piątek, 31 sierpnia 2012

Książkowe podsumowanie miesiąca - sierpień 2012

Mam nadzieję, że gdy będziecie czytać tę notkę, ja będę poruszać się w stronę Bieszczad. W sobotę moja Siostra bierze ślub, a ja zamierzam się dobrze bawić do białego rana na weselu.

Ostatnio czytanie idzie mi baaaaardzoooo wolno i niestety nie zanosi się na to, że będzie lepiej. Tymczasem wrzucam szybkie podsumowanie miesiąca. Sierpień był kiepski pod względem ilości przeczytanych książek, ale jeśli chodzi o jakość i różnorodność - nie mam co narzekać.

W sierpniu przeczytałam:
1. Andrzej Meller "Miraż: Trzy lata w Azji" (ocena: 3,5/6) - recenzja
2. Ian McEwan "Przetrzymać tę miłość" (2/6) - recenzja
3. Fran Sandham "Samotna wędrówka przez Afrykę" (4,5/6) - recenzja 
4. Sylvia Plath "Dzienniki 1950 - 1962" (4,5/6) - recenzja
5. Nicci French "Kraina życia" (3/6) - recenzja 
6. Jakub Małecki "Błędy" (4/6) - recenzja 
7. Beata Pawlikowska "Blondynka na tropie tajemnic" (4,5/6) - recenzja 
8. Katarzyna Majgier "Świat według Vanessy" (4/6) - recenzja 
9. Anna Gavalda "Po prostu razem" (5/6) - recenzja
10. Jonathan Safran Foer "Wszystko jest iluminacją" (5/6) - recenzja 
11. Yrsa Sigurðardóttir "Spójrz na mnie" - recenzja jeszcze nawet nie zaczęła się tworzyć, ale mam nadzieję, że po powrocie uda mi się ją napisać.

Ogromnie jestem dumna z tego, że udało mi się napisać recenzję do każdej (poza tą ostatnią, kończoną w pospiechu przed wyjazdem) przeczytanej w sierpniu książki. Największym odkryciem miesiąca było "Wszystko jest iluminacją" Foera, zaś największym rozczarowaniem "Przetrzymać tę miłość" McEwana.

Gatunkowo było bardzo różnorodnie. W sierpniu oprócz ulubionej literatury podróżniczej, obyczajowej oraz thrillerów, przeczytałam dzienniki, młodzieżówkę a nawet horror. Do kilku poznanych w tym miesiącu autorów, na pewno wrócę. W planach mam przede wszystkim Gavaldę i Małeckiego.

Udanego weekendu Wam życzę! 
(Sobie też, a co!)

kadr z filmu "Wszystko jest iluminacją"
(wrzucam w ramach zachęty do obejrzenia)
źr. http://moviefarm.co.uk

środa, 29 sierpnia 2012

Jonathan Safran Foer "Wszystko jest iluminacją"
Amerykanin na Ukrainie

Jonathan Safran Foer
Wszystko jest iluminacją
Wyd. W.A.B.
2003
440 strony
Za każdym razem, gdy złamię schemat "najpierw książka, później jej adaptacja/ekranizacja", obawiam się, że powieść już mnie tak bardzo nie zainteresuje, że mając przed oczami wizję reżysera, twarze aktorów, cudzą interpretację, nie będę potrafiła przeżyć opowiadanej historii po swojemu. Staram się najpierw czytać książkę, a dopiero po niej sięgać po nakręcony na jej podstawie film. Nie zawsze się udaje. Czasami trudno mi zdobyć daną powieść, a jej wersja filmowa akurat jest pod ręką. Często jest tak, że sięgam po film nie mając pojęcia, że opiera się on na adaptowanym, nie zaś oryginalnym scenariuszu. Tak było z Wszystko jest iluminacją Jonathana Safrana Foera.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Anna Gavalda "Po prostu razem"
Autoportret ze słów...

Anna Gavalda
Po prostu razem
Wyd. Świat Książki
2005
464 strony

Delikatnej urody Audrey Tautou na okładce oraz tytuł nasuwający iście harlequinowskie skojarzenia sprawiły, że Po prostu razem Anny Gavaldy wzięłam za typowe babskie czytadło, romantyczną opowieść, w której ona i on brną przez deszcze i burze, pustynie i lody, by w końcu spotkać się, potrzeć noskami i zamieszkać we wspólnym igloo. Długo i szczęśliwie, oczywiście. Nic bardziej mylnego. Książka Francuzki to wspaniała, ciepła powieść obyczajowa, opowiadająca o przyjaźni i miłości łączącej cztery zwykłe, ale i wyjątkowe postaci.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Chwalę się :)

Wracam padnięta z pracy. Zasiadam przed komputerem, obok klawiatury stawiając talerz z obiadem i zabieram się do szybkiego maratonu po ulubionych stronach. Wchodzę na BiblioNETkę i co widzę?


Zmęczenie minęło jak ręką odjął. 

Recenzje próbuję pisać od niedawna, więc tym bardziej było mi ogromnie miło, że jedna z nich została wyróżniona. Nagrodzone wypociny możecie przeczytać TUTAJ lub na biblionetka.pl.

Tymczasem w piątek kurier przyniósł mi do pracy przesyłkę, której zawartością chwalę się poniżej.



Bardzo chciałam przeczytać obie te książki, a teraz będę miała taką okazję. Jakiś czas temu postanowiłam do końca roku nie kupować nowych lektur (na regale kurzy się już zbyt wiele książek, które kupiłam, a nie mam kiedy ich przeczytać, bo wiadomo - pierwszeństwo mają te pożyczone, wędrujące oraz biblioteczne), gdy zobaczyłam w księgarni zapiski Jerzego Stuhra, byłam już bliska złamania postanowienia. A teraz i sumienie czyste, i książka czeka już na stosiku przy łóżku.

Tymczasem czytam "Wszystko jest iluminacją" Foera, w międzyczasie tworzy się recenzja "Po prostu razem" Anny Gavaldy.

piątek, 24 sierpnia 2012

Katarzyna Majgier "Świat według Vanessy"
Książka vs. kolorowy magazyn

Katarzyna Majgier
Świat według Vanessy
Wyd. Akapit Press
2012
264 strony
Były takie trzy miesiące w moim życiu, które spędziłam pracując w kiosku. Choć nie była to praca moich marzeń, szybko pocieszył mnie fakt, że przez ten czas miałam nieograniczony dostęp do prasy. Wyobrażałam sobie, że w przerwie między podawaniem ludziom biletów autobusowych, kosmicznie drogich papierosów oraz najnowszego Życia na gorąco, będę wertować babskie czasopisma, od czasu do czasu ambitnie przerzucając się na magazyny popularnonaukowe. Jednak bardzo szybko zatęskniłam za książkami i w efekcie zamiast oglądać kolorowe fotografie, powróciłam do czytania noszonych w torebce lektur.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Beata Pawlikowska "Blondynka na tropie tajemnic"
Cztery wyprawy Blondynki

Beata Pawlikowska
Blondynka na tropie tajemnic
Wyd. G+J RBA
2010
300 stron

W literaturze podróżniczej szukam ciekawostek o nieznanych mi miejscach oraz opowieści o przygodach, które nie omijają bohaterów tego typu książek. Jeśli taka podróżnicza opowieść pisana jest żywym i plastycznym językiem, nie pozbawionym przy tym humoru, a dodatkowo jest ładnie wydana i zawiera całe mnóstwo dobrych zdjęć, to zwykle niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba.

Książki Beaty Pawlikowskiej nie zawsze trafiają w mój czytelniczy gust. Mam wrażenie, że autorka zbyt często daje się ponieść wyobraźni i zamiast opowiadać o swoich przygodach, dzieli się z czytelnikami swoimi wizjami, przeczuciami, wyobrażeniami, nadprzyrodzonymi historyjkami, które sprawdzają się na harcerskim obozie. Są w sam raz by postraszyć dzieciaki stłoczone nocą przy niewielkim ognisku. Nie tego szukam w pozycjach podróżniczych. Zbyt wiele takich wątków sprawia, że relacja z wyprawy traci na wiarygodności. Mimo to, gdy w bibliotece natykam się na jakąś książkę globtroterki, nie mogę się powstrzymać, by nie przytargać jej do domu. Tym razem w zielonej torbie z wizerunkiem poznańskich koziołków, przyniosłam Blondynkę na tropie tajemnic.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Jakub Małecki "Błędy"
Horror w Poznaniu

Jakub Małecki
Błędy
Wyd. Red Horse
2008
296 stron
Książki, których akcja rozgrywa się w dobrze nam znanych miejscach, mają swój niezaprzeczalny urok. Zupełnie inaczej czyta się powieść, w której bohater idzie jakąś ulicą jakiegoś miasta, niż tę, w której owy bohater przemyka po tym samym chodniku, po którym biegniemy co rano do pracy, siada w kawiarni znanej nam ze spotkań z przyjaciółmi lub jeździ miejskim autobusem, w którym zdarza nam się przemieszczać do centrum handlowego lub na dworzec.

Gdy myślę o Poznaniu w literaturze, od razu nasuwają mi Jeżyce rodziny Borejków, bohaterów cyklu powieści młodzieżowych Małgorzaty Musierowicz. To właśnie Jeżycjada jest najczęściej kojarzona ze stolicą Wielkopolski. Przyznam, że nie znam zbyt wielu powieści, których akcja rozgrywałaby się w tym mieście. Tym bardziej zainteresowały mnie Błędy Jakuba Małeckiego, groteskowy horror z fabułą osadzoną w poznańskich realiach. Oczywiście nie mogłam przepuścić takiej okazji. Musiałam sprawdzić co złego może się przytrafić mieszkańcom mojego ukochanego miasta.

Powieść Małeckiego zaczyna się od pięciu krótkich, pozornie ze sobą niezwiązanych, opowiadań. Ich bohaterowie mieszkają w różnych dzielnicach i prowadzą zupełnie inne życie niż pozostali. Nic ich nie łączy. Pewnego razu, wbrew swojej woli, stają się uczestnikami wydarzeń, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Szalony sen i monotonna rzeczywistość splatają się ze sobą i momentami nie wiadomo, co jest wytworem wyobraźni, a co całkiem realną makabrą. To dopiero wstęp. Przeczytawszy opowiadania, dopiero stajemy u progu przygody w Poznaniu, jakiego nie znają nawet najstarsi jego mieszkańcy. Okazuje się, że Pidżama Porno śpiewając w utworze Ezoteryczny Poznań, że na Wildzie mieszka szatan jest bliżej prawdy, niż mógłby przypuszczać.

Bohaterami tej właściwej części powieści jest grupka chłopaków, mieszkańców niezbyt malowniczego blokowiska. Na pewno znacie takie bandy młodych mężczyzn, którzy czas spędzają na ławkach, otoczeni pustymi butelkami, zgniecionymi puszkami i oparami skrętów. Co jakiś czas snują się po okolicy, szukając łatwych okazji do zarobku, niekoniecznie legalnego. Tacy są właśnie nasi bohaterowie. To ich życie ma się za moment zmienić. Żaden nawet nie przypuszcza, jakich wyborów przyjdzie im dokonywać, z jakimi siłami będą musieli się zmierzyć, o jaką stawkę potoczy się gra. 

Jakub Małecki
źr. niedoczytania.pl

Horror nie jest dla pisarza czy reżysera łatwym gatunkiem. Nietrudno twórcy przekroczyć granicę, za którą popadnie w śmieszność. Inna rzecz, że co jednych śmieszy, drugich przeraża, co u nas wywołuje dreszcze, u innych jedynie uśmiech politowania. Bawił mnie Rec (nie mówię, że film jest zły, ale po pewnym czasie kolejny przekrwiony zombie, wywoływał u mnie rozbawienie zamiast strachu), natomiast na widok Freddy'ego Kruegera najchętniej schowałabym się pod łóżko, gdybym tylko miała choć cień nadziei, że mnie tam nie znajdzie. Znam jednak takich, którzy hiszpański film grozy "oglądali" z zamkniętymi oczami, a na widok Freddy'ego rechotali z radości. "Błędy" Małeckiego i śmieszą, i straszą. Trzeba jednak dodać, że powieść ta nie jest typowym horrorem. Owszem bywa brutalnie, krwawo i przerażająco, ale nie są to jedyne środki wyrazu. W tej książce rządzą groteska i absurd. Nie brak scen okrucieństwa, ale gdy po Poznaniu przemyka Smerf Harmoniusz albo karp-poeta Rafaello, trudno zachować powagę. Fakt, że autorowi udało się opowiedzieć historię tak, by nie przekroczyć granicy śmieszności, świadczy o tym, że warto mu poświęcić odrobinę uwagi.

Niestety nie obyło się bez zgrzytów. Finałowa scena wielkiego przyjęcia, które w poznańskim Budomelu organizuje Dziadek, sprawca całego zła, które spada na bohaterów, bardzo przypomina wielki bal u szatana, znany czytelnikom Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bulhakowa. Dziadek ze swoją dziwaczną ekipą, wydają się być wzorowani na postaciach Wolanda i jego świty. Nie muszę chyba dodawać, że Błędom Małeckiego daleko jest do dzieła rosyjskiego pisarza. Jako miłośniczka niebanalnych rozwiązań, trochę rozczarowałam się finałem powieści. Szalone i makabryczne wydarzenia dawały nadzieję na spektakularne zakończenie. Niestety zamiast wstrząsu i fajerwerków, dostałam podane na tacy, niezbyt odkrywcze przesłanie.

Powieść czytałam głównie podczas powrotu z pracy środkami transportu publicznego. To zapewniło mi dodatkowe emocje, choćby przy scenach opisujących wypadek autobusu. Wszystko wygięte, obsypane szkłem. Wiatr świszczał dokoła, wciskając się przez pęknięte szyby. Doktor Blumental leżał obok, a z oka sączyła mu się rozcieńczona krew. Biedak w granatowej pikowanej kurtce przede mną zwisał bez życia przez poręcz. Widziana a tyłu, jego głowa przypominała pęknięty kokos. Większość pasażerów leżała nieprzytomna, kilku stękało cicho, jakby chcieli powiedzieć coś do szemrzącego na zewnątrz wiatru.* Na szczęście jechałam przez inną dzielnicę, na dodatek tramwajem. Pogoda była ładna (w powieści szalał huragan), a żaden z pasażerów nie wyglądał na kogoś, kto za kilka chwil zamieni wnętrze pojazdu w rzeźnię.

Książkę czyta się bardzo szybko. Akcja wciąga, nie ma dłużyzn. Niektórych może razić dosyć wulgarny język. Mi on nie przeszkadzał. Mocna historia i mocny język w pewnym sensie do siebie pasowały. No i nie ukrywajmy - podobne wyrażenia słyszymy na co dzień, nie tylko na poznańskich ulicach. Trudno więc wymagać, by powieściowi blokersi cenzurowali swe wypowiedzi po to, by nie razić wrażliwych oczu czytelnika.

Błędy to debiutancka powieść Jakuba Małeckiego. Autorowi nie brak wyobraźni. Pisze ciekawie, potrafi zbudować odpowiedni klimat. Mimo kilku zarzutów, uważam że jest to pisarz, na którego warto zwrócić uwagę. Na pewno jeszcze nie raz zaskoczy czytelników. A ja dziesięć razy się zastanowię, zanim wybiorę się na Most Teatralny po najsłynniejsze poznańskie zapiekanki...


***

*Jakub Małecki, Błędy, Wyd. Red Horse, 2008, s. 73.

piątek, 17 sierpnia 2012

Nicci French "Kraina życia"
Abbie z "Krainy życia"

Nicci French
Kraina życia
Wyd. Książnica
2010
408 stron
Otwierasz oczy. Widzisz ciemność. Nie taką, jak nocą w pokoju z oknami okrytymi za fałdami zasłon. Ciemność, która cię otacza jest gęsta, nieprzenikniona, bez choćby delikatnej plamy światła. Zaczynasz nasłuchiwać. Jedynym dźwiękiem przerywającym nieznośną ciszę, jest bicie twojego serca. Czujesz ból. Nie możesz się poruszyć. To, na czym leżysz, nie przypomina miękkiego, wygodnego materaca. Jest zimne i szorstkie. Odkrywasz, że masz związane ręce i nogi, a ciemność spowodowana jest tym, że masz zasłoniętą twarz. Powietrze jest wilgotne, stęchłe. Bezskutecznie próbujesz ocenić swoje położenie. Nie pamiętasz skąd się tu wzięłaś. Nie wiesz, co cię czeka. Zaczynasz się bać.

środa, 15 sierpnia 2012

Sylvia Plath "Dzienniki 1950-1962"
Zapiski Sylvii P.

Sylvia Plath
Dzienniki 1950-1962
Prószyński i S-ka
2004
669 stron
 W liceum prowadziłam dziennik. Dzień po dniu zapisywałam swoje przemyślenia, spostrzeżenia, pomysły. Przez te cztery lata zapisałam prawie siedem zeszytów. Tych kratkowanych liczących po 96 kartek, w grubych lśniących okładkach. Pisałam linijka pod linijką, drobnym pismem (co podobno jest znakiem niskiej samooceny). Po latach zeszyty spłonęły w kominku teściowej. Nie czułam potrzeby wracania do przeszłości. Sylvia Plath prowadziła dziennik przez lat dwadzieścia. Liczba zapisanych przez nią zeszytów musi więc być szokująca. Kilka lat temu zebrano jej zapiski z lat 1950-1962. Trafiły one do druku, uzupełniając naszą wiedzę o tragicznie zmarłej, niespełnionej poetce i pisarce.

Sylvia Plath urodziła się 27 października 1932 roku w Bostonie. Literacko, znana jest głównie ze swej jedynej wydanej, na poły autobiograficznej powieści Szklany klosz. Plath jest również autorką kilku książek dla dzieci oraz tomików wierszy, wśród których najbardziej znane to Kolos (1960; jedyny wydany za życia poetki) i Ariel (1965). Chora na zaburzenie afektywne dwubiegunowe, objawiające się depresją i stanami maniakalnymi, Sylvia wielokrotnie była hospitalizowana w szpitalach psychiatrycznych. Próbowała też popełnić samobójstwo. W 1956 roku poślubiła poetę Teda Hughesa, z którym miała dwójkę dzieci, Friedę i Nicholasa.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Dla Ciebie, Kochanie...

Ponieważ recenzja "Dzienników" Sylvii Plath jakoś sama się nie chce napisać, a dział "handmade" jest bardzo zaniedbany, dziś pokażę Wam kartkę, którą zrobiłam prawie dwa miesiące temu, na urodziny Męża.

Okładka
(Kliknij na zdjęcie, aby je powiększyć).


Minimalistyczne wnętrze kartki, pełne dobrych życzeń.

Kartka ma formę "składaka". Różyczki są ręcznie robione. Jak zwykle miałam problem z ozdobieniem "męskiej" kartki. Nie chciałam przesadzić, więc wyszło minimalistycznie. Za to zostało sporo miejsca na życzenia. :)


niedziela, 12 sierpnia 2012

Fran Sandham "Samotna wędrówka przez Afrykę"
Księgarz w Afryce

Fran Sandham
Samotna wędrówka przez Afrykę

Wyd. Świat Książki
2011
320 stron
Wojciech Cejrowski pytany o to, co zrobić, żeby pojechać na daleką wyprawę odpowiada "Sprzedaj lodówkę i jedź!", po czym dodaje, że różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o tom, że jedni przez całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń[1]. Fran Sandham, autor Samotnej wędrówki przez Afrykę na pomysł pieszego przejścia przez Afrykę wpadł podczas suto zakrapianego Sylwestra. Następnego dnia, pomimo kaca, o swoim pomyśle nie zapomniał. Problem w tym, że nie miał ani oszczędności, ani niczego do sprzedania. Najwyraźniej nawet znajdująca się w wynajmowanym mieszkaniu lodówka, nie należała do niego. I jak w takiej sytuacji wcielić pomysł w życie?

sobota, 11 sierpnia 2012

Trzy razy Linda

Dziś będzie filmowo. TVP Kultura od jakiegoś czasu emituje polskie filmy w ramach "Tygodnia z gwiazdą". Na początku sierpnia w roli gwiazdy zaprezentował się Bogusław Linda. Wybrałam trzy produkcje z jego udziałem. Wszystkie okazały się strzałem w dziesiątkę i prawdziwą ucztą filmową.


"Kobieta samotna" reż. Agnieszka Holland (1981); 7/10
(Polska; dramat obyczajowy)

Irena (Maria Chwalibóg), bohaterka dramatu Agnieszki Holland, nie ma w życiu lekko. W dzieciństwie była bita przez ojca, w dorosłym życiu przez męża, którego w końcu zostawiła, by samotnie wychowywać syna. Irena ciężko pracuje jako listonoszka. Niewielka pensja ledwo wystarcza na utrzymanie. Wszelkie nadzieje na poprawę sytuacji okazują się złudne. Gdy Irena poznaje Jacka (w tej roli rewelacyjny Bogusław Linda), przez moment wydaje się, że tym razem los się do niej uśmiechnął. Szczęście bywa jednak kapryśne i nie każdemu daje się poznać.

Film Holland jest przygnębiający. Zdarza się przecież i nie są to rzadkie przypadki, że życie nie szczędzi nam ciosów i choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali, to nie potrafimy wybrnąć z sytuacji w jakich się znajdujemy. Każda decyzja okazuje się tą niewłaściwą. Każda szansa zmarnowaną. Każdy pomysł chybiony. Czasami udaje się stanąć na nogi. Czasami nie. Agnieszka Holland nie daje nadziei.

"Jasne błękitne okna" reż. Bogusław Linda (2006); 8/10
(Polska; melodramat)

Film Lindy chciałam obejrzeć już od dawna. Jest to czwarty film przez niego wyreżyserowany. Poprzednich nie widziałam i sądząc po opiniach oraz ocenach, niewiele straciłam. Inaczej to wygląda w przypadku "Jasnych błękitnych okien", określanych jako pierwszy kobiecy film reżyserowany przez Bogusława L.

Film opowiada historię przyjaźni Beaty (Beata Kawka) i Sygity (Joanna Brodzik). Jako dziewczynki były nierozłączne, później każda ruszyła swoją drogą. Beata jest znaną wiolonczelistką, wybrała karierę i samotność w świecie celebrytów. Co prawda ma męża (Bogusław Linda) i spodziewa się dziecka, ale czas pokaże, że nie jest to gwarancją szczęścia. Sygita wybrała skromne życie w rodzinnej miejscowości. Ma wspaniałą córeczkę, męża alkoholika (Artur Braciak) i ciągłe problemy finansowe. Po latach przyjaciółki znów się spotykają. Każda ma osobisty bagaż doświadczeń i problemy, które próbuje zataić przed innymi. Znajomość odżywa, jednak wspólnie przeżywane chwile radości, szybko zmienią się w dramatyczną walkę. Sygita jest ciężko chora. Przyjaźń dwóch kobiet wymagać będzie poświęceń i dokonywania trudnych wyborów.

Mnie takie historie ogromnie wzruszają. Ta jest wspaniale opowiedziana, pełna uczuć, dramaturgii, ale i ciepła oraz delikatnego humoru. Zdjęcia Artura Tomiaka są przepiękne. Muzyka Wojciecha Waglewskiego wspaniale uzupełnia całość. Aktorsko ten film może i się nie wyróżnia, ale też żadna z ról nie psuje odbioru całości.

"Jasne błękitne okna" to także tytuł debiutanckiej książki Edyty Czepiel, jednocześnie współautorki scenariusza do filmu Bogusława Lindy. Sama historia opowiedziana przez Czepiel i Lindę jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, osobistymi przeżyciami Beaty Kawki.

Edyta Czepiel o książce i filmie mówi tak:
"W powieści mogłam pozwolić sobie na niezależność i całkowitą swobodę, film jest bardziej kategoryczny. W książce akcent został położony na Sygitę, jej przemyślenia i świat wewnętrzny, w filmie dzieje się dokładnie odwrotnie. Inne możliwości ekspresji obrazu i słowa stworzyły dwie odrębne emanacje."[1]

Od teraz rozpoczynam poszukiwania tej książki. Bardzo chciałabym ją porównać z filmem.

Zwiastun filmu jest szczerze mówiąc taki sobie. Za to warto zwrócić uwagę na lecący w tle utwór Katarzyny Nosowskiej "Piosenka kobieca". Mi się szalenie podoba.

Tytuł filmu/książki nawiązuje do utworu Marka Grechuty "Twoja postać".





 
3. "Jańcio Wodnik" reż. Jan Jakub Kolski (1993); 9/10
(Polska; dramat, psychologiczny, poetycki)

Pewien dziad-wędrowiec znajduje na swej trasie kobyłkę. Kobyłka ta jest raczej wątłego zdrowia i zanim wędrowiec zdążył się nią nacieszyć, zwierzę padło. Dziad zirytowany tą stratą, rzuca klątwę na pobliską w wioskę, gdzie niewątpliwie mieszka właściciel zamęczonego stworzenia. We wsi tej mieszka też Jańcio Wodnik (Franciszek Pieczka), człek niemłody, o naturze filozofa, kochający życie i wiodący spokojny żywot wraz ze swą młodziutką żoną, Weronką (Grażyna Błęcka-Kolska). Pewnego dnia filozof odkrywa swoje nadzwyczajne umiejętności. Otóż Jańcio potrafi uzdrawiać, a nawet przywrócić z martwych. Rusza więc w świat, zostawiając ciężarną Weronkę, by przekazywać ludziom swoją wiedzę i pomagać tym, którym inny pomóc nie potrafią. Obiecuje jednak wrócić przed porodem, a wierna żona wierzy w jego słowa bez zastrzeżeń. Jednak nowe życie Jańcia okaże się pełna pokus, którym nietrudno będzie ulec...

Piękny, magiczny film. Kolski potrafi czarować, wprowadzić w widza w ten niepowtarzalny nastrój. Zdjęcia są przepiękne, muzyka Zygmunta Koniecznego wspaniale dobrana (Konieczny jest też autorem muzyki do wspaniałego "Jasminum", więc to nie jedyny udany twór duetu Kolski & Konieczny). Jednym z ciekawszych utworów jest niewątpliwie "Piosenka Stygmy" wykonana przez Tadeusza Ziębę.

Pieczka jak zwykle, fantastyczny. Bogusław Linda dostał rolę Stygmy, wędrownego sztukmistrza. Nie jest to taki Linda, jakiego zwykle się w filmach widuje, ale w tej odsłonie spodobał mi się dużo bardziej, niż w swym tradycyjnym wydaniu, w roli twardego faceta, co to mu nikt nie podskoczy. Nawet Grażyna Błęcka-Kolska, która jest słabym punktem niemal każdego filmu męża, w "Jańciu Wodniku" wyjątkowo nie irytowała.
"Jańcio Wodnik" z pewnością nie jest filmem dla każdego. To raczej produkcja dla wielbicieli nastrojowego kina poetyckiego, pełnego metafor, pięknych obrazów i głębokich tekstów. Mnie ten film zaczarował, podobnie jak wcześniej oglądane "Jasminum" oraz "Wenecja".
---
[1]film.onet.pl

---

Jeżeli wśród Was znajdują się miłośnicy Olafa Lubaszenki, spieszę donieść, że od poniedziałku to on będzie gwiazdą TVP Kultura.

  • Poniedziałek, 20.20 "Bez grzechu"
  • Wtorek, 20.20 "Pamiętnik znaleziony w garbie"
  • Środa, 19.10 "Trzy młyny: Młyn nad Lutynią" (drugi odcinek miniserialu, powstałego na podstawie opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza)
  • Środa, 22.10 "Operacja Samum"
  • Czwartek, 20.20 "Dekalog 6"
  • Czwartek/piątek, 00.40 "Egoiści"
  • Piątek, 20.25 "Zabić Sekala"

czwartek, 9 sierpnia 2012

Ian McEwan "Przetrzymać tę miłość"
Przetrzymać tę książkę...

Ian McEwan
"Przetrzymać tę miłość"
Wyd. Świat Książki
2006
240 stron
Gdybym miała stworzyć ranking pisarzy, którzy tworzą dzieła najbardziej "nierówne", to Ian McEwan byłby w nim numerem jeden. To on napisał rewelacyjną Pokutę, świetny Betonowy ogród, dobry Amsterdam, ale i przeciętne Ukojenie czy słabe Na plaży Chesil. Niedawno próbowałam przeczytać Solar. Początek był świetny i przezabawny. Po nim nastąpiły strony nudnych, technicznych wywodów i w końcu zniechęcona oddałam książkę do biblioteki. Postanowiwszy dać autorowi jeszcze jedną szansę, przytargałam do domu Przetrzymać tę miłość.

Historię opisaną w tej niewielkiej książeczce znałam już wcześniej z filmu Rogera Mitchella o tym samym tytule. Film podobał mi się przeogromnie, trudno więc się dziwić, że apetyt przed lekturą powieści miałam spory.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Andrzej Meller "Miraż. Trzy lata w Azji"
Gdzie diabeł nie może, tam Mellera pośle

Andrzej Meller
Miraż. Trzy lata w Azji
The Facto
2011
288 stron
Żyjemy w czasach, w których Internet odgrywa bardzo dużą rolę. Dzięki niemu mamy szybki dostęp do wielu funkcji i informacji. Zastępuje nam wyprawę do banku czy centrum handlowego, za jego pośrednictwem możemy zapłacić rachunki, poszerzyć wiedzę albo poznać nowych ludzi. Okazuje się, że obecność w Sieci może także zaowocować wydaniem książki. Tak właśnie było w przypadku zbioru reportaży Miraż. Trzy lata w Azji Andrzeja Mellera.

Igor Zalewski z wydawnictwa The Facto poznał Andrzej Mellera na... Facebooku. Wcześniej czytał reportaże Mellera, które ten publikował w Tygodniku Powszechnym oraz istniejącym do niedawna miesięczniku Bluszcz. Zalewski złożył reportażyście propozycję wydania książki, na co ten chętnie przystał. W nocie Od wydawcy Zalewski przyznaje, że również Tomka Larka autora fantastycznej okładki Mirażu oraz Kazimierza Świetlikowskiego, który podjął się przygotowania książki do druku, znał jedynie wirtualnie. Tak się właśnie wydaje książki w tych naszych nowoczesnych czasach.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Filmowe podsumowanie miesiąca - lipiec 2012 (cz. 3)

Podsumowania lipcowego część trzecia i ostatnia. :)



19. "Step Up 3D" reż. Jon M. Chu (2010); 6/10
(USA; muzyczny)

Mam słabość do filmów tanecznych. Zwykle nawet kiepski scenariusz nie przeszkadza mi podczas seansu. Tak było i tym razem. Kolejne wydarzenia jak zwykle były przewidywalne, fabuła niczym nie zaskakuje, ale film oglądało się świetnie. "Step Up 3D" jest prawdziwą ucztą dla oczu. Dynamiczny, efektowny tanecznie, piękny wizualnie, ze świetnymi choreografiami - powinien się spodobać każdemu wielbicielowi tego typu produkcji. Finałowa taneczna walka i taniec w wodzie, choćby dla tych scen warto obejrzeć ten film.

20. "Nightwatching" reż. Peter Greenaway (2007); 5/10
(Francja, Holandia, Kanada, Niemcy, Polska, Wielka Brytania; biograficzny, dramat historyczny)

Rembrandt dostaje zlecenie namalowania grupowego portretu. Artysta nie zamierza go przyjąć, zmienia jednak zdanie, gdy w dziwnych okolicznościach ginie kapitan oddziału, który Rembrandt miał uwiecznić na płótnie. Stworzenie obrazu malarz potraktuje jako okazję, do wyciągnięcia na światło dzienne przestępstw, które odkrył. W tym samym czasie artysta przeżywa też prywatną tragedię. Jego ukochana żona jest umierająca.

Greenway miał na ten film świetny pomysł. Całość utrzymana jest w teatralnej konwencji i miałaby szansę stać się wspaniałym dziełem. Niestety, film dłuży się niemiłosiernie. Jest przegadany, przekombinowany i zamiast wciągać, po prostu nuży. Jest w nim mnóstwo ciekawych scen, które łatwo przeoczyć, podczas niecierpliwego wyczekiwania napisów końcowych. Zmarnowany pomysł jest tym, co boli widza najbardziej. Nawet niezłe aktorstwo i piękna muzyka nie są w stanie tego filmu uratować.

21. "Wymyk" reż. Grzegorz Zgliński (2011); 7/10
(Polska; dramat)

Alfred (Robert Więckiewicz) i Jerzy (Łukasz Simlat) są braćmi i razem prowadzą rodzinną firmę. Wspierają się, ale i kłócą. Rozmijając się w poglądach dotyczących kierunku rozwoju biznesu, często nie potrafią znaleźć wspólnego języka. Ponadto każdy z nich walczy o to, by być tym lepszym, ważniejszym, pierwszym. Któregoś dnia, jadąc kolejką, bracia są świadkami napastowania młodej dziewczyny. Jerzy reaguje natychmiast, co przypłaca pobiciem przez nastoletnich bandziorów i wyrzuceniem z pędzącego pociągu. Alfred nie spieszy mu z pomocą. Skutki tej decyzji (a właściwie jej braku) będziemy obserwować do końca filmu. Bierność bohatera w tak ważnym momencie, położy się cieniem na jego dalszym życiu.

"Wymyk" to dobry film. O czym? O próbie wyjścia z cienia drugiego człowieka, o przełamaniu lęku przed ukazaniem prawdy o własnych słabościach, o życiu w poczucie winy.

22. "Wszyscy albo nikt" reż. Yimou Zhang (1999); 8/10
(Chiny; dramat)

Wei staje przed trudnym zadaniem. Ta trzynastoletnia dziewczynka ma zastąpić nauczyciela w lokalnej szkole. Nauczyciel obiecuje jej, że jeśli powróci po miesiącu i zastanie w szkole wszystkich uczniów, wypłaci jej dużą nagrodę. Problem w tym, że jeden z chłopców opuszcza wioskę i wyrusza do miasta. Chłopiec pochodzi z bardzo biednej rodziny i postanawia zarobić na jej utrzymanie.

Przepiękny i poruszający film. Prosta historia (oparta na prawdziwych wydarzeniach), malownicza sceneria i duża dawka emocji składają się na wyjątkowy obraz.

Do tej pory udało mi się obejrzeć kilka filmów wyreżyserowanych przez Yimou Zhang: "Zawieście czerwone latarnie", "Droga do domu", "Hero" i "Dom latających sztyletów". Każdy z nich jest inny. Wszystkie gorąco polecam.

23. "W moich snach" reż. Neil Jordan (1999); 4/10
(USA; thriller)

Claire (Annette Bening) od wielu lat śni się podobny koszmar. Od jakiegoś czasu sny te przybierają na sile. Claire śni o zamordowanej dziewczynce. Przypuszcza, że dotyczy to morderstwa popełnionego w rzeczywistości. Nie wie jeszcze, że wyśniła zabójstwo własnej córeczki. Po śmierci dziecka, bohaterka przeżywa załamanie nerwowe, wydaje się jej, że psychopatyczny zabójca ją śledzi. Claire ląduje w szpitalu psychiatrycznym. To jednak nie koniec jej problemów.

Miałam nadzieję na wciągający thriller, ale się zawiodłam. Robert Downey Jr. jest jednym z moich ulubionych aktorów, ale w roli psychopatycznego zabójcy raczej mnie bawił niż przerażał, co momentalnie rozwaliło nastrój grozy. Ogólnie rzecz ujmując, to raczej słaby film.

24. "Ślubne wojny" reż. Gary Wynick (2009); 4/10
(USA; komedia)

Dwie przyjaciółki (Kate Hunson i Anne Hathaway) od dzieciństwa wyobrażają sobie ten wyjątkowy dla każdej kobiety dzień, jakim jest jej własny ślub. Każda marzy o weselu w hotelu Plaza i gdy są już bliskie spełniania marzeń, okazuje się, że terminy ślubów się pokrywają. A ponieważ nie można być jednocześnie w dwóch miejscach, jedna z nich musi zrezygnować z tego, co zaprząta jej myśli od wielu lat. Cały problem w tym, że chętnej do rezygnacji ze spełnienia marzenia swojego życia, po prostu nie ma. Radosne ślubne przygotowania zastąpi więc wojna podjazdowa. A wiadomo - baba potrafi być złośliwa. 

Przeciętna, średnio zabawna komedia. Do obejrzenia na raz.

25. "Sherlock Holmes: Gra cieni" reż. Guy Ritchie (2011); 7/10
(USA; kryminał, przygodowy)

Gdy oglądałam "Sherlocka Holmesa" z 2009 roku, byłam "trochę" zaskoczona kreacją Roberta Downey'a Jr. Trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do szalonego Holmesa, tak innego od jego wizerunku, który stworzyłam w wyobraźni na podstawie książek Doyla.

I tym razem głównym przeciwnikiem duetu Holmes & Watson (Jude Law) pozostaje okrutny i inteligentny profesor Moriarty (Jared Harris), który ma nowy, genialny plan warty pokrzyżowania. Akcja pędzi tak, że nie sposób się nudzić. Robert Downey Jr. jest rewelacyjny. W filmie mamy też okazję zobaczyć Noomi Rapace, znaną ze szwedzkiej filmowej wersji "Milelnium" Larssona.

Film jest dopracowany wizualnie, zdjęcia są świetne. Szczególnie podobają mi się wszelkie zbliżenia na detale, staję się też coraz większą fanką "slow motion", czyli efektu spowolnienia czasu akcji. Przyznaję, że w pewnym momencie od samej fabuły ciekawsze stały się dla mnie właśnie efekty.  

26. "Po deszczu" reż. Takashi Koizumi (1999); 6/10
(Francja, Japonia; dramat, kostiumowy)

Misawa Ihei jest bezrobotnym samurajem. Zaprzestawszy godzących w honor samuraja walk na pieniądze, wraz z żoną boryka się z ubóstwem. Nie traci jednak pogody ducha. Misawa jest człowiekiem skromnym, uprzejmym, brak mu typowej dla samurajów arogancji i pychy. To sprawia, że nie jest mu na tym świecie lekko. Odważnie patrzy jednak w przyszłość.

Scenariusz do "Po deszczu" napisał Akira Kurosawa i to on miał ten film wyreżyserować. Gdy Kurosawa zmarł, zastąpił go Koizumi, jego asystent. Nie jest to film łatwy. Rozczaruje się ten, który nastawi się na dynamiczną akcję i malownicze sceny walki. Akcja rozgrywa się bardzo powoli i nie każdego ta historia wciągnie. To piękna i mądra produkcja, do jej pełnego zrozumienia, chyba jeszcze nie dojrzałam.

---

Na tym kończy się podsumowanie lipcowe. Jak zwykle było różnorodnie i gatunkowo, i w doniesieniu do kraju produkcji.

Zdecydowanym faworytem miesiąca okazało się "Pogorzelisko", zaś największym rozczarowaniem "1920 Bitwa Warszawska".

sobota, 4 sierpnia 2012

Filmowe podsumowanie miesiąca - lipiec 2012 (cz. 2)

Zapraszam na drugą część filmowego podsumowania miesiąca. :)



10. "Królestwo" reż. Peter Berg (2007); 8/10
(Niemcy, USA; dramat, sensacyjny, akcja)

Na amerykańskim osiedlu w Arabii Saudyjskiej dochodzi do zamachu bombowego. Grupka agentów FBI dostaje zadanie ustalenia sprawców masakry. Łatwo nie będzie, gdyż na obcym terenie obowiązują zasady narzucane przez jego mieszkańców. Współpraca z miejscową policją nie układa się najlepiej, a życiu agentów stale grozi niebezpieczeństwo. Wrogowie nie cofną się przed niczym.

Nie bardzo wiedziałam czego spodziewać się po tym filmie. Okazało się, że to świetny obraz łączący w sobie dramat oraz kino akcji. Jest efektownie i dynamicznie. Końcówka trochę przesadzona, ale ogólnie bawiłam się bardzo dobrze.

11. "Miasteczko Pleasantville" reż. Gary Ross (1998); 8/10
(USA; dramat, fantasy, komedia)

Tytułowe miasteczko to czarno-biała serialowa idylla lat 50. Mieszkańcy Plaesantville żyją od lat według tego samego schematu. Dziewczynki są urocze i niewinne, chłopcy szarmanccy, żony wzorowo prowadzą dom, a mężowie pracują na utrzymanie rodziny. W Pleasantville nie ma ludzi nieszczęśliwych, uzależnionych, brak tam czarnych charakterów. Zło nie istnieje. Niebezpieczeństwo nie występuje. Strażacy nie gaszą pożarów, tylko ratują uwięzione w koronach drzew kotki. W Pleasantville nie ma ognia, burz, katastrof. Mieszkańcom nie znane jest nic, co leży poza miasteczkiem. Żyją w swym hermetycznym świecie, nie znając innych możliwości.

W tę idyllę przypadkiem wkracza rodzeństwo Parkerów. O ile David, jako fan serialu, wydaje być tym zachwycony, o tyle jego siostra Jennifer, z natury buntownicza i szalona, nie potrafi odegrać narzuconej jej roli grzecznej nastolatki. Pierwszy grzech, który popełni niepokorna dziewczyna, stanie się początkiem lawiny zdarzeń, które zaburzą porządek w Pleasantville.

Oryginalny scenariusz, ciekawa realizacja. Film zdecydowanie godny uwagi.


12. "Mokra robota" reż. Mike Gunther (2011); 4/10
(USA; dramat, kryminał, akcja)

Przeciętny film sensacyjny. O tym jak trzej przyjaciele wspólnie organizują napad i zgarniają drogocenne diamenty. Jeden z nich okazuje się zdrajcą, strzela do kumpli i znika z łupem. Tak się jednak dla niego pechowo składa, że jeden z gangsterów strzelaninę przeżył i oczywiście pała żądzą zemsty. W to wszystko miesza się Bruce Willis, w bardzo słabo zagranej roli szefa lokalnej mafii.

Film obejrzany ze względu na moją delikatną słabość dla 50 Centa. Polecam wyłącznie tym, którzy szukają filmu przewidywalnego, odmóżdżającego, kiepskiego aktorsko i ogólnie niczym się nie wyróżniającego. Ten spełni ich oczekiwania.

13. "Dom snów" reż. Jim Sheridan (2011); 6/10
(USA; dramat, thriller)

Will Attenton wraz żoną i dwiema córeczkami przeprowadza się do nowego domu. Rodzinne szczęście burzy jednak wiadomość, że w tym budynku zostało popełnione morderstwo. Poprzedni lokator zabił swoją żonę i dzieci. A żeby było weselej, okazuje się, że morderca przebywa na wolności. Attentonowie mają wrażenie, że są obserwowani. Rodzina nie czuje się bezpieczna. Jeśli jednak myślicie, że mamy w tym filmie do czynienia z przeciętną amerykańską rodziną i nękającą ją psychopatą, jesteście w błędzie. Sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana i nic nie jest takie, jakie się wydaje.

Bardzo fajny pomysł, ale... czegoś mi w tym filmie zabrakło. Miejscami był przesadzony, sama końcówka jakaś taka mało ciekawa. Chwilami było też zbyt ckliwie. Ale mimo wszystko nie uważam, żeby czas spędzony przed ekranem był czasem zmarnowanym.

14. "Nieznani" reż. Simon Brand (2006); 5/10
(USA; dramat, thriller)

W zamkniętym magazynie budzi się kilku mężczyzn. Jedni poruszają się swobodnie, drudzy są związani albo skuci. Żaden z nich nie pamięta kim jest, ani co się stało wcześniej. Dochodzą do wniosku, że kilku z nich to porywacze, a reszta to porwani. Próbują ustalić kto jest wrogiem, a komu można zaufać. Wiedzą, że ktoś ma do nich przyjechać wraz z zapadnięciem zmroku i do tego czasu chcą wydostać się z budynku. W końcu każdy z nich może stać się ofiarą ludzi, którzy zostawili ich uśpionych w magazynie.

Mojemu mężowi się podobało, ja doceniam pomysł, ale sam film mnie nie wciągnął.

15. "Pogorzelisko" reż. Denis Villeneuve (2010); 9/10
(Francja, Kanada; dramat)

Simon i Jeanne właśnie stracili matkę. Podczas odczytywania testamentu dowiadują się, że mają brata, a ojciec, który według matki dawno już nie żyje, ma się bardzo dobrze. Zadaniem bliźniaków jest odszukanie mężczyzn. Simon, pełen żalu do matki, nie zamierza realizować jej prośby. Jeanne decyduje się na samotne poszukiwania. Prawda, do której dotrze po wielu trudach, okaże się przerażająca.

Podczas seansu na zmianę obserwujemy losy bliźniaków i Nawal, ich matki, libańskiej chrześcijanki, która zadając się z palestyńskim uchodźcą popełniła mezalians, co dało początek całej serii przerażających wydarzeń. Wraz z Jeanne wyruszamy w podróż śladami Nawal, odkrywając tragiczną przeszłość rodziny.

Ten film nie pozostawi widza obojętnym. Jest bolesny, poruszający, obciążający psychikę. Zdjęcia są przepiękne, poszczególne sceny mocno zapadają w pamięć. Lubna Azabel jako Nawal była świetna. "Pogorzelisko" zostało nominowane do Oscara w kategorii "najlepszy film nieanglojęzyczny". Film Villeneuve przegrał jednak z rewelacyjnym skandynawskim dramatem "W lepszym świecie" (polecam!).

16. "Moje wielkie greckie wesele" reż. Joel Zwick (2002); 7/10
(Kanada, USA; komedia romantyczna)

Grecka rodzina Portokalos jest żywiołowa, hałaśliwa i bardzo przywiązana do swych greckich korzeni. Toula Portokalos, ku niezadowoleniu rodziców, wciąż jest bezdzietna i niezamężna. Gdy pracując w biurze podróży dziewczyna poznaje Iana ta sytuacja może się wreszcie zmienić. Młodzi zakochują się w sobie i planują wspólną przyszłość. Jest tylko jeden "mały" problem. Ian musi zostać zaakceptowany przez rodzinę Portokalosów. Przystojny Amerykanin ma niestety pewną trudną do zaakceptowania wadę. Nie jest Grekiem.

Zwariowana i pogodna komedia. Polecam.

17. "Ucieczka z kina 'Wolność'" reż. Wojciech Marczewski (1990); 8/10
(Polska; dramat psychologiczny)

Podczas seansu w kinie "Wolność" dochodzi do dziwnego wydarzenia. Występujący na ekranie aktorzy odmawiają dalszej gry i zamiast recytować wyuczone kwestie, zaczynają ze sobą rozmawiać na zupełnie inne tematy, przy okazji wciągając w dyskusję widzów. Na miejscu zjawia się cenzor Rabkiewicz (w tej roli Janusz Gajos), który ma za zadanie stłumić ten "bunt materii".

Rabkiewicz, niegdyś poeta, twórca, osoba kreująca rzeczywistość, obecnie cenzurując twórczość innych, jednocześnie tę rzeczywistość fałszuje. Wydarzenia, których będzie świadkiem, staną się dla niego okazją, do zmiany swojego życia, do zmazania win i pewnego rodzaju odrodzenia. "Ucieczka z kina 'Wolność'" jest filmem trudnym i niejednoznacznym, pozwalającym na własną interpretację zdarzeń. Gajos w roli Rabkiewicza wypada świetnie, co przyznaję z trudem, ponieważ akurat za tym aktorem nie przepadam.

18. "Sponsoring" reż. Małgorzata Szumowska (2011); 5/10
(Francja, Niemcy, Polska; dramat)

Ujrzany w kinie zwiastun tego filmu narobił mi nadziei na ciekawy, niebanalny film o prostytucji. Znane mi wcześniejsze filmy Szumowskiej ("Ono", "33 sceny z życia") pozostawiły po sobie dobre wrażenie. Tym większe było moje rozczarowanie po obejrzeniu "Sponsoringu".

Anna (Juliette Binoche) jest dziennikarką i właśnie pracuje nad artykułem dotyczącym prostytucji wśród studentek. Umawia się więc z dziewczętami, które dzielą się z nią sekretami swojego życia. W ułożone życie Anny wprowadza to swego rodzaju chaos. W efekcie zaczyna się sypać małżeństwo dziennikarki, a ona sama już nie jest pewna, czy dotychczasowe spokojne życie jest tym, co może jej dać spełnienie.

Nastawiałam się na film zdecydowanie głębszy psychologicznie, a właściwie po seansie niczego ten film we mnie nie zostawił. Nie skłonił do refleksji, nie był materiałem do rozmyślań. Tak na dobrą sprawę po seansie miałam tylko jedno pytanie: o czym był ten film? W jakim celu powstał? Reżyserka chciała stworzyć poruszający dramat społeczny, sama określiła go jako "kino mówiące o kobietach". Moim zdaniem nie wyszło.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Filmowe podsumowanie miesiąca - lipiec 2012 (cz. 1)

Czas na filmowe podsumowanie lipca. :)

1.  "Selekcja" reż. Danis Tanović (2009); 8/10
(Belgia, Francja, Hiszpania, Irlandia; dramat)
Jest recenzja --> KLIK

2. "Bad Boys" reż. Michael Bay (1995); 6/10
(USA; sensacyjny)

Jestem wierną fanką "Zabójczej broni" i każdy policyjny duet porównuję do tego, stworzonego przez Mela Gibsona i Danny'ego Glovera. Panowie z filmu Richarda Donnera są na razie nie do prześcignięcia. Owszem - było całkiem zabawnie, więc jako lekkie kino rozrywkowe "Bad Boys" się sprawdza. Mnie jednak na kolana nie rzucił.

Willa Smitha zaczęłam lubić, od kiedy moja postępująca skleroza wymazała z mej pamięci "Facetów w czerni". Jeśli chodzi o jego rolę w tym filmie, to jestem na tak.

 3. "Ostatni król Szkocji" reż. Kevin Macdonald (2006); 8/10
(Wielka Brytania; dramat)


Historia lekarza, który podczas misji w Ugandzie, zostaje osobistym medykiem oraz doradcą okrutnego dyktatora i samozwańczego prezydenta Ugandy, Idi Amina. Nietrudno się domyślić, że nie jest to powieść z gatunku tych lekkich i przyjemnych. Z każdym kolejnym kadrem atmosfera się zagęszcza. Nasz doktor wpakuje się w niezłe kłopoty i długo nie było wiadomo, czy uda mu się wyjść z nich w jednym kawałku. Świetne kino dla widzów o mocnych nerwach.

Forest Whitaker w roli ugandyjskiego dyktatora był po prostu fantastyczny! Za tę rolę został zresztą nagrodzony Oscarem, Złotym Globem oraz całą masą innych nagród. I słusznie.

4. "Mała Matura 1947" reż. Janusz Majewski (2010); 7/10
(Polska; dramat historyczny)

Reżyser "C. K. Dezerterów" stworzył tym razem film opowiadający historię grupki młodzieży, dorastającej w powojennym Krakowie. Głównym bohaterem jest Ludwik, który wraz z rodziną został repatriowany ze Lwowa. Chłopak zaczyna naukę w dobrej szkole, poznaje miasto, zaprzyjaźnia się z kilkoma chłopakami z klasy. W tle dokonują się przemiany historyczne, które nie pozostaną bez wpływu na naszego bohatera.

Całkiem niezły film, z pięknymi zdjęciami i bardzo dobrą grą aktorską. Wiktor Zborowski w roli matematyka o pseudonimie "Syfon" był genialny!


5. "Ja w środku tańczę" reż. Damien O'Donnell (2004); 8/10
(Francja, Irlandia, Wielka Brytania; dramat)

Wspaniały i mocno poruszający film. Opowiada o młodym chłopaku, który cierpi na dystrofię mięśni. Rory trafia do zakładu opiekuńczego. Nie potrafi się jednak pogodzić z życiem w ośrodku. Chce żyć samodzielnie, walczy o swoją wolność. W zakładzie poznaje chorego na dziecięce porażenie mózgowe Michaela. Chłopcy zaprzyjaźniają się, a Rory wywraca dotychczasowe życie Michaela do góry nogami, pokazując mu, że nie trzeba być w pełni sprawnym, by korzystać z możliwości, jakie oferuje świat.

Ciepły, wzruszający film ze wspaniałą grą aktorską. Po seansie sprawdzałam czy Steven Robertson grający Michaela jest osobą niepełnosprawną. Nie jest. On naprawdę TAK zagrał. Moim zdaniem jego rola jest porównywalna z kreacją stworzoną przez Leonardo DiCaprio w "Co gryzie Gilberta Grape'a".

6. "Czerwony baron" reż. Nikolai Müllerschön (2008); 5/10
(Niemcy, Wielka Brytania; przygodowy, wojenny)

Oglądanie filmów ma ten plus, że często zdarza mi się trafiać na produkcje, które dotyczą obcych mi kwestii. Ot, choćby historia Manfreda von Richthofena, znanego jako Czerwony baron, najlepszego niemieckiego pilota z czasów I Wojny Światowej. Charakterystyczny samolot kojarzę, ksywkę też, ale przed seansem na tym kończyła się moja znajomość tematu.

Sam film średni - wydaje mi się, że o takiej postaci można zrobić ciekawszy materiał. Podobały mi się sceny walk z powietrzu. Za to kompletnie nie rozumiem, dlaczego Niemcy przez cały film rozmawiają ze sobą po angielsku.


7. "Kochanice króla" reż. Justin Chadwick (2008); 6/10
(USA, Wielka Brytania; dramat historyczny)

Króla Henryka VIII coraz bardziej irytuje fakt, że jego żona, Katarzyna Aragońska, nie potrafi zapewnić mu męskiego potomka. Męscy przedstawiciele rodu Boleyn szybko knują niezwykle chytry plan. Wokół króla ma się zakręcić Anna Boleyn, dając Henrykowi dziedzica i zapewniając swej rodzinie awans i przychylność króla. Sprawa się jednak komplikuje, monarsze wpada w oko siostra Anny, Maria. To rozpoczyna lawinę intryg, a siostrzaną miłość wystawia na próbę.

Lubię Eryka Banę (Henryk VIII), Scarlett Johansson (Maria) i Natalie Portman (Anna) więc i film oglądałam z przyjemnością. Lekka historia dworskich romansów i intryg zapewniła mi miły wieczór.

8. "Piękna i szalona" reż. John Stockwell (2001); 6/10
(USA; dramat, romans, obyczajowy)

Ona: rozpieszczona Amerykanka, bogata, szalona, niepokorna, zbuntowana, chętnie łamie zasady, lubi szokować i dobrze się bawić. On: Latynos z biednej rodziny, grzeczny, ułożony, poważnie myślący o przyszłości, dobry uczeń, dla którego dobre oceny są przepustką do lepszego życia. Oczywiście miłość tych różnic nie widzi i postanawia ich połączyć.

Czy taki związek ma szansę? Czy tak różne światy mogą razem funkcjonować w zgodzie, nie niszcząc się nawzajem?

Fajne kino młodzieżowe.

9. "1920 Bitwa Warszawska" reż. Jerzy Hoffman (2011); 2/10
(Polska; dramat, wojenny)

Zacznę od rzeczy dobrych. Bardzo podobała mi się gra Adama Ferencego, Grażyny Szapołowskiej, Krzysztofa Globisza i Jarosława Boberka. Problem w tym, że ich role były albo drugoplanowe, albo epizodyczne, nie dane mi więc było się nimi nacieszyć. Podobały mi się też zdjęcia (podobno efekt 3D jest niezły) i część scen batalistycznych. I to by było na tyle. Jeżeli chodzi o całą resztę, jestem na nie. Natasza Urbańska zagrała koszmarnie. Nie było ani jednej sceny, w której wyszła naturalnie i wiarygodnie. Natasza jest śliczną kobietą, nieźle śpiewa, ale aktorka z niej żadna. Borys Szyc też mnie na kolana nie rzucił. Wypadł średnio. Denerwowały mnie drgania kamery podczas walk (wiem, wiem - miałam poczuć się tak, jakbym na tym polu bitwy była, ale czułam się raczej jak na dyskotece po spożyciu wysokoprocentowych napojów). Irytowała mnie kompletnie nie dopasowana do całości muzyka. Całość wyglądała sztucznie, tandetnie i cukierkowo. Akcja nie wciągała, losy bohaterów były mi totalnie obojętne. Przesłodzony scenariusz wywoływał mdłości.
W filmie jest sporo "dziwnych" scen, jak choćby gwałt na dojarce dokonany przez bandę Sowietów, po którym kobieta stoi w koszuli przed sprawcami i martwi się jak ona teraz wyjdzie za mąż, skoro tamci tak ją zhańbili.
Nie, nie i jeszcze raz nie. Po prostu porażka, panie Hoffman.

---

Kolejna część podsumowania niebawem. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...