśmy się jednak w garść, samochód udało się przeparkować, zainstalowaliśmy się w pokoju. 

Sam hotel jest fantastycznie położony. Ścisłe centrum, wszędzie blisko. Cenowo nieźle, a wewnątrz... Tego się opisać nie da. Wzory, kolory, złocenia, obrazy, fura bibelotów i kicz w najczystszym wydaniu. Ma to jednak swój specyficzny urok.





Śniadanie mieliśmy w cenie. Ot, szwedzki stół. Bez szału, ale głodni nie wychodziliśmy. Jako baza wypadowa Hotel Paris Centro sprawdził się znakomicie.

Sama stolica Aragonii od razu podbiła moje serce. Na widok bazyliki (Catedral-basílica de Nuestra Señora del Pilar de Zaragoza) po prostu jęknęłam z zachwytu, murale tropiliśmy wytrwale, uliczki zachwycały na każdym kroku, mieszkańcy okazali się przesympatyczni. Sami nas zaczepiali wskazując dokąd najlepiej się udać w poszukiwaniu street artu. Przechadzający się nieśpiesznie starszy pan (były fotograf, który zdjęcia robił z lotu ptaka), by opowiedzieć nam o pewnym kościele uruchomił wszelkie kończyny i uprościł swój hiszpański do tego poziomu, który pozwolił nam co nieco zrozumieć. Cóż... Było to w czasach, kiedy po hiszpańsku znałam ledwie kilka słów, z czego większość dotyczyła jedzenia, a nie architektury. Przypadkiem trafiliśmy do kawiarni, którą później oglądaliśmy przy okazji seansu Nuestros Amantes, sprawdziliśmy jak smakuje horchata, zwiedziliśmy Alijaferię (pałac mauretański z XI wieku), pogadaliśmy z kocimi mieszkańcami, wybraliśmy się na długi spacer nad rzeką Ebro i nie daliśmy się pokonać kosmicznemu upałowi.

Miasto okazało się absolutnie przepiękne za dnia i równie cudne nocą, kiedy to gwałtownie ożywa, knajpki pękają w szwach, a ukojenia po spacerze w ponad czterdziestostopniowym upale można szukać już nie tylko w fontannie. 

Jeden dzień to na Saragossę zdecydowanie za mało. Serce wyrywa się do powrotu i mam nadzieję, że wrócić się tam uda.




Bazylika



Gdybym miała użyć jednego słowa na opisanie bazyliki (Catedral-basílica de Nuestra Señora del Pilar de Zaragoza) byłoby to słowo: imponująca. 

Jak głoszą Internety, to największa barokowa świątynia w Hiszpanii. Ja mogę tylko dodać, że żeby zmieściło mi się w kadrze jej 130 metrów długości, musiałam przejść na drugą stronę rzeki.

Tu, gdzie obecnie stoi ów niesamowity kolos, kiedyś mieściła się mała kaplica. W 1118 roku wzniesiono tu kościół romański, który w XV spłonął. Odbudowano go już w innym stylu (gotyk + mudéjar, gdyby ktoś był ciekaw), a obecną formę zawdzięcza rozbudowie  z lat 1681 - 1754. Wnętrza, których niestety fotografować nie wolno, są równie imponujące. Znajdziecie tam m.in. freski Anioły adorujące Imię Boże i Matkę Boską Królową Męczenników Francisco Goi.

Na plac przed katedrą trafialiśmy wielokrotnie, a wieczorem chłodziliśmy się w fontannie odpoczywając po całodziennej wędrówce.

















Nad rzeką Ebro



Uwielbiam spacery nad rzeką, więc niezabetonowane brzegi Ebro przyciągnęły mnie jak magnes. Nadziwić się nie mogłam, że jestem w centrum sporego miasta, a tymczasem w wielu miejscach nad rzeką było zwyczajnie dziko. Znad rzeki i z łączących brzegi mostów, jest wspaniały widok na katedrę, co mogliście zobaczyć na wcześniejszych zdjęciach.














Wsiąść na osiołka, czyli kilka rzeźb



Podczas spaceru uwagę przykuwały błyszczące w słońcu i słońcem rozgrzane rzeźby z brązu. Kolejni turyści pstrykali sobie zdjęcia m.in. przy (lub na) Caballito, koniku mierzącym nieco ponad metr wysokości.









Wąskie uliczki



Wąskie uliczki to właśnie to, za co uwielbiam hiszpańskie miasta i miasteczka. W ciągu upalnego dnia snuli się nimi głównie turyści (a i to niezbyt licznie), w czasie sjesty było niemal pusto, za to wieczorami - tętniły życiem.













Spacerując po centrum


Pewnie gdybym podróżowała po mieście z nosem w przewodniku, umiałabym nazwać wszystkie mijane budynki. Od jakiegoś czasu - nie czuję potrzeby nazywania wszystkiego i odhaczania na liście kolejnych turystycznych spotów. Wybaczcie więc, że kolejne zdjęcia nie są podpisane, że po prostu dzielę się z Wami tym, co z różnych powodów przykuło moją uwagę, bez względu na to, gdzie w hierarchii turystycznej istotności się znajduje. 

Większość tych zdjęć powstała w okolicach katedry. Wierzę, że i bez podpisów sprawią, że coś w Was drgnie i będziecie chcieli to miasto zobaczyć na własne oczy. Burzliwe dzieje Saragossy zaowocowały mieszanką stylów. Znajdziecie tu zarówno ruiny rzymskie, jak i ślady mauretańskie, gotyckie czy renesansowe.






















Tu spotykali się bohaterowie Nuestros amantes.

horchata

widok z budynku, w którym mieści się informacja turystyczna


















Kocia strefa



Saragossa kocha koty! Powstała dla nich specjalna strefa, czy to nie piękny pomysł?








Saragossa nocą


Gdy zaglądaliśmy do knajpek koło 20, to albo nie było gdzie zaglądać, bo spuszczone rolety oznaczały zawziętą zamkniętość na klientów, albo wnętrza zionęły pustką. Godzinę później coś zaczęło się dziać. Dwie godziny później znalezienie miejsca (że o stoliku nie wspomnę) w wielu knajpach graniczyło z cudem.

Ot, Hiszpania.













Coś na ząb



Kolejny raz sprawdziła się metoda zaglądania do małych knajpek opanowanych przez lokalsów. 

Wieczorem za pierwszym razem trafiliśmy źle. Ogromna przestrzeń, mnóstwo ludzi, jedzenie bez szału, ceny dość wysokie. Rozczarowani zjedliśmy nijaki sernik na zimno i ser z karmelem oraz orzechami. Czmychnęliśmy pośpiesznie, tym razem zaglądając do lokalu, który z zewnątrz niczym się nie wyróżniał, za to miał cudownie uprzejmego barmana z bardzo rozwiniętą tolerancją do człowieka dukającego coś pod nosem w języku, który tylko jemu wydawał się hiszpański. Był ser, było wino, był uśmiech od ucha do ucha. Zamiast stołów i obrusów - konsumpcja na stojąco przy beczce.

Natomiast w dzień w końcu spróbowałam jak smakuje horchata de chufa, słodkawy napój charakterystyczny dla Hiszpanii (głównie wschodniej), który powstaje  z cibory jadalnej. Tak, mnie też ta nazwa nic nie mówi, a fanką horchaty raczej nie zostanę. 


sernik na zimno

horchata




Jak mam ser i wino, to mogę prawie wszystko.

Bo bardzo chciała mieć fotę z winem przy beczce.

Tu jest bardzo miło i można pomiziać Mikołaja w stopę w środku lata.


Hotel Paris Centro



A na koniec... fotki z hotelu, czyli wizja szalonego architekta wnętrz wcielona w życie.














¡Hasta la vista! W następnym odcinku pędzimy do Alijaferii.



Zobacz też: 
*** PODRÓŻE *** 




12 komentarzy:

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Wszelkie obraźliwe komentarze oraz reklamy stron będą usuwane.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...