W niedzielny poranek, nie ma rzeczy bardziej irytującej, niż budzik wyrywający z głębokiego snu. Dodatkowa godzina odpoczynku, związana ze zmianą czasu na zimowy, trochę łagodziła złość, ale i tak niechętnie opuszczałam łóżko. Dwa intensywnie spędzone dni, zaowocowały zmęczeniem i ogólną niechęcią do świata. Ale... Zaraz, zaraz... Czy to nie tego dnia swoje książki miała podpisywać Martyna Wojciechowska?
Nagle świat nabrał kolorów, a gdy wyjrzałam za okno okazało się, że pogoda jest przepiękna. Ciepło i słońce dodały mi energii, dzięki czemu na Targach pojawiłam się jeszcze zanim otworzono je dla odwiedzających. W kolejce do Martyny Wojciechowskiej stałam więc "prawie" na początku i "tylko" niecałą godzinę. Na szczęście nie miałam okazji się nudzić. Spotkałam blogerki Esę i Wiki oraz poznałam Patrycję, wielką fankę podróżniczki i niesamowicie sympatyczną gadułę.
Wbrew temu, co może się wydawać, gdy spojrzy się na poniższą fotografię, do rękoczynów było daleko.






