sobota, 2 grudnia 2017

[12] Hiszpania 2016: Walencja [część 1]



Zwiedzanie niektórych regionów Hiszpanii w sierpniu to niekoniecznie najlepszy pomysł. Miasta skąpane w ponad czterdziestostopniowym upale tracą swój urok. Fotografie nie mają klimatu, a poszukiwanie cienia staje się celem nadrzędnym, spacery ulicami i fotografowanie zabytków spychając na dalszy plan.

Patrzę na zdjęcia z Walencji i tak sobie myślę, że to właśnie upał sprawił, że daleka byłam od zachwytów, gdy wędrując po centrum mijałam kolejne miejsca oznaczone na planie miasta jako te, na które turysta winien zwrócić uwagę.


Nocowaliśmy nie tak blisko centrum, jakbyśmy chcieli, ale walenckie metro wiozło nas tam, gdzie potrzebowaliśmy: do centrum, a u schyłku dnia - z plaży niemal pod hostalem. Hostal Residencial RR oferował ferię barw, typowo hostelowe śniadania, bezpłatne wifi i możliwość bezpłatnego zaparkowania na ulicy, co w Hiszpanii jest dużym plusem, bo niejednokrotnie przekonaliśmy się, jak zabójcze potrafią być ceny parkingów.






Jako się rzekło, do metra było blisko, więc ubawieni grafiką zdobiącą bilety, właśnie nim przemieszczaliśmy się po mieście w czasie naszego jednodniowego postoju.





Walencja to takie miasto, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. I miłośnik aktywnego spędzania czasu, i wielbiciel smażenia się na plaży. Są miejsca dla koneserów sztuki czy architektury oraz dla tych, których przyciąga street art. Można godzinami snuć się od kościoła do kościoła (a w katedrze zobaczyć... Świętego Graala) lub utknąć na jeszcze dłużej w Mieście Sztuki i Nauki. Fani sportu zapewne zainteresują się tym, co związane z Valencia CF, a ci, którzy lubią atmosferę hiszpańskich fiest. powinni zjawić się w mieście w marcu, kiedy to podczas Las Fallas Walencja nie śpi przez kilka dni, bawi się, prezentuje rzeźby z łatwopalnych materiałów, co nie jest bez znaczenia, jako że w finale fiesty rzeźby zmieniają się w pochodnie.

Jeden dzień na Walencję to za mało. Jeden dzień w Walencji w środku upalnego sierpnia to misja dość samobójcza nawet dla takiej miłośniczki ciepła jak ja. Widzieliśmy więc mało. Wystarczająco jednak, by uznać, że warto tu wrócić. 

Zapraszam Was na pierwszą część spaceru. Załóżcie czapki z daszkiem, przewiewne ciuchy i weźcie ze sobą sporo wody.



Przewodnik po Polsce, a na okładce... śnieg.

Wspomniana fiesta (muszę. muszę wziąć w niej kiedyś udział!) zaczyna się na Plaza de Ayuntamiento, czyli placu w centrum miasta, nad którym góruje budynek ratusza




Zamiast ruszyć w stronę katedry, poszliśmy w zupełnie innym kierunku i nagle okazało się, że można zakochać się w... dworcu kolejowym. Ten w Walencji jest niesamowity.




Budynek dworca powstał na początku XX wieku. València Norte z zewnątrz prezentuje się interesująco, ale wielkiego wrażenia nie robi. Za to w środku... Muszę przyznać, że szczęka opadła mi na podłogę, a dźwięk długo odbijał się echem od niesamowicie ozdobionych ścian, sufitów, kolumn.






Tuż obok mieści się powstała w połowie XX wieku arena walki byków (Plaza de toros de Valencia), której fasada nasuwa skojarzenie z rzymskim Koloseum. Podobno to jeden z najpiękniejszych obiektów tego typu w Hiszpanii (w tym momencie pewnie skrzywią się wszyscy przeciwnicy corridy, bo rzeczywiście - piękno takich miejsc jest dyskusyjne, nawet gdy ma się na myśli jedynie architekturę). Wewnątrz mieści się Muzeum Walki Byków, a sam obiekt może pomieścić ok 12 tys. widzów.





Z Walencji pochodził Manolo Montoliu, którego pomnik stoi przed areną. Zainteresowanie corridą przyszło mu naturalnie. Jego ojciec był pikadorem (takim typem co to jeździ na koniu i dźga piką byka), a on sam jako banderillero występował w roli tego, który drażni byka muletą (charakterystyczną czerwoną kapą) i rani zwierzę krótkimi włóczniami owiniętymi kolorowym papierem (zwanymi banderillami). Manolo jest jedną z ofiar corridy. Zginął w walce z bykiem w wieku 38 lat na arenie w Sewilli. Rana w klatce piersiowej okazała się śmiertelna.




Niby z planem w ręce, ale trochę bardziej bez. Po prostu wędrowaliśmy ulicami miasta prowadząc nierówną walkę z palącym słońcem i próbując skupić się na architekturze mijanych budynków.






Gdy trafialiśmy w takie miejsce jak to, nie chciało się go opuszczać. Cień, oprócz wody, był tego dnia najbardziej pożądany.




Do katedry w Walencji, czyli budynku, który chyba powinien być naszym głównym celem, ledwie się zbliżyliśmy, zostawiając ją na jakieś bliżej nieokreślone później.




Zamiast niej, wybraliśmy wspinaczkę na wieżę i podziwianie katedry z góry.







Spojrzawszy na miasto z góry (jak ja nie cierpię widoków zza siatki! - na zdjęciach tego nie widać, ale ona tam była i psuła wrażenia) ruszyliśmy dalej zgodnie z zasadą "tam, gdzie nogi poniosą, a oczy dojrzą coś ciekawego).







Dotarliśmy na okrągły plac (Plaza Redondo), który widzieliśmy z wieży. powstał on w 1890 roku. Można tu wpaść na zakupy i wyżerkę.










Nogi poniosły nas do Mercado Central, targu, które kusi ok. 300 stoiskami. To takie miejsce, w którym zmysły szaleją, a przy tym jedno z najstarszych targów w Europie funkcjonujących do dziś (budowę zakończono w 1928 roku). Można stamtąd wrócić z pachnącymi cytrusami, oliwkami, serami czy owocami morza, których wybór jest ogromny, albo zarzucić sobie na ramię kilka kilo świńskiej nogi, czyli pysznej szynki serrano. My zaopatrzyliśmy się w soki i magnesik z nietoperkiem (to zwierzątko znajduje się w herbie miasta). W taki upał nawet nie chciało nam się jeść, choć na miejscu można kupić nie tylko półprodukty, ale i zjeść świeżo przygotowany obiad bądź przekąski.








Sok był pyszny, upał nie mniejszy, ale zyskawszy odrobinę energii ruszyliśmy dalej. Na końcu tego spaceru czekał upragniony cień.














Choć w tej notce znajdziecie głównie budynki, to równie często fotografowałam walenckie murale i inne efekty artystycznej działalności ulicznej. Te zbiorę jednak w osobnym wpisie. Tymczasem w kolejnym zabiorę Was tam, gdzie jest cień i gdzie można spotkać zarówno wojskowych w mundurach, jak i poczciwego Asterixa czy postaci z Universum Marvela.



Zobacz też: 
*** PODRÓŻE *** 
*** KINO HISZPAŃSKIE ***

24 komentarze:

  1. W sumie nawet u nas teraz śnieżnie jest, to przewodnik w sam raz ;).

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne zdjęcia. Wspaniała pamiątka.:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdjęcia naprawdę świetne. Zazdroszczę takiej wyprawy. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się na taką wyprawę udać :) Zdjęcia piękne :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czy... Obeliksa? :) Piękne miasto, ale dla mnie za gorące.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pięknie, Walencja jest moim kolejnym celem (chodź może wrócę najpierw na kilka chwil do Madrytu).
    2 tygodnie temu wróciłam z Sevilli i Kadysku, w listopadzie pogoda na zwiedzanie była idealna (może poza Kadyksem, tam nam wiatr kilka razu chciał głowy pourywać. Natomiast Madryt zwiedzałam kiedyś w październiku - jeszcze ciepło, ale nie upalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę Andaluzji. Pokochałam ją ogromnie, zwłaszcza Sewillę, choć Kadyks też jest uroczy, ale nie zdążyłam go zbyt dobrze poznać.

      Madryt mam w planach. Może przyszły rok? Chciałabym skorzystać z tego, że z Poznania jest bezpośredni lot. :)

      Usuń
  7. Boże jak tam musi być pięknie!

    Chociaż ja osobiście nie znoszę upałów i najchętniej wybrałabym się tam gdzie jest dużo śniegu! :D

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brrrr... A ja nie lubię zimna. :)

      Usuń
  8. Walencja była jedną z moich pierwszych hiszpańskich destynacji i mam do niej wielki sentyment. Jest piękna i klimatyczna aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że w sezonie traci swój urok i tysiące turystów potrafią przysłonić jej klimat a upał zniechęcić do szczegółowego jej poznania. Dla mnie Walencja to miasto "z duszą", ma swój klimat i fajną atmosferę a to jest dla mnie bardzo ważne w zwiedzaniu. Nie lubię miejsc bez wyrazu. Podczas mojej ostatniej wizyty w Hiszpanii w październiku miałam nadzieję na jednodniowy powrót do Walencji, ale się nie udało. Marzy mi się tinto de verano i pyszne tapas na placu katedralnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę miała okazję zwiedzić Walencję jeszcze raz, tym razem w okresie zdecydowanie mniej upalnym (a czy mniej tłocznym - to się okaże). Nie zakochałam się w niej za pierwszym razem, może uda się za drugim. :)

      Usuń
  9. Jak zwykle śliczne zdjęcia i jak zwykle zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Byłam w Walencji rok temu z biurem podróży i była to szybka wycieczka, za duzo nie widzieliśmy ale to co nam pokazali miło wspominam. Super pokazane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie potrafię podróżować z biurem. Wolę sama sobie organizować czas. :)

      Usuń
  11. Cudownie :) Chciałabym pozwiedzać Walencję, nawet w taki upał :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie... Lepiej w upale niż wcale. :)

      Usuń
  12. Świetne zdjęcia, bardzo klimatyczne. Miasta Hiszpanii są cudowne, ale upał potrafi wystraszyć w najpiękniejszym miejscu, wiem coś o tym:)
    Walencja jest w moich planach jak wiele jeszcze miejsc w Hiszpanii.
    Podobno w tym mieście jest najwięcej karaluchów w Hiszpanii. Masz jakieś doświadczenia? Nie życzę oczywiście;)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :)
      Tak, upał bywa zabójczy. Wyjazd w sierpniu nie był zbyt dobrym pomysłem.

      Co do karaluchów to hmm... Byliśmy tam jeden dzień, więc niewiele mogę powiedzieć, ale fakt, jak wracaliśmy wieczorem do hostelu i szliśmy w pobliżu dworca i areny, to spod nóg czmychały nam całkiem spore okazy. Może mieliśmy pecha, może to norma. Nie wiem. Tak czy siak. Brrr... W hostelu było natomiast bez niespodzianek. ;)

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...