niedziela, 18 marca 2018

Marta Matyszczak "Strzały nad jeziorem"
[RECENZJA]




Nie odkryję Ameryki, jeśli stwierdzę, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Często im bardziej się starasz, tym mocniej dostajesz w cztery litery. Powinienem więc przewidzieć zbliżającą się katastrofę. Szczególnie że inne przysłowia ludowe też nie były mi obce. Zwłaszcza jedno, to z informacją, czym wybrukowane jest piekło. Wszystko więc, co miało nastąpić, było winą Solańskiego. Ponieważ zachciało mu się dobrych uczynków[1].




Więcej przygód, mniej kilogramów



Cykl Kryminałów pod psem liczy już trzy tomy. Po osadzonej na Śląsku Tajemniczej śmierci Marianny Biel, irlandzkich przygodach w Zbrodni nad urwiskiem, przyszedł czas na Strzały nad jeziorem i wyprawę nad Jezioro Barlineckie.

To właśnie tam dziennikarka Róża Kwiatkowska wybrała się na dwumiesięczny pobyt w ośrodku wspomagającym walkę z otyłością[2]. Treningi i dieta były dla niej niczym najgorsze tortury, ale za to efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania i pozwolił jej odkryć, że istnienie talii to nie mit. Jednak jeśli trenując myślała przy tym o prywatnym detektywie Szymonie Solańskim, to z pewnością nie przypuszczała, że gdy przyjdzie im się spotkać okoliczności będą mało romantyczne.


Trafiony zatopiony



Wśród aktywności Róży znalazło się nurkowanie, a że dziennikarka ma moc pakowania się w nietypowe sytuacje, to akurat traf chciał, że to właśnie ona natknęła się na szczątki prehistorycznego dinozaura zalegające na dnie akwenu. Grupa badaczy uniwersyteckich ruszyła ochoczo nad jezioro, by przyjrzeć się znalezisku. Nie minęło dużo czasu, a najważniejszy z nich, profesor archeologii podwodnej Andrzej Siudek, śmiertelnie postrzelony wylądował w tym samym zbiorniku co kości podejrzewane o to, że należą do Stephanorhinusa sprzed stu dwudziestu pięciu tysięcy lat. 

Podejrzaną o popełnienie morderstwa została Róża, choć z czasem okaże się, że wiele osób z otoczenia profesora nie pałało do niego sympatią. Szymon Solański (który po otrzymaniu niespodziewanego zastrzyku sporej gotówki obecnie zajmuje się głównie wydawaniem forsy w stylu "stać mnie, więc sobie kupię, co z tego, że tego nie potrzebuję") rusza koleżance na ratunek.





Ani Chyłka, ani organizacja charytatywna


W Strzałach nad jeziorem znajdziecie to, co Marta Matyszczak konsekwentnie pakuje w kolejne tomy swojego kryminalnego cyklu, a więc intrygę ze zbrodnią w tle, dużą dawkę humoru w różnych postaciach, iskry na linii damsko-męskiej, rezolutnego psia Gucia o detektywistycznych zapędach oraz mocne przywiązanie do topografii, bo autorka pisze o miejscach, które zna. Tym razem wybrała Barlinek, który jest dla niej jak drugi dom. Gucio, Szymon i Róża trafili tam, gdzie Marta Matyszczak spędzała w dzieciństwie niemal każde wakacje.

Jak zwykle czyta się lekko i z uśmiechem. Na przykład o tym, kto kim nie jest:
prostytutka, która ma dość pracy "na kreskę": ja jestem przedsiębiorstwo usługowe, a nie organizacja charytatywna![3];
mecenas broniąca Kwiatkowską: ja nie jestem żadna Chyłka, żeby się narażać i szukać zabójcy za policję[4])
Autorka pisze potocznym językiem, bawi się skojarzeniami, tworzy nieco przerysowane, ale dzięki temu humorystyczne postaci.




Nie zostawiaj butów bez opieki


Muszę jednak przyznać, że tym razem śmiałam się jakby mniej, co oczywiście nie musi o niczym świadczyć, bo poczucie humoru rządzi się swoimi prawami i co bawi jednego, inny skwituje wzruszeniem ramion, co jednym nie podniesie kącików ust, u innego wywoła śmiech do łez.

Cudną wstawką humorystyczną okazały się artykuły z tabloidu rodem. Jedna z ważnych w tej historii postaci jest rasowym dziennikarzem tabloidowym, w związku z czym fabułę przeplatają wyimki z Bez Ściemy, gazety bez czułości określanej przez Szymona jako szmatławiec, a w której to Olek Szpon realizuje się jako dostarczyciel taniej sensacji, w stylu znanym nam z rzeczywistych bulwarówek, bez uwzględnienia w swojej twórczości takich egzotycznych dlań aspektów jak trzymanie się faktów czy etyka dziennikarska.

Najwięcej uroku wciąż ma Gucio. Tego kundelka nie sposób nie polubić (chyba, że nieopatrznie zalezie mu się za skórę, jednocześnie pozostawiając bez opieki swoje buty...).

Marta Matyszczak balansuje między tym, co ma bawić, a tym, co tworzy warstwę kryminalną. Jej bohaterowie przeżywają wiele rozterek tak bardzo nam znanych. Ciąży im przeszłość, nie zawsze radzą sobie w relacjach międzyludzkich, popełniają czasem głupie błędy, innym razem dają się ponieść żądzy zemsty, rywalizacji czy złości.

Seria Kryminał pod psem poleca się szukającym kryminałów z rodzaju tych lekkich, ale przemyślanych, humorystycznych, ale niegłupich. No i z cudnym psim bohaterem, który ma niedobór łap, ale za to ciepłych uczuć wywołuje ponad stan.




Marta Matyszczak
Strzały nad jeziorem
Wyd. Dolnośląskie
2018
304 strony



***

[1] Marta Matyszczak, Strzały nad jeziorem, Wyd. Dolnośląskie, 2018, s. 45. (tekst przed korektą)
[2] Tamże, s. 20.
[3] Tamże, s. 175.
[4] Tamże, s. 207.


Cykl Kryminał pod psem:
3. Strzały nad jeziorem

Zobacz też:

12 komentarzy:

  1. Mam mieszane odczucia odnośnie tej książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Okładka jest tak urocza, że aż bym ją przeczytała. Książkę, nie okładkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj trudno byłoby mi zacząć cały cykl, ale zwrócę na nią uwagę jak będę robić zakupy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam. Wcale nie trudno. Bierzesz pierwszy tom i zaczynasz lekturę. :D

      Usuń
  4. Drugiego tomu jeszcze nie przeczytałam, a trzeciego nie mam....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Da się to na pewno nadrobić. ;)

      Usuń
  5. Ta seria już grzecznie czeka u mnie na półeczce na swoją kolej!

    OdpowiedzUsuń
  6. Te książki robi pomysł z psem w roli narratora. Super! Generalnie dobrze się czyta, przeszkadza mi jedynie nadmiar nieistotnych szczegółów. Autorka bardzo dużo wie o swoich bohaterach i ich otoczeniu - i to, oczywiście, zaleta - ale przydałoby się więcej precyzji i dyscypliny w prowadzeniu głównego wątku. Świat przedstawiony przypomina rozbuchane krzaczory, zawsze to lepiej niż wypełzły trawniczek, ale nie zaszkodziłoby troszkę je poprzycinać. Troszkę, niekoniecznie aż do formy bonsai. mira

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt. Gucio jest absolutnie rozbrajający.

      Rozbroiło mnie to krzaczaste porównanie. :D

      Usuń

Zapraszam do udziału w dyskusji. ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...